Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Kanon nieangielskojęzycznej muzyki rockowej cz. 3

12 Października 2013

Trzecia odsłona...


BENCSIK SANDOR - A zöld, a bíbor és a fekete (Węgry 1995)
Wśród wielu znakomitych węgierskich gitarzystów dwóch zasługuje na szczególne wyróżnienie. Pierwszym jest pionier węgierskiego rocka Bela Radics, drugim Bencsik Sandor zwany Samem. Obaj muzycy przedwcześnie zeszli z tego świata, zostawiając, może nie pokaźny, ale bardzo inspirujący dorobek, pielęgnowany przez następne pokolenia rockmanów. Sandor Bencsik grał w klku zespołach, przeszedł do historii jako podpora sławnego P. Mobil i P. Box (Pandora's Box). Z tym drugim zespołem nagrał trzy bardzo dobre, hard rockowe płyty, po czym zespół się rozpadł. Sam zginął niedługo po rozwiązaniu grupy - 27 września 1987 r. wypadając z okna domu w austryjackim obozie dla uchodźców. Przyczyny jego śmierci do dnia dzisiejszego nie zostały wyjaśnione. 8 lat po tym tragicznym wydarzeniu ukazał się omawiany właśnie kompilacyjny album poświęcony pamięci Sama. Cztery pierwsze utwory to dobrze znane hardrockowe szlagiery P. Boxu - jeden lepszy od drugiego. Fantastycznie prezentuje się wyrwany z dyskografii P. Mobil - "Csillag Leszel" z obłędną wstawką saksofonu i potężnym dźwiękiem gitary. Są też dwa utwory nagrane przez Sama z supergrupą Metal Company (która istniała bardzo krótko i nie pozostawiła po sobie żadnej studyjenej płyty). Niestety jakość ich brzmienia zdecydowanie od reszty materiału. Popis umiejętności technicznych Sama kapitalnie oddaje umieszczony po środku setlisty "A Dongo". To wspaniały przykład jak można zagrać muzykę klasyczną po rockowemu. Wieńczący płytę tytułowy "A zold,a bibor es a fekete" (dosł. Zieleń, purpura i czerń) nagrany został specjalnie na ten album, przez przyjaciół gitarzyszty - w hołdzie. I tak utwór, który pierwotnie nagrano na cześć zmarłego w 1980 r. Beli Radicsa stał się hołdem dla jeszcze jednego geniusza gitary. Płyta nigdy nie była wznawiana i nic nie wskazuje na to, by została ponownie wydana. Wielka szkoda,bo jest to jeden z najznakomitszych rockowych albumów jakie kiedykolwiek wydano na Węgrzech.


PROGRESIV TM - Dreptul de a visa (Rumunia 1973)
Rumuński krążek bije po oczach paskudną okładką (nota bene autorstwa dosyć znanego w Rumunii artysty) ale poza tym wszystko jest z nim w porządku. Nie przywiązujcie się zanadto do nazwy zespołu- "Deptul de a visa" (dosł. prawo do marzeń) jest przede wszystkim albumem hard-rockowym z elementami muzyki folkowej. Już w pierwszym utworze dźwięki gitary przywodzi raczej na myśl to charakterystczne brzmienie znane z drugiej płyty Black Sabbath niż Yes czy jakiegokolwiek innego progresywnego bandu! To co odróżnia jednak Progresiv TM od typowych hard-rockowych zespołów to bogactwo aranżacji i wrażenie ogromnej przestrzeni jaką nakreślili dźwiekami, co rzeczywiście może przywoływać na myśl rock progresywny. Poza tym, tam gdzie mogą ubarwiają dźwiekiem fletu (tutaj pojawiają się naturalne skojarzenia z Jethro Tull) i tak już dosyć złożone kompozycje. Momentami muzyka ociera się o pop-rock, czego najlepszym dowodem jest "Nimeni nu e singur"- równiedobrze mógłby ukazać się na jednej z płyt węgierskiego Locomotiv GT! Z kolei gitarowa galopada w "Va cadea o stea" może kojarzyć się z grą Johna DuCann-a z czasów Andromedy. Zresztą cała omawiana płyta ma podobne brzmienie, prawdopodobnie dlatego, że nagrano ją beż żadnych efektów, bez dopieszczeń. Jej siła leży w prostocie, ale też w doskonałych partiach wokalnych, do których zespół przywiązywał bardzo dużą wagę.

"Deptul de a visa" z pewnością jest świadectwem wielkiego potencjału zespołu Progresive TM. Muzycznie nie odbiega wcale lub tylko w niewielkim stopniu od zachodniej konkurencji z tamtego okresu. Są tu bowiem nie tylko piękne melodie, doskonałe aranżacje, ale też pewna idealna w proporcjach doza muzycznej fantazji. Dziś można się już tylko zastanawiać, jakie szanse na zrobienie kariery miałby ten zespół gdyby znalazł się w Wielkiej Brytanii a wokalista Harry Coradini zaśpiewałby po angielsku...


XIII STOLETI - Werewolf (Czechy 1996)
"Stoleti stał się dla mnie zespołem tak ważnym jak Lacrimosa czy Type O Negative" - pisał kiedyś w recenzji tej płyty Tomek Beksiński, jeden z najbardziej inspirujących polskich prezenterów radiowych. To dzięki niemu Stoleti zyskało w Polsce status zespołu dobrze znanego (oczywiście w pewnych kręgach) i docenianego. Kiedy w 1995 roku Czesi wydali album "Nosferatu" nastąpił przełom, ale dopiero "Werewolf" objawił w pełni ich możliwości. "Werewolf" to dzieło kompletne, wzór gotyckiego rocka, porażający swoją tajemniczą, podniosłą a momentami melanchilijną aurą. Czasami to wszystko ociera się o banał, ale tak właśnie być musiało. Rock gotycki patrząc z boku, z perspektywy kogoś, kto w taką muzykę się nie zagłębiał, musi wydawać się czymś śmiesznym - te teksty o wampirach, demonicznych obrzędach, duchach... "Werewolf " ma jednak w zanadrzu aututy, które nawet tych postronnych słuchaczy będą w stanie wciągnąć w świat wilkołaków i prastarych legend. Przede wszystkim muzyka - płynie wolno, dudniący przyjemnie bas i miarowe uderzenia w bębny często wprowadzają słuchacza w trans, któremu trudno się oprzeć. Te dźwięki oplatają i uzależniają. Elektryzujące partie gitary są dokładnie takie jak być powinny - oszczędne, podreślające obłęd czający się w każdym utworze, w każdym wyśpiewanym przez Petra Stepan. słowie. Prawdziwą ozdobą płyty jest melancholijny i straszący "Julie umira kazdou noc". Obrazu całości nie psuje nawet "Mr Psycho" przypominający o punkrockowych korzeniach Petra Stepana. Dopełnieniem intrygującej muzyki jest doskonałe przestrzenne brzmienie. Ani Lacrimosa ani Type O Negative nie mają w dyskografii tak dopracowanego dzieła. Oto wielki pomnik rocka gotyckiego.

AZRA - Sunčana strana ulice (1981 Jugosławia)
Prędzej czy później ten zespół musiał się tutaj pojawić. Azra to prawdziwa legenda jugosłowiańskiego (dzisiaj chorwackiego) rocka, jedna z tych kapel, której słuchają kolejne pokolenia. Równie legendarna jest postać jej założyciela - śpiewającego gitarzysty Branimira "Johnny" Štulića - człowieka, który obraził się na swój kraj i od przeszło 30 lat mieszka w Holadnii (niektóre źródła podają, że obecnie w Danii). Wycofał się z życia publicznego, nie udziela żadnych wywiadów i swoją karierę rockmana od dawna uważa za zakończoną.

W ciągu 11 lat istnienia Azra nagrała 7 albumów studyjnych, z których aż 5 znalazło się na słynnej liście YU 100 (lista stu najlepszych albumów muzycznych jugosłowiańskiej muzyki popularnej sporządzona przez różne muzyczne osobowości w 1998 r.), w tym aż 3 w pierwszej dziesiątce. Najwyżej znalazł się debiut płytowy zespołu, ale dzisiaj zajmę się drugą płytą, wydaną w 1981 r. i zatytułowaną "Słonczena strona ulicy". Na dwóch winylowych płytach zespół umieścił aż 24 kawałki, z których ciężko wyróżnić którekolwiek. Materiał jest spójny, ale nie monotonny. Przeważają spokojne kompozycje, które płyną leniwie i łatwo wpadają w ucho. Brzmienie w porównaniu do debiutu uległo rozwinięciu - pojawiły się instumenty dęte, które nadały muzyce jeszcze bardziej bałkański charakter. Trudno nie wspomnieć o tekstach, które od samego początku były integralną i bardzą ważną częścią twórczości Azry, choć dla nas siłą rzeczy ma to drugorzędne znaczenie. Johnny poruszał w tekstach ważne tematy, często jawnie krytykując władze. Wśród takich politycznych akcentów na "Suncana strana ulice" jest jeden, który szczególnie powinien nas zainteresować. Piosenka "Poljska u mom srcu" (dosł. Polska w moim sercu) to oczko puszczone w stronę Solidarności, co już powinno dobrze uzmysławiać, jak swobodnie czuli się muzycy rockowi w Jugosławii (utwór został wydany na płycie bez żadnych problemów).

"Słoneczna strona ulicy" dokładnie tak jak wskazuje tytuł - jest płytą bardzo pozytywną, na której proste, skoczne piosenki sąsiadują z delikatniejszymi, akustycznymi tematami. We wszystkich głos Johnnyego staje się jeszcze jednym instrumentem, umilającym słuchanie.

YU GRUPA - Yu Grupa (Jugosławia 1973)
Kolejny jugosłowiański zespół, ale z innej epoki. Przed pojawieniem się Bijelo Dugme YU Grupa była najpopularniejszym zespołem rockowy Jugosławii, co można wywnioskować chociażby ze sprzedaży płyt. Debiut płytowy YU Grupy aż do czasu pojawienia się pierwszej płyty Białego Guzika (Bijelo Dugme) był najlepiej sprzedającą się płytą. Zanim jednak doszło do jej nagrania muzycy zdążyli już wyrobić sobie znakomitą markę. Kilka miesięcy przed sesją nagraniową ekipa odwiedziła Londyn w celu nabycia nowego sprzętu. Wytwórnia CBS będąca pod wrażeniem jugosłowiańskich rockmanów zorganizowała im koncert w słynnym klubie The Marquee. Potem posypały się propozycje a wśród nich także wspólna trasa koncertowa z The Allman Brothers Band. Zespół jednak nie skorzystał z kuszącej oferty i postanowił konsekwentnie budować pozycję na rodzimej scenie. Kilka miesięcy po powrocie z Londynu ukazał się ich pierwszy album, zatytułowany zwyczajnie - YU Grupa.
Ten krążek zaskoczy miłośników starej szkoły rocka lat 70', o ile oczywiście go jeszcze nie słyszeli. Płyta wytrzymuje porównania z najlepszymi dokonaniami światowych gwiazd. Panowie grają z dużą dozą fantazji, czarują ciężkim bluesem, w którym aż iskrzy ciężki riff i przepiękne gitarowe ozdobniki. Jest trochę mocnych, rasowych rockowych numerów ale też i kilka udanych ballad, utrzymanych w typowym dla tamtego okresu stylu. Umiejętności muzyków nie pozostawiają żadnych wątpliwości - to profesjonaliści, którzy nie tylko znakomicie grają, ale także zadbali o to, by brzmienie płyty oddawało, to co działo się w studio. Być może dlatego okładkę zdobi koncertowe zdjęcie. Dynamika i energia tych nagrań dalece wykracza poza studyjne mury. Debiut płytowy YU Grupy pięknie wpisuje się w określenie "klasyk muzyki rockowej".

Tommy

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.