Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Paradoks polskiej hipokryzji...

22 Grudnia 2013

Czytałem ostatnio w pewnym tygodniku felieton pana Hołdysa. Były muzyk Perfectu słusznie konstatuje, że Polacy cenią sobie najbardziej (chociażby temu zaprzeczali) muzykę zakorzenioną melodycznie, rytmicznie i harmonicznie w naszym dziedzictwie kulturowym. Podaje przykłady, że nawet wysublimowane imprezy z muzyką w tle mają największe wzięcie, kiedy z głośników leci (oficjalnie znienawidzone) disco polo. Przywołuje chociażby sylwestra, na którym zgromadzeni artyści czy intelektualiści (ogólnie ludzie obyci, kulturalnie rozwinięci) wpadli w największy szał na parkiecie przy znanych przebojach nurtu, powiedzmy oględnie, ruralnego. Nic w tym, wydaje mi się, dziwnego. Czy ktoś może sobie otwarcie i szczerze powiedzieć, że słysząc takie "Ona tańczy dla mnie" nie miał chociażby ochoty potupać nóżką albo, o zgrozo, zaśpiewać refrenu? Negowanie tego wydaje mi się hipokryzją.


Nie zaprzeczam, że można mieć upodobanie we free jazzie Dona Ellisa, dodekafonii Schonberga czy innym "niepopularnym" nurcie muzycznym, nie o to mi tutaj chodzi. Chcę tylko zauważyć, że Polacy jako naród mają zakorzenione pewne wzorce muzyczne tak głęboko, że są one immanentne, podświadome i nieusuwalne. Tak jak Amerykanie mają country. A Rosjanie Katjuszę. My mamy spuściznę walczyków, polonezów, kujawiaków, melodii ludowych, kolęd (ileż tego przyszło z Niemiec!) czyli w oryginalnej formie prostych, ładnych, zgrabnych melodii opartych o nieskomplikowaną harmonię. Takie trochę potupaje, potańcówki. Disco Polo różni się tym, że, jak sama nazwa mówi, do tych melodii i harmonii, dodaje dansową stopę i syntetyczny werbel, trochę tanich synthów, obecnie szczyptę electro czy nawet dubstepu momentami. I oczywiście infantylne, nierzadko idiotyczne teksty o dupie Maryni. Ni mniej, ni więcej. Reszta to już nadbudowa kulturalna i zakorzeniona przez nią deprecjacja tego nurtu jako zjawiska żałosnego, taniego, obrzydliwego nawet, dla hołoty, na wiejskie potańcówki... Syf po prostu. Ale nikt nie zakwestionuje tego, że disco polo święci tryumfy od lat, przodując w rankingu najlepiej zarabiających nurtów muzycznych. Dodatkowa kwestia zaś to polskie upodobanie do biesiadowania. Do uczestniczenia w sympatycznej, w luźnej atmosferze prowadzonej imprezie, gdzie mamy z kim pogadać, pośmiać się, wypić trochę wódki, wznieść toast i oczywiście posłuchać trochę znanych szlagierów. Różnych proweniencji. Tyle literą wstępu.

Powyższe odnoszę do opisanego przeze mnie niedawno koncertu Brit Floyd w Warszawie (relacja). Uważam, że w dużej mierze tłumaczy tak liczne przybycie fanów na to zjawisko oraz jego sukces. Po pierwsze Pink Floyd to zespół legendarny. Szczególnie w Polsce. Związany ze wspomnieniami prywatek, gdzie na odtwarzaczach Bambino ryto czarne płyty, na czarno (bez licencji znaczy) tłoczone przez Wifon czy rosyjską Melodię. Albo z erą kaset nie dość, że nielegalnej produkcji, to jeszcze niskiej jakości, które nabyć można było u Chińczyka na Stadionie Dziesięciolecia. Pink Floyd wpisał się przez swoją obecność i czas, kiedy ich twórczość rozkwitała, w nurt hippisowski, nurt subtelnej konstatacji, nurt romantycznej wiary w możliwość zmiany otaczającej rzeczywistości, wreszcie w nurt pogoni za wszystkim, co zachodnie. Taka hybryda czynników spowodowała, że samo zjawisko, sama nazwa Pink Floyd budzi już określone reakcje, wspomnienia, skojarzenia. Nie dla wszystkich oczywiście, ale wciąż dla bardzo dużej grupy naszego społeczeństwa. I to wszystko, zanim doszliśmy w ogóle do jakiejkolwiek analizy muzycznej tego zespołu! Oczywiście, podobnie sprawa ma się z Led Zeppelin, z Jimi Hendrix Experience, z Dylanem, z Janis Joplin (tu już mniej jednak...), ale żaden z tych artystów nie dorobił się swojego oficjalnego, znanego na cały świat trybutu!

Zastanówmy się teraz nad warstwą tekstowo muzyczną brytyjskiej legendy. Liryki nie są tutaj aż tak ważne. Po pierwsze, są po angielsku, a język ten nie jest na pierwszy rzut ucha rozpoznawalny dla statystycznego polskiego słuchacza tego zespołu. Zrozumiałe są natomiast fragmenty, hasła, punkty zaczepne. Mamy sztandarowe "we don't need no education", genialnie wpisujące się w nurt konstatacyjny. Mamy Money, Time, Mother, Pigs, Dogs, Sheep, etc... możemy więc hasłowo traktować liryki Watersa, zyskując tym samym konkretny punkt odniesienia, zaczepienia. Zupełnie inaczej, niż powiedzmy w jazzie czy klasyce. Wystarczy nam, że znamy refren "Another Brick in the Wall, Part 2" i "Money", jako słowo zaczynające każdy wers tekstu w tej piosence i to już wystarczy. Proste słowa hasła. Jak Polska Kultu. Jak ,,o-o-o-o" w "Mniej niż Zero". Jak "Jesteś Szalona" wreszcie... Zasada jest ta sama: prosty punkt odniesienia. A że wartość tekstów Pink Floyd porusza sprawy rożne, od wojennych rozliczeń, przez samotność, opuszczenie, izolację, bunt, komentarz społeczny, komentarz rzeczywistości, tym lepiej. Uświadamiając sobie przesłanie liryków Floydów tym mocniej ugruntowujemy u siebie przywiązanie do tego zespołu, bo wiemy, że śpiewają o sprawach ważnych, o konkretnych zjawiskach, które sami znamy. To nie górnolotna poezja Yes czy zawoalowane psychodelizmy King Crimson, ale też nie prostota The Beatles z początkowej fazy ich twórczości, czy prostolinijność the Rolling Stones. Coś pomiędzy, co rozumiemy i co do nas trafia, do Polaków jako narodu nurzającego się non stop w poruszanej przez Watersa tematyce. Najprawdopodobniej nieświadomy, ale jednak strzał w dziesiątkę, w jedną z najwrażliwszych strun polskości: strunę bolesnej historii i codziennych doświadczeń.

Podobnie bardzo celnym strzałem w tarczę polskiej wrażliwości estetycznej jest muzyka reprezentowana przez Pink Floyd. Ogólnie, podręcznikowo wręcz, wpisywani są zawsze i całkowicie w nurt muzyki progresywnej. Dlaczego? Nie wiem, tak mówiąc szczerze... Nienawidzę kategoryzowania w muzyce, bo każda szufladka jest krzywdząca dla twórców, pomijając może te nastawione na konkretny target produkty sceny showbusinessowej, które z muzyką jako taką nie mają nic wspólnego... Dla mnie muzyka progresywna to Yes, wczesne Genesis (do "Selling England by the Pound" włącznie), King Crimson, ELP czy chociażby Van der Graaf Generator, a z bardziej współczesnych zespołów Dream Theater i setki ich kopiujących, Purcupine Tree lub Tool. Czyli rozbudowane kompozycje oparte zazwyczaj o niewiarygodnie skomplikowane struktury harmoniczne, serpentyniczne pasaże melodyczne, wysublimowane unisona, połamane, nieregularne rytmy, zawoalowane, nieoczywiste brzmienia, nierzadko orkiestrowy przepych, zaskakujące zmiany dynamiki, niespodziewane zwroty akcji i nieprzewidziane pointy muzyczne. Mówiąc krócej, idealny porządek w pozornym chaosie. Czy tego typu twórczość reprezentuje Pink Floyd? HmM... Proszę bardzo, możemy, zboczywszy i tak z głównego tematu, przystanąć na chwilę i przeanalizować bardzo pobieżnie główne pozycje, będące wyznacznikami stylu, z dyskografii tej grupy. Lecimy. "The Piper at the Gates of Dawn", "A Saucerful of Secrets", "Ummagumma"? Czysta psychodela, może elementy sceny Canterburry. "Atom Heart Mother"? Ok, faktycznie, rozbudowana suita itd. itd., przyznaję, progresyw. "Animals", "Wish You were Here"? Stadionowy rock właściwie... fakt, rozbudowane kompozycje, dużo melodyczności. Ale harmonie są proste. Melodie takoż. Podobnież rytmy. To PROSTA muzyka, co z tego, że długie formy? Czy skoro numer trwa 15 minut to wystarczy, żeby go uznać za progresywny? Czy solo na organach w "Sheep" to wyznacznik progresywności ? Litości... "The Final Cut", "Division Bell"? Bez Watersa to już nie Pink Floyd, choć tak czy siak te albumy wypełnione są piosenkami... No i dwa opus magnum zespołu, "The Dark Side of the Moon" i "The Wall". To są płyty pop rockowe (oczywiście wg realiów czasów, w których powstawały, nie podług dzisiejszych standardów). Tak, powtórzę, są POP ROCKOWE. Proste piosenki oparte o banalne harmonie - "Another Brick in the Wall", prawdopodobnie największy hit zespołu, to wulgarny Dmol zwrotki złamany refrenowym durem G, F i C. Ognisko przecież. A melodia jest tak prosta, że "Ona tańczy dla mnie" przy tym, to jak klasycy wiedeńscy do chorałów gregoriańskich... To pasaż po pierwszych trzech dźwiękach ze skali doryckiej w tę i z powrotem. Nic więcej. Plus funkowa gitara, najprostszy bit na świecie, przystępna linia basu i śliczne solo, a wszystko mieszczące się w nieco ponad trzech minutach. Przecież to przepis na radiowy przebój. Jakikolwiek numer Kate Bush, ba, Lady Gagi jest bardziej skomplikowany. Gdzie tu progresywność? Może w "Money", bo jego metrum to 7/4? Sting ma więcej połamanych rytmów... To może w brzmieniach? Bluesowa gitara (w brzmieniu i strukturze solówek) Gilmoura, lekko punkowy, kostkowany bas Watersa, w pełni akustyczne bębny Masona czy klasyczne leady, synthy i piana Wrighta ? Kajagoogoo miało mniej oczywiste brzmienia. A może w produkcji? No tak, mamy ponakładane głosy w Brain Damage... Nie no, wow, ależ progresyw! Ludzie, Pink Floyd to nie jest progresywny zespół. To idiotyzm (choć być może wielu purystom się narażę...) myśleć w ten sposób. Spurpurowiałych na twarzy zapraszam do dyskusji. Będę się bronił. Wyjaśniwszy tę kwestię przechodzę dalej tj wracam do tematu głównego analizy.

Muzyka Pink Floyd, będąca skrzyżowaniem wielu stylów i na pewno zbyt wielonurtowa do zamknięcia w jednej szufladce, to przede wszystkim wypadkowa sił twórczych Watersa i Gilmoura, czasem Wrighta... Czyli świetne piosenki, przystępne melodie, niebanalne, pasujące teksty, proste rytmy, charakterystyczne pasaże i oczywiście solówki gitarowe. Nie zapominajmy także o wszechogarniającej, subtelnej melancholii będącej właściwie siłą napędową Floydów. Ich najbardziej znane kompozycje, prócz paru wyjątków jak "Pigs on the Wings" czy "Wish You were Here", toną praktycznie w melancholijnym, postbluesowym (ze strony Gilmoura) sosie.

Mamy tu więc do czynienia z muzyką, która zawiera w sobie wszystkie elementy, które Polacy lubią najbardziej. Już skrajnie skracając dla tych, którzy odważnie dobrnęli aż tutaj - prostota warstwy muzycznej, łatwo zapamiętywalne melodie, charakterystyczne pasaże, konkretna dynamika, jednostajny rytm, wiele wyrazistych punktów muzycznego odniesienia, niebanalne, ale bardzo przystępne teksty. Rockowa przebojowość po prostu. Nikt mi nie wmówi, że w kwestii strukturalnej "Another Brick in the Wall pt. II" różni się czymkolwiek od ostatnio najpopularniejszych w Polsce hitów, jak "Bałkanica" zespołu Piersi, czy "My Słowianie" Donatana. Różnią się jedynie produkcją, aranżacją, brzmieniami, warstwą tekstową i targetem oczywiście. Reszta jest IDENTYCZNA. Tak jak większość hitów muzyki popularnej... I nie ma co się na to zżymać.Mamy więc wyjaśnioną kwestię fenomenu Pink Floyd w Polsce. Oczywiście daleki jestem od krytykowania podejścia rodzimych fanów lub/ i samego zespołu, który jest jednym z moich ulubionych. Chciałem jedynie zaznaczyć, że tak ogromna popularność wynika z kilku prostych czynników, tak charakterystycznych dla wyznaczania trendów muzycznych nad Wisłą. Na sam koniec poruszyć można jedynie dwie niepokojące kwestie, już bez rozwijania ich, chociaż warto by to na pewno zrobić. Po pierwsze, czy nie jest smutne, że narzekając na brak nowej, dobrej muzyki na rynku, jednocześnie chodzimy na koncerty ODWZOROWUJĄCE dinozaurów sprzed lat? Po drugie, jak daleko posuniętą nieświadomością muzyczną jest pójście na Brit Floyd jako na koncert zagranicznej, alternatywnej gwiazdy, hipPisowskich idoli? Przecież to taki sam humbuk jak Rage Against The Machine, które tworzy przecież maszynę, przeciw której teoretycznie jest skierowana furia z nazwy tego, muzycznie genialnego, składu. Dla mnie to jest jakiś na ogromną skalę zakrojony paradoks polskiej hipokryzji.

Konkludując w jakikolwiek konstruktywny sposób, wspierając zjawiska typu Brit Floyd, niech nikt nie narzeka, że nie może znaleźć muzyki alternatywnej. Na sam koniec, żeby nieco się ochronić, dodam, że moje podejście do tematu jest dość mocno krytykanckie i subiektywnie negatywne, a aspektów rozważania podanych przez mnie pod koniec też są dziesiątki. Jeśli komuś powyższa analiza pozwoliła chociaż na chwilę zastanowić się nad poruszanymi kwestiami, to zamierzony efekt osiągnąłem. We DO need some education!

mateusz.biegaj

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.