Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


SHREDDERZY - Wzlot ponad gitarową matematykę

22 Kwietnia 2016

Na pozór wszyscy bohaterowie są tacy sami. Potrafią zagrać wszystko. Oscylują na rockowej, nawet metalowej orbicie. Komponują. Nagrywają płyty. Popisują się umiejętnościami. Zaczynali w bardzo młodym wieku, dzisiaj ze statusem legendy. Każdy z nich z jakiegoś powodu sięgnął kiedyś po gitarę. Każdy zaczynał w innym miejscu, w innym czasie, miał swoich nauczycieli, mentorów, niedoścignionych idoli. Jedni byli zafascynowani bluesem, inni klasycznym rockiem, jeszcze inni metalem. Także muzyką poważną, z Vivaldim i Paganinim na czele. Cały czas kształtując swój warsztat, zaczęli nagrywać płyty, niemal zawsze instrumentalne. Tak narodziła się nowa szufladka muzyki, zwana shreddingiem, czasem metalem neoklasycznym, lub po prostu progresywnym.


Jest ich wielu. Tych największych znają wszyscy. Są doceniani, traktowani z należnym szacunkiem, mają na zawsze swoje miejsce w historii muzyki. Uważam, że nie jest łatwo ich słuchać. Przynajmniej na początku, zwłaszcza ludziom, którzy z płytami wypełnionymi od pierwszej do ostatniej sekundy wirtuozerią nie mieli wiele do czynienia. Wiele ścieżek gitar, często połamane struktury, nawarstwienie dźwięków w obrębie jednego utworu, prawie zawsze brak wokalu i innych instrumentów - wszystko to nadaje nieco abstrakcyjnego charakteru. Wielokrotnie też spotkałem się z opinią, że nie jest to granie dla zwykłych ludzi. Mistrzowie gitary popisują się dla innych mistrzów i adeptów, tworząc dość hermetyczne kółko wzajemnej adoracji. Owszem, można posłuchać raz czy dwa, nierzadko z podziwem dla talentu i umiejętności, ale czy na dłuższą metę może to zainteresować prostego konsumenta muzyki rozrywkowej? Być może jest w tych twierdzeniach ziarno prawdy, zwłaszcza jeśli spojrzeć z dystansu na cały ten światek. Załóżmy nawet, że tak. Dlatego tym bardziej warto pochylić się nad tym - ciekawym przecież - światem czarodziejów sześciu strun i zapoznać się nieco lepiej niż tylko po łebkach z paroma płytami. Pełnymi energii, pomysłów i talentu. Takimi, na których górę bierze pomysł, kompozycja, melodia i emocje, a najwyższy techniczny warsztat jest wartością dodaną. Gdzie chodzi o coś więcej niż tylko o dźwięki złożone z matematyczną precyzją i zagrane według skomplikowanego, ale jednak wzoru. O muzykę zagraną przez ludzi, dla ludzi.

YNGWIE MALMSTEEN - "Rising Force" (1984)

Ta płyta to już biblia tzw. metalu neoklasycznego, a niepokorny Yngwie uważany jest za twórcę i boga tego podgatunku. Prawdziwa, nie tylko gitarowa perełka. Jest wyjątkowo podniosły klimat, jest rozbudowane klawiszowe tło. To nie tylko solowe popisy Malmsteena, to również klawiszowo-gitarowe pojedynki, to także obecność świetnego wokalisty Jeffa Scotta Soto. Malmsteen na swoim solowym debiucie odpływa jak nigdy wcześniej. Zapatrzony w muzykę klasyczną, nadaje swojemu fenderowi rolę skrzypiec czy wiolonczeli, buduje nastrój prostymi melodiami, by wybuchnąć potężnym brzmieniem i przejmującymi solowymi popisami. To chyba najbardziej emocjonalna i najbardziej zbliżająca się do klasyki płyta Szweda, mimo że z czasów kiedy występy z orkiestrą symfoniczną nie były jeszcze normą, a żaboty niekoniecznie obowiązującym strojem.


MARTY FRIEDMAN - "Dragon's Kiss" (1988)

Przed wydaniem swojej pierwszej, stricte heavy metalowej solowej płyty był już uznaną marką - głównie za sprawą zespołu Cacophony, gdzie tworzył wybuchowy duet z Jasonem Beckerem. Postanowił spróbować sił samemu (z niewielką pomocą Beckera), czego efektem był Pocałunek Smoka. Ambitny, połamany metal z piekielnie szybką melodyką, nieraz rasowym, niemal death metalowym riffem, przejmującymi miniaturkami w obrębach poszczególnych utworów. Friedman bawi się nietypowi skalami, łamie dźwięki gdzie może, a przy tym zaskakuje melodyjnością. Od ekspresji aż kipi, większość numerów, mimo niełatwych konstrukcji od razu zapada w pamięć. Szczególnie końcówka, jak pokręcona, genialna mini suita "Forbidden City" czy monumentalny, melodyjny "Thunder March". Kolejne solowe płyty Friedmana to już nieco inne rejony muzycznej eksploracji, a sam bohater na kilka lat zasilił szeregi Megadeth.


JASON BECKER - "Perpetual Burn" (1988)

Dawno temu Yngwie Malmsteen stwierdził, że zagranie kaprysu 24 Paganiniego na gitarze elektrycznej jest niemożliwe. Młody chłopak z Kalifornii wziął gitarę i udowodnił, że jest możliwe. Tak zaczęła się jego kariera. W latach 80. muzyczny bliźniak starszego kolegi Marty'ego Friedmana. "Perpetual Burn", solowy debiut, w którym wspomógł go przyjaciel z Cacophony pełen jest nawiązań do klasyki, podanych jednak nieco ostrzej niż np. u Malmsteena. Przeplatają się typowo klasyczne miniaturki, ostre, heavy metalowe riffy. Pomysł za pomysłem, mnóstwo ekspresji i czadu, które jednak (nieco inaczej niż u Friedmana) wyważone są spokojnymi, typowo klasycznymi pasażami. Piękna, niebanalna, zapadająca w pamięć płyta. Niestety, Becker nie miał tyle szczęścia co jego starszy przyjaciel. Zaczepił się jeszcze u Davida Lee Rotha i wkrótce zachorował na stwardnienie zanikowe boczne. Paraliż całego ciała przekreślił jego karierę. Przykre to, bo aż strach myśleć jak by grał dzisiaj, gdyby go zdrowie nie opuściło.


STEVE VAI - "Passion And Warfare" (1990)

Z tego grona chyba najbardziej znany szerokiej publiczności. Najzdolniejszy uczeń Satrianiego, świat usłyszał o nim gdy występował w zespole Davida Lee Rotha i w Whitesnake. Vai, świadom swoich zdolności, postanowił pokazać światu co potrafi. I pokazał. Jego solowy debiut to przewaga emocji nad matematyką (co później nie było takie oczywiste). Nie brakuje oczywiście wirtuozerskich popisów, jest masa udziwnień, mnóstwo efektów i wywijania instrumentem na lewo i prawo. Ale na szczęście Steve potrafił jeszcze spiąć to wszystko klasycznym riffem i niebanalną melodią. Budował napięcie i emocjonalną stronę swojej muzyki. Nie brakuje ballady, nie brakuje prostych, bluesowych zagrywek, które doskonale balansują zapędy do ultraszybkiego wywijania palcami po gryfie.


JOE SATRIANI - "Surfing With The Alien" (1987)

Wirtuoz, mistrz, mentor. Przede wszystkim nauczyciel. Steve Vai, Kirk Hammet, Alex Skolnick, Rick Hunolt - to tylko niektórzy z jego uczniów. "Surfing With The Alien" to jego druga solowa płyta. Dość jednorodna, bo poza perkusją i riffującą gitarą rytmiczną, próżno szukać tu czegoś więcej. Joe zaczyna prostą melodią, rozbudowuje ją i nie wiadomo kiedy przechodzi w kanonadę dźwięków, sieje solówkami na lewo i prawo, popisuje się po mistrzowsku opanowanym tappingiem. Gitarowe wygibasy nie są jednak sztuką dla sztuki - znakomicie obudowane pomysłem na utwór, są logicznym jego rozwinięciem. Jest wolniej, jest szybciej, jest balladowo, czasem bluesowo. Całość jest fantastycznie wyważona i zbalansowana, ani razu nie ma wrażenia, że słucha się zbioru kilku kompozycji. Tu się słucha całego albumu, który nie może nie robić wrażenia, nie tylko na adeptach gitarowego rzemiosła.


VINNIE MOORE - "Mind's Eye" (1986)

Ten brytyjski wymiatacz należy, obok Malmsteena, do najważniejszych naoklasycznych gitarzystów. Niby nic specjalnie odkrywczego - kolejny gość zafascynowany muzyką poważną. Buduje nastrój, gra na emocjach, podchodzi z szacunkiem do swoich mistrzów, których przekłada na język gitary. Jednak to, co go wyróżnia, to ogniste brzmienie i znacznie bardziej progresywne podejście do muzyki. To, co dzieje się na debiutanckim albumie Moore'a przechodzi wszelkie wyobrażenie o możliwości pomieszczenia pomysłów i zagrywek na jednej płycie. A przy tym jak niesamowicie jest to spójne! Jeden z krążków, których można słuchać w nieskończoność.

Rafał Chmura

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Ogłoszenia

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.