Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Pink Floyd „The Endless River”

18 Grudnia 2014

Albumowi "The Endless River", który Pink Floyd niedawno objawił światu, przypadł w tym roku tytuł najważniejszego i najbardziej wyczekiwanego rockowego wydawnictwa. No, może nie każdy się zgodzi z podobną opinią, ale przemawia za tym twierdzeniem kilka niepodważalnych faktów. To pierwsza od dwudziestu lat studyjna płyta legendy; wiele wskazuje na to, że także ostatnia - tak przynajmniej zapowiadają sami muzycy, i wypada im wierzyć. Niezwykłe jest również to, że wykorzystano na albumie nagrania zarejestrowane podczas sesji do "The Division Bell", a więc te, w których brał udział śp. Richard Wright. Mało tego, jego partie odgrywają tutaj główną rolę, więc płyta stała się swoistym hołdem dla Ricka. "The Endless River" to w końcu dowód na to, że można wciąż nagrać płytę bez oglądania się na rynkową koniunkturę i mody. No cóż, Floydów stać na to - dosłownie i mentalnie.

Album zawiera muzykę instrumentalną. Wyjątek to wieńcząca dzieło piosenka "Louder Than Words", z tekstem autorstwa Polly Samson, żony Davida Gilmoura, która wcześniej dostarczyła słów na solową płytę gitarzysty i na wspomnianą "The Division Bell". I skoro przy piosence tej jesteśmy - jest to znakomity przykład typowego, rozpoznawalnego dla Pink Floyd grania: mamy tu piękną melodią, ciepły głos Gilmoura, przeszywające dźwięki jego gitary oraz podniosłe wokalizy chóru. Rzecz przejmująca i ambitna, a jednocześnie nie bez szans na listach przebojów, nawet tych komercyjnych.

Najprościej jednak przyrównać "The Endless River" do niemal godzinnej, instrumentalnej suity, podzielonej na złożone z różnorodnych elementów cztery części (odpowiadające stronom winylowej płyty: "Side1", "Side2", "Side3" i "Side4"). Muzyka zawarta na płycie tworzy pewną całość, a różnorodne nawiązania do przeszłości i dźwiękowe klamry spajają poszczególne, czasem bardzo krótkie, zgoła minutowe części. Przykładowo - cudownie nam łka metalicznie brzmiąca gitara w ambientowym "Things Left Unsaid", by powrócić w "Night Light" z "Side3". I takich tropów, powtórzeń, ale też ukłonów w kierunku dawnych dokonań jest tutaj więcej. Najbliżej muzyce z "The Endless River" do klimatu "Wish You Where Here". Decydują o tym przede wszystkim charakterystyczne brzemienia syntezatorów i gitary. Słychać to najwyraźniej w utworze "It's What We Do" i jego rozwinięciu. Ci, którzy zachwycali się wspaniałym "Shine On You Crazy Diamond" będą najpełniej usatysfakcjonowani. Z kolei mocne, dynamiczne, przestrzenne brzmienie dwóch części utworu "Allons-y" przywodzi na myśl płytę "The Wall". No i wypada wspomnieć, że znajdujący się pomiędzy natchniony organowy popis Wrigtha (nagrany w 1968!) to prawdziwa perełka.

Z tej cudownej rzeki dźwięków każdy wyłowi swoją złotą rybkę, która spełni jego muzyczne życzenia. Kto szuka rockowych akcentów znajdzie je w "Sum" i bardziej perkusyjnym "Skins", gdzie włada i rządzi Nick Mason, przy wtórze drapieżnej, krzykliwej gitary. Na mnie największe wrażenie zrobiła chyba ostatnia, czwarta część "The Endles River" ("Side 4"), być może najmroczniejsza, choć wciąż urzekająca. Złowieszczo i chłodne pobrzmiewają klawisze w utworze "Calling". Do tego należy dodać czarujące chórki ("Surfacin") i dotykające skrytych zakamarków duszy gitarowe perełki Gilmoura. To po prostu ich styl, charakterystyczny i rozpoznawalny. Nawet wplecenie w utwór głosu przemawiającego Stephena Hawkinga ("Talkin Hawkin") wydaje się jak najbardziej na miejscu, podobnie jak saksofon w utworze "Anisina". Bardzo świadomie Floydzi kłaniają się na najnowszej płycie - o czym była już mowa - własnej klasyce, jakby utwierdzając słuchaczy w przekonaniu o ponadczasowości zaklętej w niej mocy. To nie powtórzenia. To klamra, pewna forma pożegnania, przypomnienia tego, co najbardziej wryło się w naszą pamięć. Granie niby proste, ale pełne emocji, eleganckie, pełne namysłu, jednak nie przeintelektualizowane - za to przecież pokochały ich kolejne pokolenia.

Zapoznajcie się zatem z albumem, który pozwoli wam pożeglować po chmurach - piękna okładka stworzona przez młodego artystę, Ahmeda Emada Eldina bardzo dobrze obrazuje muzyczną zawartość. Sieć kilkuminutowych utworów i liczniejszych, króciutkich, ale pięknych miniatur, na których nęcące dźwiękowe haczyki łapie się nasze serce. Nie docenią być może czaru tej płyty wszyscy, nie na każdego podziała z równą siłą, niemniej warto spróbować. Znowu ocena naznaczona trochę kontekstem dzieła i jego kalibrem, ale to po prostu świetna muzyka.

Paweł Lach

Ocena recenzenta:
  • Ocena 5/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 5/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
5/5 (1)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
10.11.2014

Wydawca:
Parlophone / Columbia Records

Lista utworów:

1. Things Left Unsaid
2. It's What We Do
3. Ebb and Flow
4. Sum
5. Skins
6. Unsung
7. Anisina
8. The Lost Art of Conversation
9. On Noodle Street
10. Night Light
11. Allons-y (1)
12. Autumn '68
13. Allons-y (2)
14. Talkin' Hawkin'
15. Calling
16. Eyes to Pearls
17. Surfacing
18. Louder than Words

Informacje o wykonawcy

Pink Floyd

Inne recenzje płyt wykonawcy

Pink Floyd - A Saucerful Of Secrets
Pink Floyd „A Saucerful Of Secrets&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Michał "Art" Wilczyński
Pink Floyd - The Piper At The Gates Of Dawn
Pink Floyd „The Piper At The Gates Of Dawn&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Michał "Art" Wilczyński
Pink Floyd - Pulse
Pink Floyd „Pulse&rdquo
Ocena: 55555 (5)
Autor: Jacek Podlewski
Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.