Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Placebo - lekarstwo na wszelki ból istnienia...

8 Października 2013

Placebo w medycynie wykorzystywało się do poprawy psychicznego samopoczucia pacjenta. Zupełnie inaczej jest jednak z muzycznym odpowiednikiem tego "leku", bo czy wersy "Since I was born I started to decay / Now nothing ever ever goes my way" komukolwiek poprawią samopoczucie? Raczej nie. A to właśnie tym podobne słowa wyśpiewywane przez, na pierwszy rzut oka, kobietę były w latach 90. lekarstwem na wszelki ból istnienia młodzieży i to właśnie z takimi wersami ci młodzi-gniewni się utożsamiali. Tak samo jak z hedonizmem wyrażonym zażywaniem wszelakich używek oraz ze swobodą seksualną. Ktoś mógłby zapytać, czy wróciła wtedy moda na różowe lata siedemdziesiąte? Niestety, to było coś znacznie gorszego, jedna z najbardziej niepokornych kapel, która w encyklopedii mogłaby być odpowiednikiem hasła "rockowy tryb życia".


Początki bywają trudne, tak też było w tym wypadku. Przynajmniej w latach młodości, bo po raz pierwszy Brian i Stefan spotkali sie w ekskluzywnej amerykańskiej szkole w Luksemburgu, gdzie się nie zaprzyjaźnili. Jednak ich nastawienie do siebie zmieniło się po latach, gdy przypadkowo wpadli na siebie w Londynie. Od słowa do słowa założyli pierwszy zespół o nazwie Ashtray. Nie był to jednak legendarny projekt, ale wiadomo, od czegoś trzeba zacząć. Dokoptowali sobie jeszcze perkusistę, Roberta Schultzberga, który był kolegą Stefana studiującym w stolicy Anglii. Takim oto sposobem wykrystalizował sie skład jednego z najciekawszych zespołów lat 90., o którym brytyjskie tabloidy rozpisywały się niemal tak bardzo, jak dzisiaj o księznej Kate i Royal Baby - Placebo.

Pierwszy koncert datuje się na styczeń 1995 roku. Niemal cały ten rok panowie przeznaczyli na zgranie się, skomponowanie materiału i koncerty. W międzyczasie rynek alternatywny w muzyce trochę podupadł, triumfowały brytyjskie Spice Girls, więcej emocji wywoływał wszechobecny pop. To wtedy Michel Jackson wydał podwójny album, "HIStory", który rozszedł się na pieńku. Rock działał gdzieś obok, coraz mniej emocji wzbudzały kontrowersje związane z braćmi Gallagher, choć ci wydali właśnie drugi album, Radiohead wypuściło "The Bends" jednak ich opus magnum miało dopiero nadejść. Nie zapowiadało to więc niczego dobrego dla debiutantów, chcących zostać gwiazdami rocka. O tym, że Placebo nie jest zwykłym zespołem świat, a w zasadzie Zjednoczone Królestwo, dowiedział się już latem 1996 roku. Oryginalny głos, makijaż, pomalowane paznokcie, spódniczka, szminka, a nade wszystko narkotyki i opowieści o swoich seksualnych przygodach z partnerami płci obojga. Nie, nie była to kopia wczesnej Madonny dopasowana do swoich czasów, to dwudziestoletni Brian Molko, który objawił się branży, jako pewna siebie gwiazda.

Debiut, zatytułowany po prostu "Placebo", pojawił się na rynku w czerwcu 1996 roku, ale furory nie zrobił. Zaliczył 40 miejsce na brytyjskiej liście, a poza wyspami przeszedł bez echa. Nic dziwnego, bo materiał do pierwszorzędnych nie należał, to była raczej płyta aby pokazać, że oto pojawił sie zespół ekstrawagancki, z androgenicznym bohaterem na czele. Niczym kolejne wcielenie Davida Bowie'go. Porównanie to nie jest na wyrost, bo sam Bowie zaprosił chłopaków na wspólny koncert, stając się kolejnym fanem talentu zespołu. Ktoś może się poszczycić podobnym startem? Powracając do płyty, pasuje do niej maksyma, która przylgnęła raczej do muzyków pałających się estetyką punk - "trzy akordy, darcie mordy". Choć może wrzasków i braku melodii tutaj nie ma, są za to owe trzy akordy. Sporo było na debiucie podobieństw między poszczególnymi utworami, mało znalazło się tam miejsca na wirtuozerię. Jednak ta płyta silna była tekstami. O czym słuchała brytyjska młodzież w połowie lat 90.? O seksie, narkotykach, seksie z drag queen, porażkach. Nic więc dziwnego, że taki debiut plus jego promocja w postaci niemniej pikantnych wywiadów, w których Molko zarzekał się, że kocha narkotyki, przyniósł rozgłos głównie w brytyjskiej prasie bulwarowej. Panowie nie ograniczyli się jednak do rzucania co ciekawszych cytatów prasie i czekania co z tego wyniknie, jak dzisiejsi celebryci pokroju Kim Kardashian. Wręcz przeciwnie, grali całą masę koncertów co, przy hedonistycznym trybie życia, odbiło im się niezłym kacem.

Placebo to trio, jednak nie mają szczęścia do perkusistów, gdyż jest to najbardziej rotacyjna pozycja w zespole. W 1997 z zespołu wyleciał Robert, a w jego miejsce pojawił się Brytyjczyk Stephen Hewitt. I w takim składzie przystąpili do tworzenia drugiego albumu grupy. Musiało się na nim znaleźć wszystko to, co zdarzyło sie w ostatnich latach, a jak na ludzi niewiele po dwudziestce, było tego bardzo dużo. Złość jaka pojawiała się na pierwszym albumie została zastąpiona smutkiem, po hedonizmie i wszelakich uciechach zostały tylko problemy i emocjonalne oraz fizyczne zgliszcza. Nic dziwnego, muzycy czuli już duże zmęczenie materiału, a na dokładkę sam Molko zakończył swój rokujący na przyszłość związek. "Without You I'm Nothing" nie miało prawa więc być płytą energetyczną, szaleńczą i zabawową. I nie było. Po pierwsze uderzała dojrzałość muzyczna tego materiału. Koniec zamulania i grania wszystkiego na jedno kopyto, konstruowania piosenek na dwóch lub trzech najprostszych akordach. Są przestery, jest brud i wielowątkowość. Każdy instrument miał tyle samo do powiedzenia i był dopełnieniem reszty. Do głosu dochodziły także coraz śmielej klawisze. Tekstowo Molko opowiedział nam swoją historię. "Every You, Every Me", jeden z bardziej znanych singli, opowiadał o każdym, kto kiedykolwiek wchodził w kontakt fizyczny z liderem formacji. W "You Don't Care About Us" wyrzucał sam sobie, że nie potrafi normalnie zbudować relacji z drugim człowiekiem. Każdy tekst to zapis stanu umysłu i ciała Briana w ostatnich latach. Album odniósł spory sukces, którego przysłowiową wisienką był singiel tytułowy z płyty, zaśpiewany wraz z najbardziej rozpoznawalnym fanem zespołu na świecie, wspomnianym już wcześniej, Davidem Bowie.

Trzeba kuć żelazo póki gorące i tak też uczynili członkowie Placebo. Po komercyjnym sukcesie drugiego krążka nastąpił czas jego intensywnej, bo jakże by inaczej, promocji. W tym momencie Placebo zaczęli zwiedzać już cały świat. Po Europie przyszedł czas na inne kontynenty, tym samym zawitali m.in. w Ameryce czy Australii. Nie było mowy o zatrzymaniu się choć na chwilę. Kiedy tylko odłożyli instrumenty po wyczerpującej trasie... założyli je na nowo, tym razem w sali prób, a potem w londyńskich studiach nagraniowych. Był rok 2000, Placebo stało się nazwą rozpoznawalną na całym świecie, zaliczyli wiele okładek magazynów, zdobyli uznanie i właśnie zaczynali pracę nad trzecim albumem. Miał on być ugruntowaniem pozycji, pokazaniem, że wiedzą czego chcą, aż wreszcie krokiem naprzód, możliwością eksperymentu. Tym też "Black Market Music" był. Jako pierwszy światło dzienne ujrzał singiel "Taste In Men", który - idę o zakład - co bardziej zagorzałych fanów przyprawił o zawrót głowy. Nie było to podobne do niczego, co powstało spod palców chłopaków z Placebo do tej pory. Jazgotliwy, mroczny, ciężki, naładowany elektroniką. Trio dało zdecydowany sygnał, że nadchodzi nowe. Molko przystopował z kontrowersjami, przestał przebierać się w damskie ciuchy - można powiedzieć, że zaczął dorastać. Trzecia płyta jest tego wyrazem. Teksty nie kręcą się tylko i wyłącznie wokół seksu, dochodzi tutaj więcej wątków, jak chociażby polityka. Muzycznie wielkiego postępu nie ma, bo wspomniany "Taste In Men" to jedyny tak dziwny rodzynek na płycie. Jest rozwijanie patentów wypracowanych na poprzednich albumach, pokazanie, że pomimo niskiej liczebności w składzie potrafią z każdego instrumentu wycisnąć ile tylko się da - porywająca gra na perkusji Hewitta w "Black Eyed" - i nie potrzebują jakichś wysublimowanych i wielorakich zabiegów produkcyjnych.

Niestety, niska ilość skandali była wprostproporcjonalna do zainteresowania brytyjskich mediów. Im bardziej z Placebo robił się zespół rockowy, marka na rynku, która nie potrzebowała już wzbudzania sensacji, tym mniej o nich pisano. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, bo w innych państwach Europy powstawały coraz to nowsze fan kluby. Zespół zaczął wypełniać potężne hale koncertowe. W Polsce zapełnił w 2001 roku Stodołę w Warszawie, a dwa lata później tamtejszy Torwar. Przy okazji drugiego koncertu nad Wisłą promowali już swoje czwarte dzieło, "Sleeping With Ghosts". Ów album to do dzisiaj najlepiej sprzedająca się ich płyta. Sukces komercyjny był w pełni zasłużony, bo to również najlepszy krążek w dorobku zespołu. Świetnymi kawałkami trio sypało na tym wydawnictwie jak z rękawa i ciężko tutaj wyróżniać poszczególne piosenki, bo wszystkie są rewelacyjne. Przykładem na to, jak gorąco został przyjęty materiał z tej płyty, niech będzie udokumentowanie koncertu w zapełnionej hali Bercy we Francji, która pomieściła wtedy aż 18 tysięcy fanów.

Niewiele ponad rok od wydania czwartego albumu na rynek trafiła składanka the best of zatytułowana "Once More With Feeling", podsumowująca dotychczasową działalność zespołu. Znalazły się na niej wszystkie single z wydanych już płyt oraz 3 wcześniej niepublikowane piosenki. Wydanie takiego składaka dało wyraźnie do zrozumienia, że Placebo to zespół kompletny, wręcz firma. Potwierdzały to ich kolejne osiągnięcia i występy. Zawitali na Wembley, gdzie gościnnie z nimi zaśpiewał Robert Smith z The Cure, było to także pożegnanie z wyspami aż do 2006 roku. Potem zahaczyli o Amerykę Południową, gdzie również pozyskali sobie wielu fanów, aż w końcu zostali zaproszeni na koncert Live 8 w Wersalu.

Jeśli uznać "Once More With Feeling" za grubą kreskę, po której Placebo pójdzie dalej w nowe rejony muzyki to niestety, coś nie zadziałało. Pod koniec 2005 roku zakończyli sesję nagraniową swojego piątego albumu, który ukazał się w marcu 2006. "Meds" nie był jednak krokiem naprzód, świeżym spojrzeniem na muzykę. Wręcz przeciwnie, odwoływał się do dawnych patentów, które najlepiej zespołowi wychodziły. Mniej tu elektroniki, a więcej grania gitarowego, przebojowego. Trafiły się tu numery świetne jak pierwszy singiel "ogólnoświatowy", czyli "Song To Say Goodbye", ale i było trochę piosenek pisanych na jedno kopyto. Warto wspomnieć, że po raz pierwszy na regularnym albumie pojawili się goście, Alison Mosshart z The Kills i Michael Stipe ze ś.p. R.E.M. Nierówność materiału nie przeszkodziła jednak "Meds" pokryć sie platyną we Francji oraz Niemczech, a zespół do swojego CV mógł wpisać coraz to nowsze i nietypowe miejsca swoich koncertów, jak np. występ w świątyni Angkor Wat leżącej w Kambodży. Występ podwójnie ważny, gdyż to właśnie wtedy zadebiutował nowy perkusista zespołu Steve Forrest. Co zdarzyło się wcześniej? Po trasie promującej "Meds" z zespołu odszedł Steve Hewitt, a oficjalna wersja odejścia była taka, iż miał on inne cele, niż panowie Molko i Olsdal. Sam Hewitt w wywiadach nie ukrywał żalu za sposób, w jaki podziękowano mu za współpracę, jednak przyjął to jak przystało na mężczyznę i dzisiaj występuje w zespole Six by Seven.

Forrest swoje umiejętności objawił światu na płycie "Battle For the Sun" wydanej w 2009 roku. Materiał powstał tym razem za Oceanem, w Kanadzie pod okiem Davida Bottrilla, który produkował płyty m.in. Tool, Muse czy Coheed and Cambria. I wreszcie zespół zaczął wplątywać nowe wątki w swoim graniu. Po trochę miałkim "Meds" nadszedł czas na bardziej napakowaną smaczkami płytę. Pojawiły się nowe dla zespołu instrumenty, jak trąbki czy saksofon, a wszystko to w stylu, do jakiego nas zespół przyzwyczaił. Oczywiście promocja musiała objąć więcej niż jeden kontynent, przez co Placebo odwiedzili, poza Europą, jeszcze Australię, Azję Południowo-wschodnią oraz Amerykę Południową, zawitali m.in. do Izraela i Libanu, a także znów do Polski - dwukrotnie w 2009 i raz w 2012 roku.

Jedno jest pewne, zespół na dobre skończył z kontrowersjami, dzięki którym zyskał taką sławę w latach 90. Miejsce młodych, niepokornych, biseksualnych, napakowanych używkami gwiazdek estrady zajęli dojrzali muzycy. O Placebo zaś mówi sie w kwestiach materiału, jaki nagrywają, tekstów jakie pisze Molko, czy koncertów jakie daje cały zespół. Ich najnowszy album "Loud Like Love" tylko potwierdza, że są w doskonałej formie i pomimo pewnej pozycji, potrafią nagrać materiał mniej zachowawczy, za który jedni ich pokochają, a inni wręcz przeciwnie.
Jak ten materiał zabrzmi na żywo, przekonamy się już 12 listopada podczas koncertu na warszawskim Torwarze.

Norbert Oset

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Ogłoszenia

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.