Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Say something, say something else! - 25 lat britpopu!

14 Marca 2017

"25 lat minęło" - tak zapewne zaśpiewałby brytyjski Andrzej Rosiewicz. Rok 2017 oznacza (choć oczywiście umownie) ćwierćwiecze britpopu. Symbol gitarowej żywotności, brytyjskiej dumy lat 90., energicznej i jawnie czerpiącej z wyspiarskich tradycji muzycznych. To dobry moment, by - tak z jubileuszowym rozrzewnieniem, jak i dystansem zarazem - spojrzeć na jeden z najgłośniejszych wystrzałów ostatniej dekady XX wieku.


Jak to zwykle bywa, precyzyjne ustalenie daty narodzin britpopu - jak każdego ważniejszego zjawiska w muzyce, kulturze czy sztuce - jest zadaniem trudnym, a sama kwestia bywa nadzwyczaj płynna. Większość krytyków za przełomowy uznaje rok 1992, kiedy to miały miejsce dwie istotne premiery; pod koniec marca światło ujrzał singiel "Popscene" grupy Blur, zaś w maju słuchacze (za sprawą singla "The Drowners") usłyszeli o Suede. Do wyspiarskich tradycji rocka zaczęto odwoływać się jednak już wcześniej; elementy charakterystyczne dla britpopu można zasłyszeć już wcześniej. Co na pierwszy rzut ucha może wydać się zaskakujące, takich motywów można dopatrywać się w muzyce The Stone Roses (self-titled album z roku 1989), czy Ride (Nowhere z 1990) - a więc zespołów kultowych w kręgach madchesteru i shoegaze, nieosadzonych stricte w britpopowej estetyce. Wszystko to zbiorczo można uznać za pierwsze pąki nowego-starego nurtu.

Wyrażeniem kluczowym jest właśnie fraza "nowego-starego". O ile nie ulega wątpliwości, że żywotność, częstokroć afirmacyjne podejście do życia (choć niebędące regułą) i młodzieńcza energia stanowiły wyróżnik britpopu, o tyle jego muzyczna nadbudowa mieniła się stosunkowo konserwatywnie. W tym wypadku siłą napędową okazała się być gargantuiczna ilość inspiracji, dzięki którym nowe zespoły - często niejako z rozpędu klasyfikowane jako britpopowe - diametralnie się od siebie różniły. Jedynym łącznikiem było dziedzictwo wyspiarskiej muzyki gitarowej. Brytyjski rock lat 90. odwoływać się mógł tak do The Beatles, jak i Davida Bowiego; zarówno do The Clash, jak i do Pink Floyd. Źródło inspiracji wydawało się być niewyczerpalne.

Jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi, można stwierdzić, iż britpop pozwolił wyspiarzom odzyskać muzyczną godność. Nie da się bowiem ukryć, że na początku lat 90. muzyczna panorama była zdominowana przez zespoły zza Wielkiej Wody; na listach przebojów królowały chociażby zespoły grunge'owe, Metallica, Red Hot Chili Peppers, R.E.M., Guns N' Roses, [tutaj czytelnik może sobie dorzucić jeszcze przynajmniej kilka podmiotów wykonawczych]. Na Wyspach Brytyjskich gwiazd tego formatu stanowczo brakowało; wybitne, eksperymentalne płyty My Bloody Valentine, Primal Scream czy wspomnianego Ride nie mogły liczyć na sukces komercyjny. W tej sytuacji kluczowy stał się sygnalizowany już powrót do korzeni i próba translacji dawnych brzmień na ówczesny język muzyki. Spośród grup "wielkiej czwórki britpopu" [Blur, Suede, Oasis, Pulp] tylko ta ostatnia - wyrastając bardziej z kręgów synthpopowych - nie inspirowała się gitarowym popem w stopniu znacznym. Jarvisowi Cockerowi ciężko jednak odmówić tradycyjnego w swej istocie songwritingu oraz elegancji brytyjskiego dżentelmena wyższej klasy średniej.

Koniec britpopu okazał się być jednak równie nagły, co jego erupcja. Wielka, elektryzująca całe Wyspy Brytyjskie bitwa Blur i Oasis [w roku 1995] na listach przebojów okazała się być zwyczajnie jego łabędzim śpiewem. W 1997 zespół Damona Albarna zwrócił się w kierunku indie-rockowego brzmienia zza oceanu, w stronę amerykańskiej tradycji takich zespołów jak Pavement czy Guided by Voices. Był to zwrot symboliczny; w kwietniu 1993 roku magazyn "Select" wykrzykiwał ze swoich łam hasło "Yanks go home!". Cztery lata później britpop już dogorywał; zdaniem wielu krytyków do zmierzchu przyczynił się także legendarny "OK Computer" Radiohead. Niektórzy teoretycy i eksperci wskazują, że ostatnie nagrania zaliczane do britpopowe fali ukazywały się jeszcze w roku 1999. Kwestia ta ma jednak w świetle niniejszego szkicu znaczenie drugorzędne. Znacznie istotniejszym wydaje się być wpływ britpopu, który przecież nie pozostawił po sobie spalonej ziemi. Pierwsza dekada nowego stulecia to przecież moda na indie; zespoły takie jak The Libertines, Arctic Monkeys, Franz Ferdinand, Kaiser Chiefs czy British Sea Power wyraźnie inspirowały się britpopem, wypełniając lukę na rockowe granie o wyspiarskiej melodyce. Z kolei klasyczne zespoły z lat 90. nadal cieszą się niesłabnącą popularnością. Przecież nie tak dawno do studia wróciły Suede (płyta "Bloodsports" z 2013 roku) oraz Blur ("The Magic Whip" 2015), wielu fanów czeka też na kolejne słowo Jarvisa Cockera (u progu 2013 roku Pulp wydał EP-kę "After You"). Choć rozpadł się Oasis, na brak zainteresowania nie mogą narzekać bracia Gallagherowie, którzy realizują się w swoich nowych projektach - Beady Eye oraz Noel Gallagher's High Flying Birds. Czynną działalność wznowiły także pomniejsze zespoły nurtu, jak np. Kula Shaker (zeszłoroczna płyta "K 2.0"). Choć dwadzieścia lat temu britpopowi spisano dość ponure epitafium, post scriptum okazało się być zgoła odmienne. Jak widać życie nie znosi próżni, a na wyspiarski rock nadal jest zapotrzebowanie.

Opisanie pełnej historii britpopu byłoby zapewne materiałem na obszerny wolumin; niniejszy tekst jest zaledwie zarysem jego barwnych dziejów, a także przyczynkiem do przeglądu kilkunastu płyt, które po 25 latach od narodzin britpopu można uznać za kanoniczne. Autor zastrzega sobie jednak, że wybór - choć dokonywany możliwie zachowawczo i w poszanowaniu dla kanonu brytyjskiego rocka - jest mocno subiektywny.

Blur - Modern Life is Rubbish [1993]

Większy sukces komercyjny od "Modern Life is Rubbish" odniósł wydany rok później "Parklife", jednak zlekceważenie drugiej płyty Albarna i spółki byłoby nieomal zbrodnią. Wystarczy jeden odsłuch, by stwierdzić, że mamy do czynienia z czymś autentycznie ożywczym i świeżym, nawet ćwierć wieku po nagraniu krążka. W muzyce kwartetu odbijają się tak echa The Kinks czy The Beatles, jak grup punkrockowych i nowofalowych. Płyta jest także świadectwem songwriterskiego kunsztu duetu Albarn-Coxon i zestawem wspaniałych gitarowych piosenek pop. Mimo muzycznej intensywności doznań, album jest zaskakująco eklektyczny; znalazło się na nim miejsce dla słodko-gorzkiego "For Tomorrow", punkowego "Advert", świetnie zaaranżowanego "Sunday Sunday", czy semi-akustycznego "Blue Jeans". I choć w uszy może się rzucać młodzieńcza naiwność oraz kilka kompozytorskich wpadek - nieuniknionych przy przecieraniu britpopowego szlaku - "Modern Life..." stanowi jeden z najjaskrawszych adolescencyjnych manifestów.

Blur - Parklife [1994]

"Parklife" powszechnie uważa się za jedno ze szczytowych osiągnięć britpopu i koronny argument na muzyczną dojrzałość kwartetu. Trzecia płyta Blur to także świadectwo słabości zespołu wobec eklektyzmu oraz objaw postępującej dekadencji - ta z czasem niemal całkowicie wypłucze z twórczości młodzieńczy wigor. "Parklife" egzystuje w zbiorowej wyobraźni jednak przede wszystkim jako zbiór znakomitych piosenek, w którym każdy miłośnik brytyjskiego rocka znajdzie coś dla siebie. Szersze rozpisywanie się w tej materii autor uznaje za bezcelowe; wystarczy, że słuchacz posłucha staroświeckiego "Clover Over Dover", pastiszowego "Girls & Boys", brudnego "London Loves", czy przepięknego "End of Century" - płyta jawi się jako milowy krok w osiągnięciu muzycznej dorosłości przez kwartet.

Dodgy - The Dodgy Album [1993]

Debiutancka płyta Dodgy - choć dzieło to niedoceniane i stosunkowo mało znane - jest jednym z modelowych przykładów radosnego, słonecznego grania, które stało się wizytówką britpopu. "The Dodgy Album" jest krążkiem zawieszonym gdzieś między sceną madchesteru, a beztroską brytyjskiej inwazji; wspaniałe harmonie wokalne i momentami niemal bigbitowa prostota wyzierają z głośników niemal przy każdej piosence. Jakkolwiek może to przy okazji britpopowej płyty brzmieć w sposób wyświechtany - Dodgy jest zespołem tyleż staroświeckim, co "nowożytnym". I mogę zagwarantować, że takie utwory jak "Grand Old English Oak Tree" i "I Need Another" potrafią odmłodzić niejednego słuchacza.

Elastica - Elastica [1995]

Obecność Elastiki w niedalekim sąsiedztwie Blur to nie tylko zbieg okoliczności powodowanych kolejnością alfabetu, ale i swoisty chichot historii. Justine Frischmann, liderka zespołu, była bowiem związana z Damonem Albarnem, a ich burzliwe rozstanie zainspirowało frontmana Blur do napisania utworu "Tender". W związku z "twarzą britpopu" nie należy dopatrywać się jednak znamion patronatu czy protekcji, bowiem silnie sfeminizowana Elastica na debiutanckiej płycie zwyczajnie broni się muzyką. Self-titled album to skondensowana dawka surowego rock'n'rolla, który mógłby równie dobrze powstać w okolicach 1978 roku. Frischmann jest także tyleż zadziorną, co pojętną uczennicą Iggy'ego Popa, Buzzcocks czy Wire; krótkie, garażowe utwory będą zatem kołatać się po głowie słuchacza jeszcze długi czas po przesłuchaniu płyty.

Geneva - Further [1997]

Geneva to jeden z tych niepozornych zespołów, które egzystowały gdzieś w cieniu rzucanym przez największe britpopowe firmy. Z jednej strony odkrywanie takich płyt po latach sprawia słuchaczowi wielką frajdę, z drugiej prowokuje do pytania - dlaczego oni nie są szerzej znani? "Further" to wzorcowy indie-popowy album; gitarowy anturaż nie powinien przysłonić dobrego songwritingu i prostych acz niebanalnych melodii. Nad płytą krąży duch The Smiths, Suede czy (może nawet przede wszystkim) Felt, Geneva wydaje się być jednak wyrazista. I choć - patrząc na historię zespołu - można zarzucić grupie pogoń za trendami britpopu, a wokaliście Andrew Montgomery'emu zbytnią teatralność, warto dać najpierw przemówić tej płycie.

Mansun - Six [1998]

Jest to jedyna płyta w zestawieniu, której regularnie słucham... z kasety. "Six" to jednak nie tylko suwenir gdzieś z poprzedniej epoki, ale przede wszystkim jeden z najlepszych i najbardziej eklektycznych albumów, jakie spłodził britpop. Brzmieć to może niedorzecznie, ale w tryby genialnego, wieńczącego płytę "Being a Girl" wtłoczono jednocześnie inspiracje rockiem progresywnym, Suede, Duran Duran oraz punk rockiem. Jak udało się to wymieszać, nie tworząc przeładowanego numeru na granicy kiczu? To niech pozostanie tajemnicą zespołu. Warto jeszcze do tego dorzucić sobie niebanalne, często okraszone dość gorzkim poczuciem humoru teksty, a "Six" objawi się jako album niemalże kompletny. Co najważniejsze, druga płyta Mansun - mimo, iż do bólu rockowa i gitarowa - jest na tyle nieortodoksyjna i przestrzenna, że wciąż brzmi świeżo. Nawet z przetartej kasety.

Oasis - Definitely Maybe [1994]

Przyznam, że z Oasis zawsze miałem spory zgryz, widząc w nich zespół obdarzony zdecydowanie najmniejszą inwencją pośród twórców epoki. "Definitely Maybe" broni się jednak na tyle, by znaleźć się w zestawieniu bez większych moralnych oporów autora. Choć krytycy i fani wyżej ocenili "(What's the Story) Morning Glory", niemniej wydaje się być ona bardziej nierówna - zbyt wyraźny jest na niej kontrast między "Champagne Supernova" czy "Wonderwall" a resztą materiału. Debiut Oasis nie jest za to zbiorem singli, a po prostu zestawem gitarowych, dobrze ociosanych piosenek pokroju "Live Forever", które najlepiej oddają solidne rzemiosło braci Gallagherów. "Definitely Maybe" zdecydowanie zasługuje na znak jakości.

Ocean Colour Scene - Moseley Shoals [1996]

Ocean Colour Scene może posłużyć wręcz za podręcznikowy przykład, jak należy dobrze wpisać się w określony trend i zdyskontować tym samym jego popularność. Pierwsza płyta z roku 1992, łącząca shoegaze i madchester nie zrobiła większej furory. W czasie britpopowego boomu zespół radykalnie zredefiniował swoje brzmienie, czego efektem jest właśnie "Moseley Shoals". Album nie nosi jednak znamion zwykłej koniunkturalnej zmiany, wręcz przeciwnie; jest prawdopodobnie najbardziej udaną próbą nawiązania do muzyki mod. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z imitatorstwem The Who czy The Jam; zespół udanie wplata w swoją muzykę wątki gitarowej alternatywy czy neo-psychedelii. Ocean Colour Scene jest jednym z nielicznych britpopowych grup, które działają w zasadzie nieprzerwanie; przez ten czas nic jednak tak udanego jak "Moseley Shoals" nie udało im się nagrać.

Pulp - His ‘n' Hers [1994]

Przyznam, że nigdy nie wgryzłem się zbyt mocno w dorobek Pulp, jedna rzecz jest jednakowoż pewna - muzyczna inteligencja Jarvisa Cockera na niewiele by się zdała, gdyby nie umiejętność wstrzelenia się w odpowiedni moment dziejowy. Pierwsze trzy płyty Pulp przeszły niemal bowiem bez echa! Album "Different Class" z roku 1995 jest poczytywany dzisiaj za klasykę brytyjskiej muzyki rozrywkowej, przełomowym okazał się być jednak jego starszy o rok poprzednik. Analizowanie historii zespołu nie ma w kontekście tego szkicu większego sensu, tym bardziej, że wystarczy, gdy przemówią piosenki. "His ‘n' Hers" to nie tylko wyraz synthpopowych fascynacji Cockera, ale i pokaźny pakiet świetnych piosenek, które znacznie luźniej - na tle pozostałych klasyków - odwołuje się do brytyjskiego dziedzictwa. Prawda jest jednak taka, iż sam songwriting jest bardziej tradycyjny, a numery pokroju "Joyriders" czy "Babies" to rozrywka dla słuchaczy popu na wysokim poziomie.

Radiohead - The Bends [1995]

Między oklepanym "Creep" a "OK Computer" też było życie! Warto o tym przypominać, albowiem ciężko się nie oprzeć wrażeniu, iż słuchacze marginalizują drugą płytę oxfordzkiego kwintetu. Jakkolwiek dla wielu kontrowersyjne jest klasyfikowanie Radiohead jako britpop, nie da się ukryć, że "The Bends" płynęło na fali revivalu wyspiarskiego brzmienia. Z drugiej strony mamy do czynienia z płytą oryginalną, wyróżniającą się - w tłumie, a jednak obok niego, cóż za paradoks! Thom Yorke i koledzy ostatecznie udowadniają na "The Bends" swój talent do pisania niebanalnych, autentycznie poruszających piosenek, o których w swoich marach z tęsknotą śnili inni twórcy. Być może to "Kid A", czy "Amnesiac" są z dzisiejszej perspektywy albumami bardziej odkrywczymi, wręcz eksplorerskimi. Deprecjonowanie jednak takiego zestawu piosenek jak "The Bends" wydaje się być przynajmniej nieostrożne; utworu pokroju "Fake Plastic Trees" czy "Just" to nie tylko znakomite piosenki pop, ale i nośniki uniwersalnych emocji.

Suede - Suede [1993]

Suede to grupa, która nie wpisała się w stereotyp radosnego zespołu brytyjskiego rocka, wręcz przeciwnie; najistotniejszymi inspiracjami grupy byli wszak David Bowie oraz grupa The Smiths. Wizytówką grupy stało się charakterystyczne brzmienie gitary (na pierwszych dwóch płytach grał na niej Bernard Butler, w późniejszym czasie zastąpił go Richard Oakes) oraz głos i charyzma androgynicznego frontmana Bretta Andersona. Co nie powinno dziwić, seksualna niedookreśloność wokalisty również była inspirowana przez idoli grupy. Szybko jednak okazało się, że bez tego typu działań broni się także i sama muzyka o mrocznej poświacie. "The Drowners", "Animal Nitrate", czy "So Young" to nie tylko wyraźne piętno glam rocka pozostawione w łonie britpopu. To także utwory, bez których ciężko wyobrazić sobie jakikolwiek kanon brytyjskiej muzyki rozrywkowej.

Suede - Dog Man Star [1994]

Druga płyta Suede stanowi punkt kulminacyjny, jeżeli chodzi o kreowanie mrocznego, depresyjnego wizerunku grupy; wydany dwa lata później "Coming Up" jest znacznie mniej duszny od poprzednika. Nie wszyscy architekci doczekali jednak jej wydania na pokładzie zespołu; z grupy przed premierą "Dog Man Star" odszedł gitarzysta Butler, co już wcześniej zostało wspomniane. Nie da się jednak ukryć, że był on jednym z architektów przepełnionego artyzmem i dekadencji krążka. Zmiana formy siłą rzeczy narzuciła swoistą "antyprzebojowość", której symbolem był trwający ponad dziewięć minut "Asphalt World" wieńczący płytę. Suede nie było jednak w stanie wyzbyć się swojej naturalnej melodyjności; świadczą o tym piosenki pokroju "Heroine" czy "We Are the Pigs"

Supergrass - I Should Coco [1995]

Gdy "I Should Coco" ujrzało światło dzienne, lider zespołu Gaz Coombes miał zaledwie 19 lat. I chociaż pozostali członkowie zespołu byli od niego starsi, niezaprzeczalnym jest fakt, że debiut Supergrass ma charakter dzieła nagranego przez gówniarzy. Musieli być to jednak gówniarze niesamowici, gdyż płyta jest melodyjnym majstersztykiem. Choć na liście utworów przeważają cięte utwory o proweniencji punkowej petardy, ich songwriting i melodyka są naprawdę słodkie. Nad albumem krążą duchy The Rezillos, The Jam, czy - przede wszystkim - Buzzcocks, jednak członkowie Supergrass są na tyle pyskaci i bezczelni, że nie sposób pomylić ich z muzycznymi ascendentami. Coombes i spółka potrafią też wykazać się zaskakującą statecznością i nagrać beatlesujący "Sofa (of My Lethargy)". Muzyczna dojrzałość znacznie silniej da o sobie znać na wydanej dwa lata później "In It for the Money", jednak to debiut wydaje się być płytą bardziej spontaniczną i autentyczną.

The Auteurs - Now I'm a Cowboy [1994]

The Auteurs to paradoksalnie jeden z ważniejszych zespołów w historii... polskiego rocka. Gra kapeli wywarła niebagatelny wpływ na pewną grupę z Mysłowic, zaś projekt Lenny Valentino pod przewodnictwem Artura Rojka zaczerpnie swoją nazwę z tytułu piosenki otwierającej "Now I'm a Cowboy". The Auteurs to jednak nie tylko zespół-ciekawostka znany najbliższym rodzinom członków zespołu. To także pomnik neurotycznego indie rocka, który w gryfie swojej gitary rzeźbił frontman Luke Haines. Druga płyta zespołu jest zjawiskowa pod wieloma kątami - z jednej strony bywa siarczyście gitarowa, z drugiej trąci melancholią i depresyjną tematyką. Wszystko to spaja charyzmatyczny wokal Hainesa, a także jego melodyczne wyczucie. Dzięki temu nie tylko mamy do czynienia ze wspaniałymi piosenkami, ale też z relatywnie oryginalnym brzmieniem - zawieszonym gdzieś między indie rockiem, glam rockiem a jangle popem, mniej lub bardziej jawnie hołdującym Davidowi Bowie, The Only Ones czy The Kinks. Czy to dużo, czy mało? Pozostawiam to każdemu do oceny.

Travis - The Man Who [1997]

Częstokroć spotykam się z zarzutem, iż szkocka grupa jest zwyczajnie bezpłciowa, grywając proste, pop-rockowe piosenki bez iskry. Sprawa to dyskusyjna, bo - choć admiratorem zespołu nie jestem - nie potrafię odmówić Travisowi dobrego songwritingu. Nieśmiertelne "Why Does It Always Rain on Me?" jest tego najlepszym dowodem, jednak dobrych utworów na "The Man Who" jest na pęczki; "Driftwood" czy "Turn" to przede wszystkim nośne utwory, a nie przybudówka dla największego hitu Szkotów. Warto zatem pamiętać; Travis to nie tylko oczywista inspiracja dla grup pokroju Coldplay czy Keane, a pełnowartościowy produkt schyłku ery britpopu. Produkt zupełnie wystarczający, by w tym miejscu zamknąć to skromne zestawienie.

Jarosław Turski

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Jubileusze albumów - II połowa maja! (felieton)Jubileusze albumów - II połowa maja!

Znowu bez żadnego debiutu, ale za to wszystkie wybrane płyty oznaczały nowy rozdział w twórczości każdego artysty. To, że zmiany nie zawsze były na lepsze, to już inna sprawa. czytaj cały felietion...

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część X. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część X.

W tej części kilka słów na temat albumu "Keeper Of The Seven Keys Part 1" grupy Helloween. czytaj cały felietion...

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.