Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Steven Wilson „Insurgentes”

28 Lutego 2010

Poniższy tekst tyczy się limitowanego wydania albumu "Insurgentes", pisany jest przez absolutnego pasjonata dla ludzi takich, jak on. Wszyscy "zwykli śmiertelnicy" muszą mi wybaczyć :)

Po blisko dwudziestu latach i prawie stu albumach z jego udziałem, Steven Wilson decyduje się na stworzenie pierwszego solowego albumu, który, jak sam często wspominał ze śmiechem, będzie miał w sobie elementy tylu gatunków, że w całości spodoba się tylko jemu samemu. I tak, pod koniec lata, ruszyła oficjalna strona "Insurgentes", gdzie można było wkrótce złożyć preorder na jedną z 3000 specjalnych edycji kopii albumu (dwa dyski CD i jeden DVD z miksem 5.1). Ich wydanie miało być niesamowicie efektowne, Steven tłumaczył to słowami: "Muzyka jest sztuką i powinna wyglądać jak sztuka". Detalicznie album ukazał się dopiero w marcu 2009 roku, więc edycja specjalna rozgrzała fanów i zeszła jak świeże bułeczki. Udało mi się zamówić jedną kopię. Każdy oczekiwał czegoś wyjątkowego, gdyż cena była bardzo wysoka, jednak przyszło nam czekać ponad miesiąc. Nawet dyskusje na forach ustały, nikt w końcu nie wiedział, jaką muzykę dostaniemy. Pod koniec listopada, Burning Shed, wydawca limitowanej edycji oznajmił, iż w najbliższym tygodniu paczki zostaną wysłane w takiej kolejności, aby cały świat otrzymał płyty jednego dnia. Miał to być 26 listopada. Ten ambitny plan zniszczyła jednak poczta i, dzień wcześniej, po kilku komplikacjach z listonoszem...

Otworzyłem wielgachną paczkę. Wtedy moja szczęka opadła po raz pierwszy. "Insurgentes" to "album" z prawdziwego zdarzenia. Zamiast plastikowego pudełka i książeczki, moim oczom ukazała się olbrzymia czarna księga z wyszytym tytułem na okładce i prawie setką stron zdjęć z wilsonowych podróży. Gdybym zobaczył ją u kogoś na półce, nigdy nie domyśliłbym się, że to płyta z muzyką. Mój przyjaciel, gdy pierwszy raz miał styczność z "Insurgentes", pomyślał, że to laptop! Podejrzewam, że to nie ostatnie takie wydanie, Wilson podpisał kontrakt z Kscope na kolejne dwa albumy. Jeżeli też będą miały tego typu edycję, cała "trylogia" będzie najpiękniejszą rzeczą, jaka zagości na mojej półce z muzyką. Biję pokłony dla Stevena, kolekcjonerskie wydanie było warte tak wysokiej sumy (43 funty). Jeżeli będziecie mieli okazję je kupić, nie zastanawiajcie się dwa razy! Przy "Insurgentes" wszystkie perełki w Waszej kolekcji stracą swoje dotychczasowe piękno.

Czas przejść do zawartości albumu. Miałem niemałe obawy, że Steven, chcąc pokazać wszystkie swoje muzyczne wizerunki, straci wyczucie i dostaniemy płytę zróżnicowaną, ale niespójną. Czas więc oficjalnie przyznać, że były one bezpodstawne. Dziesięć utworów, godzina czasu. Jedna z najpiękniejszych godzin i najlepszy album Wilsona, jaki miałem okazję przeżyć od dawien dawna. Jest to podróż przez najmroczniejsze odmęty smutku i tęsknoty, poprzez krainy czystego piękna i namacalnego strachu. Jeszcze NIGDY nie odczułem takiego stanu, jak podczas słuchania "Insurgentes". Płyta delikatnie przeniknęła mi do głowy i każde następne jej odsłuchanie przynosi kolejną porcję cudownych dreszczy. Ale, panie recenzencie, do rzeczy!

Tak, mam zamiar opisać dokładnie utwór po utworze. Tych, którzy nie chcą zepsuć sobie zabawy z poznawania albumu, zapraszam dziewięć akapitów niżej.

Azaczyna się niewinnie. "Harmony Korine" to jedyny utwór na płycie, w którym czuć ducha Porcupine Tree. Spokojna, wysmakowana zwrotka, zaśpiewana z odczuwalnym smutkiem z łatwością bije otwarcie "Fear of a Blank Planet", jednak kiedy dochodzi do refrenu, słuchacz odlatuje kilometr nad ziemię. Nie mam pojęcia, jak Steven wydobył z siebie taki głos. Absolutny majstersztyk. "Harmony Korine" to pierwszy prosty w twarz słuchacza, taki "na przywitanie". Trzeba jednak zachować ostrożność. Wilson nie odpuści, a każdy następny cios nie będzie już taki delikatny..."

Abandoner". Perkusja w tle, niczym automat, i delikatny wokal Wilsona. Nastrój jak we śnie, jednak nie pozwala zrelaksować się, odlecieć. Siedzi w nim coś tajemniczego. I tak, w połowie utwory klimat zagęszcza się, słyszymy elementy ambientowe, nagłe piski, dzwonki, wreszcie łupnięcie przesterowanych gitar. Podnoszę głowę do góry, zamykając oczy. Doświadczenia Stevena z Bass Communion musiały się pojawić na "Insurgentes". Nie spodziewałem się tylko, że w tak majestatycznej postaci, zamieniając niewinny, popowy utwór, w klimat rodem z miasteczka Silent Hill. OK, 2:0 dla Wilsona.

Początek "Salvaging" to znowu ambient, przechodzący w niesamowitą partię na basie. Ach, właśnie, zapomniałem. Ten istrument obsługuje Tony Levin, były basista King Crimson. Brał udział w nagrywaniu płyt Króla od "Discipline" do "THRAK". Dla niektórych tylko on powinien być wystarczającym powodem do zapoznania się z "Insurgentes". Wróćmy jednak do samego utworu. Pewny wokal Stevena, mocna perkusja Gavina Harrisona (tak), zdecydowane riffy i fani powinni ściągać majtki przez głowę. Po pięciu minutach całość się wycisza, na pierwszy plan wylatują skrzypce i delikatne plumkanie gitarki. Oczyszczają słuchacza przed kolejnym atakiem mroku, jeszcze bardziej bezpośrednim, niż w "Abandoner". A mi brak słów.

"Veneno Para Las Hadas" wzięło swój tytuł od starego hiszpańskiego horroru, jednak po dwóch tak mrocznych utworach, jest niczym wyjście słońca zza deszczowych chmur. Pierwsze dźwięki przypominają "The Sky Moves Sideways", ale ogólny nastrój utworu jest dużo bardziej nostalgiczny i uderza słuchacza nieopisywalną tęsknotą. Moment po słowach "Waking up to leaving. Check the pulse for breathing", czyli zapętlone słowo "breathing" w tle i anielski śpiew Wilsona napływający z każdej strony to kandydat na muzycznego Oscara. Całość uzupełnia Jordan Rudess, klawiszowiec Dream Theater, pokazując niesamowitą klasę na pianinie. Aż wierzyć się nie chce, że to on.

Piąty utwór to ukłon w stronę King Crimson. Jazzowy nastrój, przewlekany elementami psychodelii i rozbudowana, czterominutowa solówka, która dalece odbiega od dotychczasowych dokonań Stevena, to dopiero pierwsza połowa "No Twilight Within The Courts of The Sun". Dalej mamy iście "karmazynowy" wokal (obłożony efektami) i piękną, wciąż mocno psychodeliczną grę pianina, stanowiącą najjaśniejszy punkt utworu. Rudess po raz kolejny zachwyca. A pod sam koniec, jak przystało na standardy Króla, mocne riffy po raz kolejny atakują ze zdwojoną mocą. "No Twilight Within The Courts of The Sun" to lewy sierpowy dla starych fanów Wilsona, którzy uważają, że stracił on umiejętność tworzenia dzieł kosmicznych, charakteryzujących pierwsze albumy Porcupine Tree.

Czas na najpiękniejszy utwór na "Insurgentes". Nastrojowy, przepełniony tęsknotą "Signicifant Other". To, czego w tych czterech minutach dokonał Wilson, ciężko opisać słowami. Zaczyna się normalnie- piękna melodia, melodyczny śpiew. Przypomina pozytywkę. W momencie refrenu, do wokalu Stevena dołącza Clodagh Simonds, której śpiew przemienia się w majestatyczny "lot" gitary. Takiego brzmienia tego instrumentu jeszcze nie słyszałem. Automatycznie podnoszę głowę i zamykam oczy (to chyba największa oznaka zachwytu), kiedy ją słyszę. Mam wrażenie, że odrywam się od ziemi, z prędkością światła zwiedzam przestworza, kiedy nagle... A nie, zakończenia nie opiszę. Stanowi małą, słodką niespodziankę dla każdego słuchacza. Artyzm...

Po takim utworze my ostatkiem sił podnosimy się na nogi, a Steven, przygotowując się do ostatecznego ciosu, pokazuje swoją wielką miłość do The Cure. "Only Child" to utwór niesłychanie przystępny w porównaniu do poprzedników. Chwytliwa partia basu, niska, zadziorna tonacja głosu Wilsona i kilka efektów w tle to praktycznie wszystko, czym nas uraczy. Nie myślcie jednak, że jest zły, bo urazilibyście wyczucie artysty do tworzenia utworów krótkich, popowych. Początkowo uważałem go za pierwszy słaby moment na "Insurgentes", ale za każdym kolejnym przesłuchaniem trafiał do mnie coraz bardziej, by dzisiaj stał na równi z resztą albumu. W jednym akapicie wspomnę także o "Twilight Coda", ponieważ stanowi on swoisty instrumentalny most łączący "Only Child" z "Get All You Deserve", przedostatnim utworem. Most niezwykły, należałoby dodać. Popękany i majestatyczny, spowity gęstą mgłą i porośnięty bluszczem. No masz, miało być krótko, jednak, kiedy go słyszę, nie potrafię zignorować tego, co tworzy się w mojej wyobraźni. "Twilight Coda" jest świetny, po prostu. A z dziennikarskiego obowiązku należy dodać, że na gitarze akustycznej usłyszymy w nim Sanda Snowmana.

Szum wiatru zapowiada ostatni monument na "Insurgentes". Z niego wyłania się samotne pianino i niewinny, niemal dziewiczy śpiew Stevena. Gdy usłyszymy tytułowe "Get all that you deserve... In this world" szum wiatru zanika, oddając pałeczkę gitarze elektrycznej, perkusji i wylewającej się z głośników, nieopisywalnej fali mroku, ciemności i zagubienia pod krótką nazwą "noise". Ten specyficzny gatunek, który Wilson zaczyna dopiero poznawać (pojawił się w tym roku na płycie "Molotov and Haze" Bass Communion) przeistacza prosty utwór w coś, co za pierwszym razem Was przerazi. Naprawdę. Do takiego stopnia, iż wyciszycie/wyłączycie odtwarzacz. Z ciekawością zajrzałem do książeczki, aby sprawdzić, jak ostatnie minuty nazwał sam Steven. "Total fucking noise". No tak... I jeszcze Dirk Serries, podziemna gwiazda ambientu na gitarze drone'owej. "Get All You Deserve" to dźwiękowa perełka "Insurgentes".

Nadszedł czas na utwór tytułowy, który stanowi zwieńczenie tego albumu. Optymistyczny, piękny i niesamowicie... Wilsonowski. Spotkałem się ze stwierdzeniem, że to cały geniusz Stevena ściśnięty w czterech minutach. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Pianino i wokal, wzmocniony ogromnych echem, śpiewający jedną z najpiękniejszych melodii, jaką miałem przyjemność w życiu usłyszeć i koto, japoński instrument na końcu (obsługiwany przez Michiyo Yagi)- to jego główny magnetyzm, oczyszczający duszę po tych wszystkich dźwiękowych przeżyciach na "Insurgentes". Trzeba go usłyszeć, niezależnie czy jest się fanem Wilsona, czy jego wrogiem. Czystego piękna nie odmawia się ze względu na człowieka, który je tworzy.

Edycja specjalna "Insurgentes" wzbogacona jest o drugą płytę, zawierającą pięć bonusowych utworów, które pod żadnym względem nie odbiegają od albumu właściwego. To wciąż mistrzowskie połączenie stylów i fascynacji Wilsona, jednak nie tak emocjonalnie wyjątkowe, co zapewne spowodowało ich "odrzut". Chociaż nie, jest tutaj "Collecting Space" i "Puncture Wound" za których nieobecność na płycie jestem gotów zlinczować Stevena.

Ostatnim dodatkiem do tego dzieła jest płyta DVD z miksem 5.1 albumu i zapowiedzią dokumentu "Insurgentes", który ukaże się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wersja surround zasługuje na prawdziwe ody. Nie dość, że przygotowana jest wręcz perfekcyjnie, to tylko na niej usłyszymy niektóre, niemożliwe do wychwycenia na stereo, elementy. Jakość dźwięku jest krystaliczna, każde plumknięcie, stuknięcie i trzaski powodują dreszcze. I właśnie od tej wersji polecam każdemu zacząć swoją przygodę z "Insurgentes". Podsumowując, wydanie specjalne ma tylko jedną wadę. Nie posiada tekstów w książeczce, ani na DVD i w chwili obecnej nie można ich jeszcze poznać, dlatego pominąłem tematykę utworów.

Nie spodziewałem się takiej płyty. Wilson, bez uciekania w koncepty i wielkie, progresywne suity, z diabelskim uśmieszkiem na ustach powalił każdego. "Insurgentes" posiada w sobie zaczerpnięcia z tylu gatunków, że głowa boli. Bez problemu także miesza je ze sobą, tworząc nową, zupełnie świeżą jakość. Jego pierwszy solowy album przewyższył wiekszość dotychczasowych dokonań, bez problemu stając na równi z "Signify", "The Sky Moves Sideways", "Returning Jesus" czy "Ghost On Magnetic Tape". A podpisał przecież kontrakt na kolejne dwa! Jakiś czas temu, przy okazji płyty Porków, "Fear of Blank Planet", głowiłem się, w jakim kierunku podąża Steven. Czy przypadkiem nie błądzi. Teraz już wiem, że ten człowiek doskonale wie, co robi, tworząc, raz za razem, dzieła wielkie i ponadczasowe. "Insurgentes" to album wyjątkowy, oryginalny i magnetyczny. Wciąga niczym czarna dziura, zostawiając słuchacza za każdym razem z rozdziawioną szczęką, a jego edycja kolekcjonerska to jedna z najładniejszych płyt, jaką możecie postawić na swojej półce.

Adam Piechota

Ocena recenzenta:
  • Ocena 5/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 5/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
5/5 (2)
dodajdo

Komentarze

Budzian

22:25, 26-01-2012 | zgłoś

Mistrzu a nowej płyty czemu recki nie napisałeś? Dobry jesteś w te klocki!

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
2009

Wydawca:
Kscope

Lista utworów:

Harmony Korine - 5:08
Abandoner - 4:48
Salvaging - 8:17
Veneno Para Las Hadas - 5:57
No Twilight Within the Courts of the Sun - 8:37
Significant Other - 4:31
Only Child - 4:24
Twilight Coda - 3:25
Get All You Deserve - 6:17
Insurgentes - 3:55

Informacje o wykonawcy

Steven Wilson

Inne recenzje płyt wykonawcy

Steven Wilson - To The Bone
Steven Wilson „To The Bone&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Kamil Pietrzyk
Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase
Steven Wilson „Hand. Cannot. Erase&rdquo
Ocena: 55555 (5)
Autor: Kamil Pietrzyk
Steven Wilson - 4 1/2
Steven Wilson „4 1/2&rdquo
Ocena: 33333 (3)
Autor: Kamil Pietrzyk
Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.