Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Kanon nieangielskojęzycznej muzyki rockowej cz. 2

30 Września 2013

Druga część. Albumy prezentowane są bez żadnego klucza. Kolejność przypadkowa.


DISCIPLINA KICME - Svida mi se da ti ne bude prijatno (Jugosławia 1983)

Pewien słuchacz napisał kiedyś o debiutanckim albumie Discipliny: prawdopodobnie pierwszy drum'n'basowy album w historii. Nawet, jeśli jest w tym twierdzeniu sporo przesady, to i tak daje do myślenia. Wystarczy spojrzeć na okładkę by zorientować się, że coś jest na rzeczy - to nie może być normalna muzyka.
Nihilistyczna atmosfera surowego post punkowego grania, podrasowana niesamowitym podkładem bębnów, stanowi o wyjątkowości krążka. Brak w składzie zespołu gitarzysty powinien być równoznaczny z przestrogą dla ludzi lubiących poukładane dźwięki - trzymajcie się od tego z daleka! Disciplina na swoim debiucie jest hałaśliwa i hucząca niczym industrialna dzielnica wielkiego miasta. Przytłacza ciężarem, uzależnia rytmem, wreszcie konsekwetnie daje odczuć, że deklaracja czychająca w tytule płyty nie jest bezpodstawna( Lubię gdy czujesz się niekomfortowo).

OLYMPIC - Jedeme Jedeme (Czechosłowacja 1971)

W 2012 czeski Olympic obchodził półwiecze (p ó ł w i e c z e !) swojego istnienia! Zespół na początku artystycznej drogi rozgrzewał bywalców jednego z praskich klubów, by z czasem stać się najbardziej znanym czeskim zespołem rockowym. Okładka "Jedeme Jedeme", trzeciego albumy w dyskografii grupy, jest dokładnie taka sama jak jego muzyczna spuścizna - staroświecka, cudownie abstrakcyjna i nieskomplikowana. Jeżeli kochacie Beatlesów czy Kinksów, to nie pozostanie Wam nic innego jak tylko poddać się czarom praskich bigbeatowców. Ułożyli w owym czasie piękne melodie i zadziwiają swobodą wykonania - przede wszystkim znakomitymi partiami instrumentów klawiszowych (pianino i organy) i swobodnej, nieco jazzującej momentami gitary. No i wokale - czyste, melodyjne i w ojczystym języku, przez co momentami może wywoływać w polskim słuchaczu uśmiech. Chociaż tylko jeden utwór z tej płyty okazał się wielkim hitem ("Bon soir mademoiselle Paris") to zarówno krytycy muzyczni jak i fani zespołu często upatrują w niej ten najjaśniejszy punkt w całej dyskografii grupy. Określają go przy tej okazji mianem olympicowego białego albumu, jakby na przekór samym muzykom, którzy pytani o Jedeme Jedeme otwarcia przyznają, że byli pod silnym wpływem innego beatlesowego klasyka -Sierżanta Pieprza. Płyta do dnia dzisiejszego broni się znakomicie, szczególnie gdy słuchamy jej z ostatniej jubileuszowej edycji, poszerzonej aż o 10 dodtakowych nagrań i co ważniejsze brzmiącej wprost rewelacyjnie!

EKV REVISITED (Serbia 2007)

Oto jeden z najbardziej kontrowersyjnych albumów, jakie znajdą swoje miejsce w tym cyklu. Wyobrażcie sobie, że jeden członek zespołu Republika "zatrudnia" do współpracy komputery i wykorzystując zachowany na taśmach głos Ceichowskiego tworzy nową płytę. Podobnie sprawa ma się z projektem EKV Revisited. Tyle, że z oryginalnego składu Ekatarina nikt nie pozostał przy życiu. Zespół rozpadł się w 1994 po śmierci lidera - Milana Mladenovicia. Cztery lata później na atak serca umiera basista grupy a w 2002 opuszcza ten świat famme fatale wschodniego rocka - Margita Stefanovic, która utraciwszy cały majątek (głównie na używki) ostatnie lata życia spędziła w przytułku.
Za projektem EKV Revisited stoi Ivan Fece "Firchie" - znakomity perkusista, który w przeszłości był członkiem EKV i uczestniczył w nagraniu jednej płyty (Ekatarina Velika z 1985). Złośliwi twierdzą, że Ivan bezpodstawnie przywłaszczył sobie wizerunek i muzykę zespołu, z którym tak naprawdę łączyły go dwa krótkie epizody (z EKV występował jeszcze przez kilka miesięcy między 1988-1989) . Na szczęście wielu duża fanów EKV potrafiło też szczerze przyznać, że w ich odczuciu EKV Revisited wcale nie czyni zamachu na legendę, lecz w piękny sposób utrwala pamięć o niej. Wszak Ivan nie nagrał zupełnie nowej muzyki a doszlifował stare utwory, nadał im nieco inne brzmienie i nowoczesność. Płyta brzmi rewelacyjnie, zupełnie nie razi sztucznością, jakiej możnaby się spodziewać wiedząc, w jaki sposób powstawała. EKV Revisited to w moim odczuciu wielki hołd złożony najważniejszej jugosłowiańskiej grupie , hołd jakże odmienny od często chaotycznych i nierównych albumów typu tribute to.

NEGURA BUNGET - OM (Rumunia 2006)

Poczytny magazyn Terrorizer umieścił "OM" na 6 miejscu najlepszych albumów ostatniej dekady! Równocześnie zespół zaczęto przyrównywać do legendy blackmetalowego grania Enslaved. Każdy, kto wysłucha "Oma" z pewnością się w nim zakocha, chociażby wcześniej deklarował szczerą niechęc do tego stylu gry! Jest tu tyle emocji, że aż trudno je wszystkie nazwać. Każdy utwór to zaproszenie do świata pełnego przeróżnych dźwięków, nieograniczonej przesztrzeni, mogącej kojarzyć się z bezmiarem transylwańskich lasów. Rozmach, z jakim grają i czarują te swoje wizje, może być porównywalny tylko z naprawdę dobrymi albumami progresywnego rocka czy metalu. Zresztą na "OM" zespołowi zdecydowanie bliżej właśnie do progresywnego metalu niż do blacku. Partii wokalnych jest niewiele a duża część z nich zaśpiewana jest "czysto", bez zniekształceń. Mocne, czasami brutalne gitarowe sekwencje sąsiadują ze spokojnymi , lecz wcale nie mniej niepokojącymi dźwiękami , często generowanymi z pomocą tradycyjnych instrumentów takich jak toaca, klawestyn czy fletnia pana. Wszystko zaaranżowane jest w taki sposób, że tworzy harmonijną całość. Często przy okazji prób połączenia muzyki folkowej z rockiem czy metalem wychodzi twór, który razi swoją niekompatybilnością, sztucznością - gdzie słychac, że folkowe dźwięki zostały zwyczajnie sprowadzone do roli luźnych ozdobników. Tymczasem na "OM" udało się osiągnąć zgoła odmienny efekt. Tutaj każdy dźwięk jest przemyślany a folkowe motywy są integrelną częścią , bez której "OM" nie mógłby w ogóle istnieć. Nadal jest to ciężka muzyka, z którą nie każdy od razu się oswoi, ale warto chociaż spróbować.

OMEGA - Elo (Węgry 1972)

Za sprawą mega hitu "Dziewczyna o perłowych włosach" węgierska Omega jest kojarzona wśród fanów muzyki rockowej na całym świecie. Ale ten słynny kawałek to tylko jeden mały argument na wyjątkowość grupy, bo Omega przekonuje do siebie także kilkoma naprawdę kapitalnymi płytami, z których Elo jest chyba najbardziej znana (już chociażby ze względu na oryginalną okładkę wykonaną z cienkiej blachy, przez co często Polacy nazywali ten album "blaszanką"). I to pomimo tego, że zrodziła się w bólach i niepewności. Gdy w 1971 roku szeregi, będącego wówczas na topie zespołu, opuścili: jego główny twórca Gabor Presser, perkusista Laux oraz jego żona, poetka Anna Adamis, sytuacja wydawała się beznadziejna. Ale pozostali członkowie grupy postanowili grać dalej. Ciężar komponowania wziął na siebie duet gitarzystów - Molnar / Mihaly. Pierwszego ciągnęło w stronę mocnego hard rocka, drugi zaś pozostał wierny bardziej poetyckim formom, z których Omega słynęła w przeszłości. Z połączenia ich sił powstał album niezwykły, wypełniony rasowymi riffami ("Torekeny lendulet") ale też i pięknymi, sentymentalnymi tematami ("Egy nahez ev utan" czy wieńczący płytę czardodziejski biały kamień czyli "Varaslatos, feher ko"). Wskrzeszona Omega okazała się przede wszystkim bardziej rockowa od swojego poprzedniego wcielenia a przy tym mniej pretensjonalna i wyniosła. To po prostu kapitalna rockowa muzyka.
Co ciekawe, przez długi czas (a i dzisiaj pewnie niektórzy tak sądzą) Elo uważana była za płytę koncertową. Jeśli jednak wysłuchać jej uważniej, to da się odczuć sztuczność odgłosów publiczności, które zostały dograne do studyjnych nagrań. (Podobny zabiego zastosowano przy okazji niby-koncertowego albumu rumuńsko-węgierskiej grupy Metropol - "Voua" z 1979 r.)

Tommy

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.