Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Odkurzone perełki polskiego rocka - część I!

11 Lutego 2016

Internet jest pełen najprzeróżniejszych podsumowań, zestawień i list piosenek i płyt. Od najbardziej fachowych i rzetelnych, po czystko subiektywne wynurzenia poszczególnych osób. Ktoś mógłby zapytać, po co kolejne? Do stworzenia własnej listy zainspirowała mnie sytuacja. Któregoś wieczoru spędzonego w miłym towarzystwie, doszło do dyskusji na temat polskiej muzyki rockowej i nie tylko.


Wniosek z niej był taki, że przeciętny słuchacz ma stosunkowo małą wiedzę i świadomość na temat polskiego rocka. Padały różne nazwy, znane ogólnie wszystkim. Padały nazwy niewiadome dla nikogo. Padały też takie, które są znane tylko częściowo. A przecież polskiej muzyki jest bardzo dużo, często jest ona (niesłusznie) traktowana trochę po macoszemu. U wielu osób dominuje pogląd, że słuchanie polskiej muzyki jest wręcz obciachem, bo na świecie robią lepiej, a nasi muzycy nie mają nic oryginalnego do zaproponowania i tylko starają się naśladować gwiazdy światowego formatu.

Nie zgadzam się z takim podejściem - uważam, że polska scena rockowa miała i nadal ma sporo do zaoferowania, a ktoś, kto nie słuchał polskiej muzyki, głównie z lat 80. i 90. naprawdę sporo stracił. Dlatego zebralem do kupy trochę płyt, z którymi warto się zapoznać, przypomnieć i zwyczajnie się z nimi przeprosić. Są tu rzeczy różne, od klasycznego rocka, przez alternatywę, punk i metal. W przeważającej większości nagrane po polsku. Są zespoły, które rozpadły się tak szybko jak powstały, pozostawiając po sobie tylko jedną płytę. Są stare legendy, które się w ostatnich latach reaktywowały i znów próbują dawać znać o sobie. Są zespoły, które kiedyś były wielkimi gwiazdami - często jednego przeboju - a dziś krążą na obrzeżach sceny. Są wielkie gwiazdy, znane z pojedynczych hitów, które mają w dorobku wielkie płyty, całościowo mało znane i nienależycie doceniane.

Wybrałem 20 płyt z jedną wspólną cechą. Wszystkie są dobre, ciekawe, interesujące, inspirujące. Warte poznania, nawet jeśli upłynęło wiele lat od ich wydania. Warte przypomnienia, bo jeśli nawet były znane i doceniane w swoich czasach, to dziś pokryła je mgiełka kurzu. Wszystkie pochodzą z lat 80. i 90. - moim zdaniem najlepszych dwóch dekad dla polskiej muzyki. Po cichu liczę, że nawet jeśli ktoś nie traktuje starej, polskiej muzyki poważnie, to temat skłoni do refleksji, że może jednak warto.

Dziś pierwszy odcinek obejmujący 5 pozycji. Kolejne niebawem.


SYNDIA - "Syndia" (1991)

Album nagrany w 1989 roku, ukazał się na rynku dwa lata później. Jedyne dziecko zespołu, który jest dziś kompletnie zapomniany. Gwoli sprawiedliwości, w swoim czasie też nie narobił żadnego zamieszania ze względu na całkowity brak promocji. Płyta Syndii jest absolutnym kolekcjonerskim rarytasem. Muzycznie - żeby sprawę najprościej ująć - zespół jest polską odpowiedzią na falę amerykańskiego grania z szufladki pt. AOR czy też hair metal. Jak zwał tak zwał, mieszają się wpływy Bon Jovi i Europe z graniem spod znaku Danger Danger. Melodyjne, dobre numery, może niezbyt dynamiczne, ale osadzone twardo na średnich tempach i mocnej sekcji. Czadowe riffowanie (Maciej Gładysz) miesza się z klawiszowymi pasażami (Rafał Paczkowski) i - tu minus - dość średnimi solówkami, mimo że nagrał je nie byle kto, bo sam Grzegorz Skawiński. Absolutnym atutem tej płyty jest wokalista - głos Zbigniewa Kondratowicza idealnie wpisuje się w stylistykę, śpiewa spokojnie, wyraźnie, nie próbuje piać kiedy nie trzeba, znakomicie prowadzi swój wokal.
Dziwny twór, bowiem skład zespołu i ludzie, którzy fizycznie wzięli instrumenty do ręki i poszli z nimi do studia to dwie różne sprawy, jedynym wspólnym mianownikiem jest właśnie wokalista. Z czego to wynika, to chyba tylko sami muzycy wiedzą. Jednym słowem - świetna, hardrockowa płyta, dobrze zagrana, kapitalnie zaśpiewana, z dobrymi, czadowymi piosenkami.


KSIĘŻYC - "Księżyc" (1996)

Pamięć o tym wspaniałym projekcie powolutku wraca, Księżyc się reaktywował, w zeszłym roku przypomniał o sobie świetnym albumem. Ale chcę wrócić do ich drugiego krążka. Eteryczny minimalizm, do bólu gotycki, czarci wręcz klimat, nasączony słowiańskim folklorem. Dźwiękowo absolutnie oryginalnie, jeżeli koniecznie miałbym się silić na znalezienie jakichś podobieństw to wymieniłbym Das Ich. Eksperymenty wokalne dwóch dziewczyn wzmacniają wymowę unikatowych tekstów, właściwie luźnych wierszowanek wyrwanych z kompletnie baśniowego świata. Bardzo ciężko krótko scharakteryzować ten album, najlepiej się to udało wokalistce Agacie Harz: "Teksty są powiązane symboliką Księżyca. Księżyc jest symbolem kobiecości, symbolem tajemnicy, przemiany, śmierci. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że to, co robiłam z Księżycem, było twórczością okresu dojrzewania, a wiadomo, że przejście z dzieciństwa do dojrzałości jest czasem ponurym i mrocznym. Powstawała muzyka odbijająca niepokoje dojrzewającej osobowości." Absolutny unikat na polskiej scenie, nie tylko okołorockowej.


KINSKY - "Copula Mundi" (1993)

Niemal wszyscy, którzy poznali ten album mówili zgodnie, że kilkanaście razy próbowali zanim przesłuchali do końca. Kilkadziesiąt, żeby cokolwiek zrozumieć. Kilkaset, żeby ostatecznie polubić. A jak już się polubi, to koniec. Człowiek po prostu tymi dźwiękami nasiąka. Czego tu nie ma. Grindowa nawalanka, black metalowy jazgot, psychodeliczne struktury, maksymalnie pogięte wygibasy. Muzyka nie tyle psychodeliczna w swej zbrutalizowanej formie, co najzwyczajniej w świecie psychiatryczna. Największe lęki, obłędy i schizotyczne stany i to u ludzi po twardych narkotykach. Paranoiczne obrazy ubrane w dźwięki i uderzające z siłą rozpędzonego parowozu. Ktoś kiedyś stwierdził, że to jest muzyka czyniąca z człowieka zwierzę. Bardziej trafne określenie nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Rewelacyjny, unikatowy album, który polecam całym sercem. Zwłaszcza, że pod koniec zeszłego roku ukazała się świetnie wydana reedycja.


KOBONG - "Kobong" (1995)

W środowisku fanów ciężkich brzmień album szanowany. Może nie jest to jakieś wielkie wykopalisko, bo o Kobongu było swego czasu głośno, niemniej po rozpadzie, również muzyka została trochę zapomniana. Zespół doceniony, jednak zbyt późno. Pierwsza płyta to dźwiękowy eksperyment, który znacznie wyprzedził swój czas. i który na początku mało kto zrozumiał. Mamy to mocno jazzującą sekcję (perkusja!), ciężkie gitary i odgłosy paszczy Bogdana Kondrackiego. Odjechane riffy (czy aby na pewno to riffy?), gitary miażdżą swoim ciężarem, czasem się ciągną, czasem nagle urywają i zaczynają tłuc. Jakby celowo nie trafiały w metrum, ale to już zasługa Wojciecha Szymańskiego, którego partie perkusji mogą wpędzić w głębokie kompleksy niejednego adepta tego instrumentu. Album stanowi monolit, ciężko odróżnić pojedyncze kawałki, przez co nie jest łatwy w odbiorze. Na początku wręcz odrzuca, ale (tak jak w przypadku Kinsky) jak już człowiek wsiąknie to nie ma przebacz.


OPEN FIRE - "Lwy Ognia" (1987/2013)

Ten album nagrano w 1987 roku. W metalowym światku krążyły o nim legendy, musiało minąć 26 lat, żeby doczekał się oficjalnego wydania. Wcześniej krążyła fatalnej jakości kaseta wydana w podziemiu przez fan club. "Lwy Ognia" to klasyczna mieszanka heavy i speed metalu, typowa dla lat 80. z lekkimi thrashowymi naleciałościami. Ostre riffowanie, nienajgorszy wokal, kilka świetnych numerów, praktycznie bez wypełniaczy. Co ważne, z polskimi tekstami. Faktem jest, że ciężko się tego dzisiaj słucha. Raz - z powodu fatalnej jakości nagrania. Zlewa się to w jakąś dziwną całość, perkusja raz ciszej, raz głośniej, gitary momentami brzmią jak natrętne muchy, całość sprawia wrażenie nagrania garażowego. Dwa - taka muzyka w 2016 roku raczej już nie ma racji bytu, mogą się nią interesować co najwyżej najbardziej zagorzali fani gatunku. Jednak trzeba przyznać, że muzycznie jeśli chodzi o heavy czy thrash metal jest to moim zdaniem polska czołówka. Gdyby album był przyzwoicie nagrany i doczekał się wydania w swoich czasach (albo i wydania na Zachodzie) to możliwe że losy zespołu potoczyłyby się inaczej i dziś nie byłby tylko wspomnieniem.

Rafał Chmura

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.