Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Doogie White & La Paz „Shut Up And Rawk”

18 Kwietnia 2016

Doogie White to już prawdziwa marka. Śpiewał m.in. u Yngwiego Malmsteena, Michaela Schenkera i przede wszystkim u Ritchie'go Blackmoore'a, a ten zatrudniał w Rainbow tylko najlepszych. Od mnogości projektów i gościnnych występów Doogiego chyba trochę już rozbolała głowa i zatęsknił za La Paz - zespołu, od którego zaczynał swoją muzyczną przygodę w połowie lat 80. Inspiratorem reaktywacji bandu był pewien dziennikarz radiowy i od słowa do słowa - mamy już trzeci album La Paz po ponad dwudziestoletniej przerwie.

Ale dość wstępów, pora na muzykę. Na dzień dobry atakuje nas "Light The Fire" - mocny, dynamiczny rocker, bardzo mocno osadzony w dziedzictwie legendarnego zespołu Blackmoore'a i to niekoniecznie z ostatniego okresu. Bliżej bowiem temu utworowi do klasycznych płyt z Ronniem Jamesem Dio, zarówno maniera wokalna White'a, jak i motyw delikatnie kojarzący się z nieśmiertelnym klasykiem "Kill The King" nie pozostawiają wątpliwości. Tempo nieco zwalnia w drugim utworze, co nie znaczy, że zabrakło ognia. Gitara nadal tnie aż miło, w tle słychać hammonda, a numer mógłby spokojnie znaleźć się na którejkolwiek płycie Whitesnake z lat 80. Gdyby nie wokal - przy całym szacunku jaki mam do Doogiego, to jednak trochę mu brakuje do Davida Coverdale'a. W "No Place in Heaven" zespół zbliża się bardziej w stronę Deep Purple - słychać więcej organów, gitary są nieco mniej zadziorne.

Po krótkiej, nie wiadomo po co wplecionej miniaturce, znów wyświetla się utwór zakorzeniony w klasycznym hard rocku. Jest dobry riff, jest charakterystyczne, organowe "podbicie". "Retribution Blues", mimo tytułu, także ma konotacje rodem z lat 70., znów mocno zbliżające się do Whitesnake. Klawiszowiec Andy Mason próbuje przebić się ze swoim instrumentem, chce się wysunąć na pierwszy plan. Robi to trochę nieśmiało, niby ma ambicje zagrania konkretnej solówki, która ozdobi album, ale przypomina sobie, że nie jest ani Jonem Lordem ani Kenem Hensleyem i chowa się za gitarowo-basową ścianą. "Daughter Of Time" wita słuchaczy delikatnym, perkusyjnym wstępem, by zamienić się w wybuchowy, mocarny, powolny monument. Czytelne nawiązania do muzyki Dio, kapitalna zwrotka, świetna gitarowa solówka. Niby nie ma tu nic, czego nie słyszeliśmy we wcześniejszych numerach, ale ten ma w sobie to coś, co mocno wypycha go na czoło stawki. "The Prize" to już rozpędzony, do bólu klasyczny heavy metal, też jedna z perełek tej płyty.

Kolejne utwory nie przynoszą niczego specjalnego. Raz szybciej, raz wolniej, bardzo hard rockowo, i z tęsknotą do czasów, kiedy rockową sceną niepodzielnie rządzili ludzie mniej lub bardziej związani z purpurową rodziną. W końcówce albumu wyróżnia się jeszcze "Miss Dynamite", z klasycznymi klawiszami, fajnymi przeszkadzajkami w postaci harmonijki ustnej i bujającym, mocno bluesowym klimatem.

Co tu więcej gadać - Doogie White i koledzy robią to, co potrafią najlepiej. Nie zwracają uwagi na modę, na trendy, nawet na upływający czas. Grają jakby lata 70. nigdy się nie skończyły i mają z tego dużą radochę. Tak po prostu. Z wyraźnym ukłonem w stronę wielkich weteranów. Bez przerośniętych ambicji zwojowania świata na nowo, znają swoje miejsce w szeregu. Fani takiego grania i tak będą wiedzieć o co chodzi.

Rafał Chmura

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
8.4.2016

Wydawca:
Metal Mind Productions

Lista utworów:

1. Light The Fire
2. Heart Of Stone
3. No Place In Heaven
4. The Revenge Of El Guapo
5. A Certain Song
6. Retribution Blues
7. Daughter Of Time
8. The Prize
9. Faith Hope And Love
10. Throw Me To The Wolves
11. Miss Dynamite
12. Book Of Shadows

Informacje o wykonawcy

Doogie White & La Paz

Inne recenzje płyt wykonawcy

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.