Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


ROK 2016 - alternatywa!

1 Stycznia 2017

Mówi się, że rok mija szybko, jeśli coś się dzieje. W tym kontekście ostatnie dwanaście miesięcy minęły jak z bicza strzelił. Działo się dużo, rok był raczej niespokojny, pełen zawirowań, niepewności i dziwnych zdarzeń. Pozytywnych wiadomości było jakby mniej. Człowiek jednak jest taki, że sytuacją globalną nie przejmuje się zbyt mocno, jeśli jakiś jej aspekt bezpośrednio go nie dotyczy. Zostawmy ją zatem i zajmijmy się czymś, czym sami - jako fani, słuchacze, dziennikarze i twórcy - żyliśmy przez ostatnie dwanaście miesięcy. Podsumowujemy muzyczny rok 2016, tym razem z podziałem na role.


Przypadło mi w udziale wychwycenie dobroci, które nie dają się jednoznacznie zaszufladkować, wymykają się schematom i gatunkowym ramom. Starałem się wyłowić rzeczy nieszablonowe, często funkcjonujące na obrzeżach poszczególnych gatunków (albo eksplorując rzeczy, o których nie mówi niemal nikt), czerpiąc z nich inspiracje, rozmontowując na składowe i sklejając wszystko do kupy, tworząc coś innego. Celowo używam słowa "inne", bo czy w dzisiejszych czasach można mówić o czymś zupełnie nowym? Raczej pokutuje przekonanie, że wszystko już było, wszystko zostało wymyślone, ale nie wszystko zagrane - cały pic polega na dekonstrukcji i ponownym tworzeniu dźwiękowych kolaży, które będą w stanie zaskoczyć i dadzą przynajmniej namiastkę muzycznej oryginalności.

Większość, jeśli nie wszystkie wymienione w tym zestawieniu albumy oscylują gdzieś na rockowych obrzeżach głównego nurtu. Jednak ostatnie miesiące zmusiły do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest mainstreamem i jak płynne jest to pojęcie. Bo oto żyjemy w rzeczywistości, w której zespoły grające wybitnie nieradiową muzykę sprzedają po pół miliona płyt - w dobie Internetu, mp3 i streamingu. Kuba Ziołek - niemal guru polskiej współczesnej alternatywy zostaje uhonorowany Paszportem Polityki. Mgła wyprzedaje na pniu europejską trasę i przez wielu (w tym wielu niezwiązanych z metalem) zostaje uznana za najlepszy metalowy zespół świata. Niemający najmniejszych szans na przebicie w komercyjnych stacjach radiowych zespół Lotto wydaje "Elite Feline" - album roku według Gazety Wyborczej. Nie sposób nie zapytać - co jest tak naprawdę mainstreamem a co niszą i kto je określa? Ekspansja wszystkiego, co jeszcze niedawno było uważane za alternatywne pokazuje, że granice są bardzo cienkie. Osobiście uważam, że za chwilę ta linia podziału zupełnie się zatrze, tak jak zacierają się różnice pomiędzy poszczególnymi gatunkami, a jedyne granice jakie pozostaną będą w naszych głowach - dzieląc muzykę na dobrą i mniej dobrą. Czego sobie i Wam życzę, a tymczasem zapraszam do zapoznania się z jak najbardziej subiektywnie wybranymi perełkami ostatnich dwunastu miesięcy.

Przyjąłem kolejność alfabetyczną, która w sytuacji tak wielkiej muzycznej różnorodności wydaje się być jedynym sprawiedliwym rozwiązaniem.

CAUSA SUI - Return To Sky

Causa Sui to raczej nieznany szerzej band serwujący psychodeliczny, "ciepły" rock rodem z zimnej Danii. Wielkiego zderzenia klimatów raczej nie ma, jeśli już to bardziej we fragmentach pojedynczych numerów. Zespół gra lekko pustynny, wspaniale wyważony space rock. Gdzieś w tle majaczą echa takich bandów jak legendarny Kyuss, ale raczej nie grają pierwszych skrzypiec. Z przodu jest wszechobecny trans, raz podany w formie ascetycznej za pomocą wszelkich perkusjonaliów, a raz poprzez wwiercający się w mózg gitarowy temat. Wszystko to równoważy jazda bez trzymanki na tle niejednoznacznych struktur. A jeśli kogoś to nie przekonuje, to powiem tylko tyle - oni naprawdę potrafią grać.


DISCHARGE - End Of Days

Nie sposób nie odnotować w tym zestawieniu płyty zespołu, który kiedyś tyle namieszał. Panowie dawali podwaliny pod masę fantastycznych trendów, a ich pierwszy album jest prawdopodobnie najmocniejszą ścieżką zdrowia jaką kiedykolwiek zaserwowano w formie dźwiękowej. Pierwsze jaskółki nowego, ósmego już dzieła, takie jak "Hatebomb" czy "New World Order" pokładami energii mogłyby wysłać rakietę na Neptuna i z powrotem. Takich strzałów jest oczywiście więcej, ale nie brakuje też lekkiego spuszczenia powietrza. Jeff Janiak drze ryja aż miło, ale do legendarnego Kelvina Morrisa brakuje mu sporo. Płyta niepozbawiona wad, jednak i tak dająca bardzo solidny łomot, jak przystało na prawdziwych hardcore'owców.


HYPNOPAZ?ZU - Create Christ, Sailor Boy

Hypnopazuzu to niezwykłe połączenie sił nietuzinkowych osobowości - bardzo różnych, ale wyrastających ze wspólnych korzeni. Z jednej strony totalny muzyczny świr zafascynowany naukami Crowleya, siła napędowa onirycznego tworu jakim jest Current 93, czyli David Tibet - z drugiej szanowany producent, jeden ze współtwórców całej fali postpunka w osobie Martina "Youtha" Glovera, basisty Killing Joke. Youth zrobił muzykę - opartą głównie na elektronicznych klimatach oscylujących gdzieś obok folku czy szeroko rozumianej neoklasyki, doprawioną psychodelicznym sosem uwarzonym z tradycyjnego instrumentarium. Tibet dołożył pokrętne treści, które mogły powstać tylko w jego nietuzinkowym umyśle. Efektem jest hipnotyczny, nieśpieszny trans, wciągający niczym ruchome piaski. Najlepsza płyta Tibeta od lat. I najlepsza płyta Youtha od lat.


JESU/SUN KIL MOON - Jesu/Sun Kil Moon

Wygląda na to, że moda na kolaboracje dwojga twórców w ramach jednej płyty ma się coraz lepiej i na dobre zadomowiła się we wszelkiej alternatywie. Konwencja sama w sobie jest moim zdaniem dość kontrowersyjna, bo albo dostajemy coś na kształt okładania się pięściami, albo jedno drugie kurtuazyjnie przepuszcza w drzwiach. Mark Kozelek zachował swoją ascetyczną, akustyczną manierę, która mocno wbija się klinem w serwowane przez Justina Broadricka drone'owe podkłady. Jako kolaboracja, płyta jest średnio udana - wkład Broadricka jest znacznie większy i tłumi kompozycyjną manierę Kozeleka, jeśli ta w ogóle jest. A że do twórczości Broadricka mam stosunek taki jaki mam - stąd obecność tego albumu w zestawieniu.


LOTTO - Elite Feline

Mike Majkowski, Paweł Szpura i Łukasz Rychlicki to bynajmniej nie są anonimowe nazwiska na polskiej scenie alternatywnej. Panowie połączyli siły już jakiś czas temu, pokombinowali, pograli i tak oto możemy się cieszyć ich drugim albumem. Jaki jest "Elite Feline"? Dla własnych potrzeb nazywam go hołdem dla odwróconej wirtuozerii. Dlaczego odwróconej? Zamiast skomplikowanego schematu - prościutki motyw. Zamiast tysiąca dźwięków - dwa albo trzy. Zamiast pokręconych popisów na wszystkich skalach, akordach i dźwiękach na raz - rozwleczona improwizacja na granicy jazzu i rocka. Gitarowe sprzężenia misternie budowane na kontrabasowych okowach i jazzowa perkusja często wychodząca na pierwszy plan i grająca melodie. Wielowymiarowość aż przytłacza.


NICOLAS JAAR - Sirens

Ten młody człowiek dał się już poznać światu jako cudowne dziecko nowej elektroniki. Kilka lat temu swoją pierwszą płytą wyznaczył trendy i przedefiniował wszystko, co wziął na warsztat, wyznaczając sobie tym samym poprzeczkę niebotycznie wysoko. Już zaczęto gadać, że Jaar zabija legendę, którą sam stworzył, jednak artysta udowadnia, że plotki są mocno przesadzone. Dźwiękowo nadal jest mnóstwo eksperymentu, Jaar łączy w sobie tylko wiadomy sposób ambient z czymś na skraju minimal techno. Nadaje całości piosenkowy charakter, ale jest on tylko pozorny, bo popowe fragmenty są często ubarwione zmienną dynamiką, podszyte czymś w rodzaju gitarowej solówki, albo bezlitośnie przygniecione mocnym beatem wyciągniętym z industrialnych czeluści. Artysta wyciąga z elektronicznego chaosu całą kwintesencję i składa ją na nowo po swojemu.


OKKULTOKRATI - Raspberry Dawn

Co powiecie na podszyty piekłem i siarką punk rock rodem z Norwegii? Czwarta płyta zespołu co prawda Ameryki nie odkrywa, ale konsekwentnie posuwa naprzód zapędy do dekonstruowania punk rockowych ram. Na pierwszy rzut oka nic wielkiego się nie dzieje - ot, zderzenie melodyjnego punka zabarwionego manierą wczesnego Danziga ze starą szkołą black metalu - tego spod znaku Venom. Efekt? Muzycznie nieodległy od ostatniego oblicza Darkthrone, tyle że mniej tu czystej siary i piekła, a więcej zielska, piwska i luzackiego podejścia do tematu. Nie brakuje psychodelii, nie brakuje klawiszy, nie brakuje niczego, co by w fajny sposób łamało punkowo-metalowe konwencje. Chłopaki dodatkowo prowokująco łypią okiem w stronę Ghost, ale nie jak do rywala, raczej jak do kumpla zza miedzy.


ORANSSI PAZUZU - Värähtelijä

Juho Vanhanen i jego fińska ekipa swoim czwartym albumem pokazuje, że droga eksperymentu obrana trzy lata wcześniej jest nie tylko szeroka, ale też urozmaicona na wiele sposobów. Zespół jakby nie było zakorzeniony w black metalu, pięknie zrzuca gatunkowe okowy i oddaje się iście hipnotycznym lotom, przenosząc szatańskie konotacje na space rockową orbitę. Jest hipnotycznie, jest duszno, jest bardzo mrocznie. Mój znajomy nazwał to black metalem przeniesionym na język kraut rocka. Czy słusznie czy nie, nie jest to istotne. Istotny jest ten wspaniały, uzależniający trip w podświadomość.


THY WORSHIPER - Klechdy

Dwypłytowy kolos polskiej formacji przyłożył w tym roku obuchem przez łeb i to bez znieczulenia. Black metalowe rubieże wymieszane na oko bez ładu i składu z czymś na kształt ludycznego folku, damskie wycie (prawdziwe wycie, nie żadne miałkie zawodzenia) i dołożone gitary z post-punkowymi patentami. Do tego rytmika i riffowanie, które nawet zimnego trupa obudzą i każą w bitewnym szoku palić wioski. A jakby było mało, to osobny wątek (ale jakże wspaniale uzupełniający się z muzyką) stanowią teksty - fragmenty pieśni liturgicznych, całe cytaty z Mickiewicza czy twórczość własna zespołu, m.in. o tym, że Martwy ojciec z martwą matką martwe dziecko płodzą śwarno... Nie wiem jakie narkotyki miały udział w procesie tworzenia (jakieś na pewno), ale też chcę. Nie sposób nie wsiąknąć w te brudne, pokręcone "Klechdy" - jeden z najoryginalniejszych albumów ostatnich lat.


THE BODY - No One Deserves Happiness

Chip King i Lee Buford, dwóch sympatycznych panów robią coś wręcz genialnego w swej prostocie. Chłopaki tworzą nie tyle zespół, co przedsięwzięcie oparte na idei kolaboracji, współtworzenia, otwarte na współpracy, badające możliwości własnego studia i własnych możliwości. Kolektyw jest bardzo twórczy, ale tym razem raczy nas dziełem pod własną nazwą (z pomocą dwóch pań). The Body jako wspomniany duet dryfuje na obrzeżach - punktem wyjścia jest metal z przymiotnikami opisującymi jak największe odstępstwa od normy, a swoje piąte dzieło panowie reklamują jako najbardziej ohydny album pop w historii. Zaiste, same popowe składniki - absurdalne wokale, kakofoniczne gitary, elektrobity. Jakby nie było - całość mocno przyciąga i przytłacza negatywnymi emocjami.


TRUE WIDOW - Avvolgere

Wesołe trio ze słonecznego Teksasu uraczyło nas w tym roku swoim czwartym albumem, który zdaje się żyć własnym życiem, za nic sobie mając wszelkie normy i założenia. Płyta jest mocno niechlujna brzmieniowo, śmiało można powiedzieć, że sunie niczym kloc, emocji tu tyle, co na grzybobraniu, brzmienie naznaczone minimalizmem do tego stopnia, że za sterami nie siedział chyba nikt. Na dodatek panowie sami mówią że grają stonegaze. Trudno o większy koszmar. Tymczasem albo pokochamy "Avvolgere" od pierwszego dźwięku albo wywalimy do kosza, przygniatając innymi śmieciami, żeby nie wylazło. Nie ma innej drogi. Najsurowsze plamy gitarowego hałasu, zero piosenkowych struktur, wleczący się rytm czasem urozmaicony zmiennym tempem. Żadnych ozdobników, upiększaczy czy łagodzących momentów - tylko konkretny noise.

Rafał Chmura

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Forum

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.