Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Eksplozja NAPALMU, czyli o wielkim wybuchu muzycznych światów - cz.I

24 Lipca 2016

Pierwsza połowa lat 80., ponure angielskie Birmingham. Co można robić w takich czasach i w takiej okolicy będąc nastolatkiem? Pewnie same głupoty wynikające z nudów. Można też słuchać muzyki i identyfikować się z nią na tyle mocno, żeby założyć własny zespół. Kilku łebków zafascynowanych sceną hardcore punk postanawia pójść tą właśnie ścieżką. Mimo że nie potrafią grać właściwie na niczym, postanawiają tworzyć własny materiał, licząc na wywołanie trzęsienia ziemi. Chłopcy przyjmują groźnie brzmiącą nazwę Napalm Death i zaczynają jechać z koksem. Wypuszczają kilka demówek, w międzyczasie totalnie radykalizując swoje oblicze. Inspiracje ostrym hc/punkiem łączą się z fascynacją najbardziej brutalnym wówczas metalem. Klaruje się powoli konkretny wizerunek. Dzieciaki jak to dzieciaki, czasem się kłócą, więc i skład się zmienia. Przełom lat 1986/87 będzie dla zespołu kluczowy. Mimo że zespół nie jest personalnie stabilny, przygotowuje się do nagrania pełnej płyty. Brzmienie i muzyka nabierają kształtów. Główne skrzypce w zespole zaczynają odgrywać Justin Broadrick, Bill Steer i Mick Harris. Tak oto powstaje (w bólach i na raty) legendarna płyta "Scum", która robi rewolucję. W głowach paru chłopaków powstało nowe muzyczne zjawisko - grindcore.


Wszystko pięknie, ale dzieciaki mając łby napchane pomysłami, szybko nudzą się obraną ścieżką (mimo że dokonali przewrotu) i niemal każdy idzie w swoją stronę. Ten pierwszy z prawdziwego zdarzenia skład Napalmów był jednak na tyle ciekawy, że każdy chciał robić wszystko, tylko nie grindcore. Kolesie związani z tym zespołem, już w swoich osobnych projektach, również rozpalą ogniska nowego, jednak rozłożone w latach, obliczone na wielogatunkowość i - poprzez ciągły rozwój i wpływ - poniekąd trwające do dziś. W tym kontekście Napalm Death jawi się jako fenomen, do którego lgnęli goście o niesamowicie szerokich horyzontach, niosący sztandary buntu odmalowane w różnych barwach, dowodzący, że prawdziwa siła tkwi w młodości. Steer, Broadrick, Harris czy Dorrian rozumieli, że aby nieść pochodnię rewolucji, nie ma co oglądać się wstecz i słuchać starych - trzeba wywrócić wszystko do góry kołami i zacząć nowe. Czy umysły tych kilku młodych chłopaków zainspirował fakt, że już wymyślili coś, co było nowe, nieznane i zatrzęsło sceną, czy do Napalm Death trafiały przypadkowe freaki? - to pytanie na osobny elaborat. Dość powiedzieć, że (przypadkiem czy nie) Napalm Death jako wylęgarnia i punkt startowy dla takiej ilości nowych muzycznych zjawisk jest zespołem wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju. Przyjrzyjmy się poszczególnym członkom...


Justin Broadrick - jeden ze współtwórców i prekursorów grindcore'a

Justin Broadrick, grając na gitarze w Napalm, ma już własny plan. Jeszcze we wczesnej młodości zakłada zespół Final, ale na nagrania przyjdzie poczekać. Fascynacja zespołem Killing Joke owocuje grupą Fall Of Beacuse. Tutaj już dłubią, lecz prawdziwe światło dzienne ich muzyka ujrzy dopiero w 1999 roku. W głowie Broadricka zderzają się dotychczasowe muzyczne inspiracje z doświadczeniami z Napalm Death i rodzi się nowe. Fall Of Because nabiera ciężaru i zmienia nazwę na Godflesh. Pierwsza epka była już małą jaskółką, ale dopiero pełny album - "Streetcleaner" z 1989 roku ujawnia potęgę. Jazgot, sprzężenia, maszyny i niemożliwy do ogarnięcia ciężar. Tak oto Broadrick niemal sam wymyśla metal industrialny. Bez zbędnej elektroniki, ten pierwotny, maszynowy, ultraciężki. Godflesh rośnie w siłę i zaczyna żyć własnym życiem. Tymczasem Broadrick stale myśli o nowych projektach i w międzyczasie wspiera (bardziej mentalnie, ale i na bębnach) zespół Head Of David - jeden z najciekawszych w swojej klasie, fenomenalnie łączący noise rock niepozbawiony mroku i melodii z industrializmami.

Nasz bohater odkrywa, że ani gitara ani perkusja mu nie wystarczy. Zaczyna interesować się rytmem i elektroniką. Dołącza i współtworzy projekty, które tym razem ukażą nieznane oblicze... hip-hopu. Ice oraz Techno Animal, bo o nich mowa, nagrywają pierwsze materiały i robi się o nich naprawdę głośno. Nikt wcześniej nie łączył hip-hopu z mrocznymi tłami i siłą bomby atomowej. Pracując przy tych projektach, poznaje Kevina Martina. Spotkanie to zaowocuje wieloletnią przyjaźnią i mnóstwem muzycznych projektów, które tym razem będą eksplorować rejony szeroko pojętego dubstepu i wywracać je na wszystkie możliwe strony. Pomimo wsiąknięcia w zupełnie inne rejony muzyki, Broadrick nie traci zainteresowania pierwotnym ciężarem. Cały czas nagrywa z Godflesh, dołącza również do projektu prawdziwych muzycznych wizjonerów - Billa Laswella i Johna Zorna, chwytając za gitarę w Painkiller. W ich muzyce dzieje się tyle, że nawet nie ma sensu o tym pisać. W międzyczasie wspomaga Micka Harrisa, dawnego kolegę z Napalm Death (oraz wspomnianego Painkiller) na debiutanckiej płycie jego solowego projektu - Scorn, oraz współtworzy inny odjechany twór - God, w którym zderzają się wszystkie style i inspiracje z jakimi do tej pory miał do czynienia.

Każdy inny człowiek miałby już ból głowy i rozdwojenie jaźni od mnogości pomysłów i nawału pracy. Ale nie Broadrick. Oprócz Godflesh, współpracuje ciągle z Techno Animal, tworzy miksy, produkuje płyty, kolaboruje z każdym, kto jest ciekawy i wnosi coś nowego do muzyki. Pojawia się drugi album hip-hopowego Ice, ciągle istnieje Final (stale nagrywając), pojawiają się gitarowo-elektroniczne projekty jak Solaris B.C. i The Sidewinder. Fascynacja hip-hopem, dubem i najbardziej pokręconą elektroniką ma kulminację w Curse Of The Golden Vampire (znów z Kevinem Martinem). Projekty z Pale Sketcher, z industrialnym The Blood Of Heroes, gdzieś po drodze płyta nagrana z Jarboe, powrót do korzeni w zespole Greymachine. To wszytko jednak jest obok, bo Broadrick mocno udziela się w zespole Jesu, dając upust fascynacjom drone'm i doom metalem.

Mało? Nawet nie podejmuję się policzyć ile zrobił remiksów, ile razy udzielił się u kogoś gościnnie, ile razy wyniósł kogoś z odmętów piwnic i garażów, użyczając riffu, beatu czy głosu. Jednym słowem - człowiek orkiestra, który dobrze się czuje w najbardziej odległych od siebie światach. Można powiedzieć, że jeśli coś (lub ktoś) jest do wszystkiego, to jest do niczego. W przypadku Justina Broadricka, to powiedzenie traci swój sens bezapelacyjnie. Sama ilość płyt, które nagrał, z jednej strony może przerażać, ale z drugiej stawia go na piedestale wszelkiej mocnej awangardy. Świat zgodnie ocenia jego najważniejsze albumy za wpływowe, wyznaczające trendy, dające podwaliny pod nowe. Większość muzyki Broadricka jest stawiana wysoko, jeśli akurat nie wymyśla nic nowego, to wyciąga esencję z rzeczy już istniejących. W najgorszym przypadku, gra równo w swojej niszy. Chyba nie ma możliwości poznać całej jego przepastnej dyskografii, ale to do czego dotarłem, każe stawiać Justina na pozycji muzycznego króla Midasa, który czego się nie dotknie, zamienia w złoto.

Przekonajcie się sami. Oto kilka płyt, w których Justin Broadrick albo zagrał główną rolę, albo dołożył cegiełkę do ich wielkości. Z tak różnych bajek, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Absolutny must have. Kolejność najbardziej sprawiedliwa, czyli chronologicznie.


Napalm Death - Scum (1987)
Head Of David - Dustbowl (1988)
Godflesh - Streetcleaner (1989)
Sweet Tooth - Soft White Underbelly (1990)
Techno Animal - Ghosts (1991)
God - Possession (1992)
Painkiller - Buried Secrets (1992)
Scorn - Vae Solis (1992)
Final - One (1993)
Godflesh - Songs Of Love And Hate (1995)
Ice - Bad Blood (1998)
Curse Of The Golden Vampire - Curse Of The Golden Vampire (1998)
Fall Of Because - Life Is Easy (1999)
Techno Animal - Brotherhood Of The Bomb (2001)
Jesu - Conqueror (2007)
Justin Broadrick & Jarboe - J2 (2008)
Greymachine - Disconnected (2009)
The Blood Of Heroes - The Blood Of Heroes (2010)
JK Flesh - Posthuman (2012)
Jesu/Sun Kil Moon (2016)

Rafał Chmura

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Koncerty

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.