Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Sigur Ros „()”

To był jeden z tych koncertów, które albo przyjmuje się jako misterium albo się na nich zasypia. Kilka minut po 23, tuż po koncercie The Delgados, a mniej więcej półtorej godziny przez występem Coldplay na Pomarańczowej Scenie, w Arenie (to był pierwszy raz, gdy zmieniono nazwy scen i namiotów) pojawili się panowie z Sigur Rós wraz ze smyczkowym kwartetem Amina. Taa, ulubiony zespół pod soundtrack do podcinania żył. Dobra, gówniarskie stwierdzenie. Koncert zagrali bardzo dobry, bardzo dobrze przyjęty i to był jedyny jak do tej pory raz, gdy widziałem na żywo islandzką załogę.

Czego by jednak nie powiedzieć, to było Roskilde Festival 2003. Tam można było wymieniać opinie na ich temat. Dla jednych było to objawienie, dla innych całość wiała infantylizmem i pretensjonalnością, jeszcze inni po prostu zasnęli. Na alternatywnej pustyni, jakim pozostaje Polska Sigur Rós pozostał, pozostaje i pewnie pozostanie egzotyczną ciekawostką. Chyba niektórym za daleko na Islandię. Rozmawiałem kiedyś z facetem, który mienił się fanem muzyki alternatywnej. Na pytanie o ulubione płyty końca lat 90-tych (jakoś tak nam rozmowa zaczęła dryfować w stronę podsumowań i statystyk) oczywiście natychmiast padło słowo-klucz Radiohead, chyba jeszcze The Verve, jakaś Nirvana, Blur. Coś tam chyba jeszcze słyszał o Bjork. Człowieku? Co ty wiesz o zabijaniu? A słyszałeś o debiucie GY!BE? Mówi ci coś Agaetis Byrjun? No cóż, moje wysiłki polecenia mu jakiegokolwiek niezależnego wydawnictwa spełzły na niczym. Pewnie zarywa teraz na Radiohead wszystkie te smutne dziewczynki, z którymi nikt nie chce iść do kina.

Przypuszczalnie niewiele osób wie, że tak naprawdę pełnoprawnym debiutem Sigur Rós jest płyta Von. Zaledwie kilkaset egzemplarzy sprzedanych wtedy, teraz walki o płyty na internetowych aukcjach, z cenami dochodzącymi do kilkuset dolarów (oj, znam takich fanatyków). Absolutu dotknęli już na drugiej płycie, jednej z tych najważniejszych przełomu wieku. Wiadomo, ludzie żyjący 'na topie' oraz wrażliwi fani muzyki wręcz musieli rzucić się na dokonania Sigurów. Nieważne czy rozumiało się muzykę, ważne było, żeby mieć tę płytkę w zbiorze. Patrząc na wszystkie te zawirowania z perspektywy czasu można spokojnie ustawić przypadek Islandczyków pomiędzy casusami Radiohead (wczesniej) i Interpol (teraz). Natomiast trzecia pozycja w ich dyskografii, hmm, mam jeszcze dwa akapity.

Niestety, jest gorzej. Po Agaetis Byrjun podczas przesłuchań którego miałem problemy oddychaniem, byleby tylko nie zagłuszyć tych dźwięków, teraz muszę zaledwie uważać aby nie stąpać za głośno po pokoju. (1) dosyć klarownie wprowadza w klimat płyty, jakiś trzask, z którego wyłania się miarowe mellotronowe buczenie a zaraz potem fortepianowe plamy. Smyki i wokal Jonsiego płyną sobie równolegle z dźwiękami fortepianu, psychodeliczny klimat wspomagają dziecięce głosy odwołujące się wprost do debiutu. (2) jest już niestety klinicznym przypadkiem pustki. Nie na tym polega ani emo ani post-rock. Jonsi próbuje uratować słabiuteńką kompozycję swoimi delikatnymi wokalizami, ale mimo wszystko tłumiona perkusja i fortepianowo-gitarowe plumkanie to właściwie nic innego, tylko bardziej transowa i psychodeliczna wersja jakiegoś naprawdę nieudanego odrzutu Mercury Rev z sesji do Deserter's Songs (sądzę, że nawet tak genialna płyta musiała mieć jakieś brzmieniowe falstarty). Z tej (na szczęście jedynej) kompozycyjnej nędzy wyłania się jeden z najpiękniejszych fortepianowych motywów współczesnej muzyki. I ja przy tym płakałem...

(4) wciąga katarynkowym motywem elektrycznego pianina znikającym raz po raz w smyczkowych odmętach kończąc tym samym pierwszą część płyty. Dalej jest równie mrocznie i psychodelicznie. Muzyczny pomysł na kolejne utwory (jeszcze cztery) odwołuje do 38-minutowej kompozycji tytułowej z Approaching Silence Davida Sylviana. Eucharystyczne wręcz dźwiękowe plamy płyną przez dwa pierwsze utwory, ustępując w (6) wokalizie Jonsi'ego i mocnemu finałowi zbudowanemu na czterech wysokich dźwiękach fortepianu i Mogwai?owych przesterach. Drugi nawias zamyka się rozedrganym motorycznym, przywołaniem dokonań Explosions In The Sky. Szkoda tylko, że nie pozostawia żadnej tajemnicy, którą chce się zgłębiać za każdym przesłuchaniem, a jedynie prostą zagadkę z rozwiązaniem znanym po pięciu odsłuchach. Too bad.

Aleksander "Malkavian" Stępień

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
28.10.2002

Wydawca:
FatCat Records/Smekkleysa Records

Lista utworów:

brak tytułu (Vaka - imię córki perkusisty grupy)- 06:38
brak tytułu (Fyrsta, "Pierwsza") - 07:33
brak tytułu (Samskeyti, "Przywiązanie") - 06:33
brak tytułu (Njósnavélin, "Maszyna szpiegowska") - 06:56
brak tytułu (Álafoss - okolica w Islandii, w której znajduje się studio nagraniowe grupy) - 09:57
brak tytułu (E-bow - specjalny elektryczny smyczek, użyty przez basistę grupy) - 08:48
brak tytułu (Dau?alagi?, "Piosenka śmierci") - 13:00
brak tytułu (Popplagi?, "Piosenka popowa") - 11:45

Informacje o wykonawcy

Sigur Ros

Inne recenzje płyt wykonawcy

Sigur Ros - Takk
Sigur Ros „Takk&rdquo
Ocena: 4.54.54.54.54.5 (4.5)
Autor: Piotr "Stalker" Gołąb
Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.