Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Czesław Śpiewa „Czesław Śpiewa Miłosza”

6 Stycznia 2012

Ile można czytać newsy na facebooku ? Ile można słuchać powtarzania 'podoba mi się' od 20:00 w sobotnie wieczory? Pierwsze dopóki łącze działa, drugie dopóki edycja trwa. Ale ile można zawstydzać polski rynek fonograficzny? Na trzecie odpowiedź nie jest już tak błyskawiczna i konkretna, a właściwie jej nie ma. A jeżeli już jest to... można, dopóki Czesław Mozil żyje, dopóki Czesław śpiewa!

Właściwy człowiek, na właściwym miejscu. Znowu nagrywa, znowu zaskakuje, znowu muzyczną ucztę serwuje. Wydanie jeszcze ciepłe, a ja już nie mogłam sobie odmówić tego muzycznego nabożeństwa. Tylko Ja i Czesławy, happy three friends. No i poprzeczka wysoko postawiona nie została strącona, wręcz przeciwnie, wysokość zaliczona, ale nie za pierwszą próbą. Nowy krążek Czesława, który jest swoistym hołdem (pierwsze i ostatnie patetyczne słowo tym artykule z przyczyn oczywistych) nie jest miłością od pierwszego wejrzenia. Jest czymś więcej, nie młodzieńczym, chwilowym i ulotnym zakochaniem, a głęboką i poważną relacją.

Przy pierwszym przesłuchaniu, słuchasz, ale nie słyszysz, musisz się obwąchać, bo Czesław, jak to Czesław, znowu ten sam autor, ale muzycznie zupełnie inny człowiek. Już zdążyłam się przyzwyczaić, że jedyny element wspólny wszystkich poprzednich płyt i nowej pociechy, to autor albumu. Wszystko dopieszczone, podopinane, żadnego chaosu, żadnego amoku, muzyczne dzieło sztuki panie i panowie. Maszynka do śpiewania, a nie ćwierkania, która ma stuprocentową skuteczność. Czesław reanimuje Miłosza, ale nie zmartwychwstaje tak nieudolnie jak ożywiane postaci z horrorów klasy Be, pojawiając się pod postacią lesbijki zombie, zmartwychwstaje dzięki tej płycie na zdecydowanie dłużej niż trzy dni. Od pierwszych sekund mam wrażenie, jak gdyby w studio pojawił się Miłosz i Mozil robił wszystko, na co dostanie jego przyzwolenie.

Obowiązkiem jest zaznaczyć jak najszybciej i wyszczególnić, że Czesław INTERPRETUJE, a nie PROFANUJE. Na tym krążku od początku nie ma koncentrowania się na umiejętnościach wokalnych Czesława, ale na doznaniach estetycznych, których nie brakuje ani przez moment. Zachowuje zdrową równowagą, wręcz do perfekcji odnajduje środek ciężkości, równy dystans, pomiędzy naturalnym kopiuj i wklej, kalką muzyczną, zaśpiewaniem gotowych wierszy, a stworzeniem Miłosza na nowo, nie odcinając się od miłoszowatości. Każdy utwór jest majstersztykiem. Mozil jest reżyserem, scenarzystą i scenografem.

Każdy utwór zostaje potraktowany z zupełnie inną manierą, płyta nie łapie zadyszki, każdy utwór to zupełnie inna historia, prawdziwy wachlarz inspiracji. Czesław tworzy muzyczną scenografię, wystrój wnętrza każdego utworu, żaden dźwięk nie jest przypadkiem, każde słowo w wierszu jest najważniejszym słowem. Autor albumu jest tutaj ilustratorem wierszy, wie gdzie znaleźć nerw ludzkiej wyobraźni, przymuszając ją do niecodziennej jakiej gimnastyki i pobudzenia. Dźwięki są tak realne, różnorodne a przede wszystkim w ilościach masowych tak, że człowiek niemalże pragnie je dotknąć.

Wiersze stają się ożywione, żyją wręcz własnym życiem, a to też dzięki niesamowitemu rozmachowi instrumentalnemu, a jednocześnie kameralności nastroju. Mnogość instrumentów, o BOGOWIE, a właściwie, O Czesławie! Nie ma takiej ilości odtworzeń, która ułatwi mi wyłapanie wszystkich gości dętych, klawiszowych itd. Klimatyczna trąbka, pianino, kontrabas to tylko początek wyliczenia. Instrumenty tak złożone w swojej prostocie. Jak gdyby panowie okradli sklep muzyczny. Świadczy to tylko o niesamowitym rozwoju muzycznym Czesława, jego kompozycyjnej inteligencji. Jest on muzykiem, który nie zatrzyma się, by złapać oddech, a jeżeli już, to tylko po to, by przyspieszyć tempa.

Warto również, a właściwie przede wszystkim zwrócić uwagę na brzmienie wierszy, ich wydźwięk i wrażenie odbioru. Nie jest to odczytanie Miłosza z podręcznika do polskiego. I nie tylko dlatego, że takich wierszy nie znajdziemy w żadnym z podręczników. Intrygujące jest to, że mimo zachowania tak wiele Miłosza, Czesław nie jest tu statystą, wyłącznie recytatorem. Powoduje to oczywiście, już wręcz tradycyjnie, że trochę dostajemy w twarz od Czesława. Znowu. Długoletni emigrant duński wie więcej o polskiej poezji niż niejeden samozwańczy patriota.

Czesław jest tak wiarygodny, że nie jest to jednorazowe słodko-pierdzące, przymuszone celebracją roku Miłosza pseudogawędziarstwo, a prawdziwa lekcja poezji. Bez sztucznej pompki, nieautentycznej górnolotności i wyolbrzymionego, zbędnego patosu czy nadęcia. Żaden nauczyciel nie jest w stanie tak skutecznie przekonać do poezji Miłosza, jak Mozil. I jego poezja po pewnym podrasowaniu i nieukrywanym tuningu nic nie traci, wręcz przeciwnie. Odbiorca poznaje Miłosza, za pośrednictwem Mozila, a nie kolejną płytę śpiewającego Czesława. Miłosz nie ulega ubanalnieniu, uproszczeniu, czy krzywdzącemu unowocześnieniu. Żaden zabieg nie zabrał nic z Miłosza, wręcz mu dodał. Nie zaszkodził, a pomógł. Odkurzył eksponat, ale nie uszkodził. Odrestaurował, a nie przerysował. Poprawił, a nie stworzył od nowa.

Fascynujące jak z chirurgiczną dokładnością balansował po granicy, nie przekraczając jej. Zostawiając Miłosza bez szwanku. Wyjątkowo na polskim rynku mamy do czynienia z czymś nowatorskim, odkrywczym, wyprzedzającym peleton, ale nie wyjątkowo mamy do czynienia z tym czymś dzięki Czesławowi. Mozil tą płytą nic nie musi udowadniać i tak też nie robi, po prostu rejestruje swoją lekcję języka polskiego i wręcz intymne spotkanie z poezją Miłosza, ufając swojej intuicji, a my to wyłącznie podglądamy.

Ciężko jest indiwidualnie potraktować te dziesięć kawałków i poddać konstruktywnej krytyce. To tak, jak kazać wybrać matce, które dziecko kocha najbardziej. Każdy utwór jest inną bajką, odciętą od rzeczywistości, kolejnym muzycznym wymiarem, mekką udanych dźwięków i fenomenalnie funkcjonującego instrumentalnego kolektywu. Optymistyczne "Słońce", które autentycznie Cię rozgrzewa, gorzko sentymentalne "A jednak", "Walc" z magic Fingers Leszka Możdżera, aż po mojego prywatnego ulubieńca "Do Poety", ta cyrkowo-cyniczna melodia, z tyloma przejściami i zmianami tempa, najbardziej dynamiczny i niepokojący utwór. Ogólnie taka sinusoida doznań i cały wachlarz emocjonalny powoduje, że tempo płyty jest powolne, Czesław nigdzie się nie spieszy, Czesław celebruje, a i tak mija to zbyt szybko. Powiem tak, jeżeli ktoś nie lubi Czesława za niesamowitą, nieukrywaną wrażliwość i niebanalny romantyzm, to po tym krążku go znienawidzi.

Podsumowując, gdyby Miłosz miał kogokolwiek poprosić o wykonanie swoich utworów jestem przekonana, że jedynym kandydatem byłby Czesław Mozill. Łączy ich nie tylko imię. Nikt się w grobie nie przewraca. Towarzysze, do płyty!

Bernadetta Trusewicz

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
7.11.2011

Wydawca:
Mystic Production

Lista utworów:

Słońce – 3:08
A jednak – 2:16
Poeta – 2:49
Droga – 2:07
Do Laury – 4:21
Na ścięcie damy dworu – 2:09
Walc – 2:50
Do polityka – 2:50
One – 1:05
Postój zimowy – 6:19

Informacje o wykonawcy

Czesław Śpiewa

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.