Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


John Frusciante „Niandra Lades and Usually Just A T-Shirt”

12 Lutego 2012

John Frusciante to z całą pewnością jedna z barwniejszych postaci na światowej scenie muzycznej. Znany głównie z występów w Red Hot Chilli Peppers, często pomijany zostaje jako artysta solowy. A to właśnie na tym gruncie dokonał czegoś znacznie wykraczającego poza powszechnie znane (i uznane) artystyczne kanony. W swojej wycieczce w najczarniejsze zakamarki ludzkiej duszy zbliżył się na centymetry do własnego grobu, zmierzył się z jego widmem i zwyciężył. Doświadczenia te wydały owoce w postaci dwóch przerażających i fascynujących zarazem dzieł sztuki - jedno z nich nosi tytuł "Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt".

Frusciante odszedł z Red Hot Chilli Peppers w 1992 roku. Wśród rozmaitych przyczyn, których nikt prócz Johna nigdy nie pozna, bez narażania się na przemądrzałość wymienić można nieumiejętność radzenia sobie z narastającą sławą i tęsknotę za kreatywnością zabijaną przez styl życia gwiazdy rocka, twórczą siłą z dnia na dzień coraz bardziej przeciekającą przez palce. Doprowadziło to Frusciante do ciężkiej, niemalże schizofrenicznej depresji i pogłębiającego się uzależnienia od kokainy i heroiny. Aż trudno uwierzyć, że cały ten chaos zmieścił się na jednej płycie CD.

Aby album muzyczny stał czymś więcej niż zwykłą sumą jego części, zaistnieć muszą dwa elementy: twórca umiejętnie przekazujący swoje myśli i emocje oraz odbiorca, który chce i potrafi je chłonąć. W tym wypadku artysta wykonał swoje zadanie doskonale, rzucając tym samym trudne wyzwanie każdemu, kto zdecyduje się wejść w jego świat... nie ma co się oszukiwać- nie każdy temu wyzwaniu podoła. Wspomniany wcześniej chaos znajduje wyraźne odzwierciedlenie w warstwie lirycznej, choć wnioski na jej temat muszą pozostać fragmentaryczne i zasnute mgłą amatorskiej jakości nagrań, niedbałego wokalu oraz wysokiego poziomu abstrakcji, który niekiedy stwarza wrażenie bełkotu. Wada? Być może. Czasem istotnie trzeba wywiesić białą flagę w obliczu miażdżącego natarcia tych trzech czynników. Z drugiej strony, taka postać rzeczy wytwarza nęcącą atmosferę tajemnicy, a poza tym otwiera szeroką furtkę dla różnorodnych interpretacji. Train your brain!

Wydawnictwo składa się z dwóch albumów napisanych na przestrzeni lat 1991-1993, a więc prace nad nimi Frusciante rozpoczął jeszcze przed odejściem z Red Hot Chilli Peppers. Pierwsza część, Niandra Lades (nazwa oznacza żeńskie alter ego Johna), to dwanaście utworów, z których większość stanowi, mimo daleko idącej ekscentryczności, relatywnie spójną całość. Linia melodyczna jest wyraźna i choć nasze bębenki nie raz i nie dwa przeżyją szok, nie można zarzucić im braku zwartego szkieletu.

One, two, three, four... - po czym imponujący akustyczny motyw wzbogacony wygrywaną na gitarze elektrycznej solówką zaczyna cały spektakl. "As Can Be" to, mimo lekko kłującego w uszy zakończenia części instrumentalnej, całkiem chwytliwy, przyjemny w odbiorze opener. Zaczyna się następny utwór, a idylla wciąż trwa ("recenzent niepotrzebnie nas nastraszył!"). Tajemnicze intro do "My Smile is a Rifle" (przewijające się później przez całą piosenkę) od razu zapada w pamięć i zaostrza apetyt na dalszą część, która dla jednych okaże się rozczarowaniem, innych zafascynuje. Po dość nijakiej, niestety, zwrotce następuje bowiem pierwsza z wokalnych wycieczek Frusciante. Nienaturalnie wysoki, wywołujący ciarki, przeszywający pisk nasuwa tylko jedno pytanie: on naprawdę to zrobił, czy to jakaś sztuczka? Chwila odpoczynku i znów uderzeni zostajemy lekko fałszującym, skrzeczącym zawodzeniem. Mimo zbicia z tropu, warto zwrócić uwagę na niebanalną partię instrumentalną - w końcu nie bez powodu John Frusciante zdobył popularność jako świetny technicznie i przede wszystkim kreatywny gitarzysta (pod tym względem godna polecenia jest przede wszystkim dostępna na Youtube, elektryczna wersja live). Tak czy inaczej, teraz już wiadomo że... recenzent wcale nikogo nie nastraszył.

Wśród dwóch coverów znajdujących się na płycie prawdziwym mistrzostwem jest "Big Takeover", w oryginale kawałek Bad Brains. Tylko John potrafi przeciętną, punkową łomotaninę wpasować w rozbudowany akustyczny koncept i to w taki sposób, aby swoją żywiołowością dorównywał pierwowzorowi. Można nie lubić tej stylistyki, można nie trawić specyficznego głosu Frusciante, ale każdy powinien pochylić przed tą aranżacją głowę. Salomon nie umiał nalewać z pustego... już wiadomo, od kogo mógłby się uczyć.

Czas na "Curtains"- jedyny utwór pozbawiony dźwięku gitary. Pomysłowej linii wokalnej towarzyszy prosty, lecz chwytliwy fortepianowy akompaniament. Niepokojącą atmosferę wprowadza jedynie tekst mówiący o ciemnej stronie sławy, urozmaicony wywołującymi lekką konsternację porównaniami ("your head shaped like a cow"? ; "the world's just a sphere no bigger than the balls you suck"?). Zdecydowanie mocny punkt albumu. A teraz najwyższa pora na prawdziwą próbę cierpliwości, nadchodzi bowiem punkt kulminacyjny pierwszej części "Niandry Lades...". "Running Away Into You" to prawdziwy geniusz zaklęty w przyprawiający o ból głowy kontrast. Na tle delikatnej, balladowej wręcz sekwencji chwytów i spokojnego śpiewu Frusciante, szaleńczy taniec odprawiają dzikie efekty obejmujące gitarę, wokal, tempo, a nawet kierunek (puszczanie ścieżki od tyłu). Świdrujący, schizofreniczny hałas sprawia wrażenie drwiny z normalności reprezentowanej przez delikatny drugi plan. Tak jakby został on zniszczony celowo, zdominowany przez tę część osobowości artysty, która konsekwentnie popycha go w obłęd. "Running Away..." to fascynująca, choć ciężka przeprawa... i dobre przygotowanie do tego, co jeszcze przed nami.

A przed nami wiele, choć jeszcze nie teraz. Po przeżytych przed chwilą doświadczeniach jak valium działa "Mascara". Energiczny, dobrze zaśpiewany wstęp kieruje umysł z powrotem na właściwe tory. Zaraz po nim następuje krótka, kuriozalna, denerwująca wstawka (występująca dwukrotnie) bez której całość na pewno jakoś by się obroniła. Nie licząc tej drobnej wpadki, utwór prezentuje się imponująco ze swoją podwójną linią wokalną i tekstem utrzymanym w stylistyce tego z "Curtains", które w duecie bezbłędnie burzą (a jakże!) poczucie błogiego relaksu. Utwór kończy się niepasującą do niczego, choć piękną melodią, która, niestety, trwa zaledwie kilka chwil pozostawiając silny niedosyt.

Zupełnie jak w "Your Pussy's Glued to a Building on Fire". Poczucie humoru zamyka się jednak w tytule. Niedbały wokal, zaburzony rytm i efekt gitary puszczanej od tyłu wprowadzają uczucie duszności, przywołując obraz sportowego samochodu, który grzeje silnik, ale nigdy nie rusza. Wszystko niemiłosiernie się wlecze i jak na złość nie wykorzystuje ewidentnego potencjału... celowo. W przyszłości Frusciante wielokrotnie wykonywał ten utwór na koncertach i miał on zupełnie inne, zdecydowanie bardziej przystępne oblicze. Wersja albumowa dzięki intencjonalnemu auto-sabotażowi zyskuje intrygujący, psychodeliczny element. I znów dezorientację wprowadza oszałamiające, lecz niewybaczalnie krótkie solo zamykające to zalatujące masochizmem show. Samochód jednak ruszył, ale tylko po to, by za chwilę rozbić się o mur. Panie Frusciante, dlaczego?

"Blood on My Neck From Success" nie zapewnia aż tak bogatych wrażeń, ale na pewno warto zatrzymać się i popatrzeć. Banalna wręcz sekwencja chwytów byłaby wpadająca w ucho, gdyby tylko nie trwała tak długo. Po jakimś czasie zaczyna się ona zwyczajnie nudzić. Do tego mamrotany wokal przechodzący później w wyższe rejestry i... dwa jeżące włosy na głowie wrzaski, które obudziłyby zmarłego. "Blood on My Neck..." to na pierwszy rzut oka żadna rewelacja, ale ma w sobie coś hipnotyzującego; coś, co doskonale komponuje się z resztą albumu. "Niandrę Lades" kończy "Ten to Butter Blood Voodoo" - wyjątkowo miłe dla ucha zakończenie. Znów do czynienia mamy z podwójną, lecz tym razem bliźniaczą linią wokalną (ten sam tekst śpiewany równolegle w różnych tonacjach), dzięki której zaobserwować można godne podziwu możliwości Frusciante w postaci rozpiętości skali jego głosu. "W Ten to Butter Blood Voodoo" po raz pierwszy ujawniają się także inspiracje muzyka, który na finalne sekundy swego dzieła oddaje gitarę Jimmiemu Hendrixowi. Nie wiem jak to możliwe, ale inne wytłumaczenie nie wchodzi w grę.

I w ten oto sposób znaleźliśmy się na półmetku. Druga część wydawnictwa - "Usually Just a T-Shirt", to zbiór trzynastu niezatytułowanych elementów składających się na niekontrolowany strumień świadomości. Już Untitled #1, mimo braku konkretnej muzycznej zawartości, stanowi mroczną zapowiedź tego, co za chwilę nadejdzie. Untitled #2 rozpoczyna się niemalże dziecinną melodią. Na szczęście szybko ustępuje ona miejsca bardziej interesującym motywom akustycznym, które stanowią jednak jedynie tło dla wdzięcznego, ulotnego dźwięku gitary prowadzącej poddanej efektowi puszczenia od tyłu. Po raz pierwszy został on użyty jako rdzeń całej kompozycji, co funduje słuchaczowi niezwykłą psychodeliczną podróż, pod koniec której w swej pełnej krasie objawia się Perfekcja.

Udanym, choć zupełnie niepasującym do reszty ze swoją przyjemną, zwartą konstrukcją elementem jest Untitled #3. Gdyby nie kończący utwór monolog wypowiedziany sztucznie zmodyfikowanym głosem, optymistyczne wrażenie pozostałoby niczym niezmącone. Następnie na scenę wkracza instrumentalne, ponownie naznaczone twórczością Hendrixa Untitled #4, by za chwilę ustąpić miejsca agresywnemu koledze z następnym numerem. Untitled #5 to kolejny cios wymierzony w narządy słuchu. Przypomina nieco "Running Away Into You" (mimo zupełnie innej aranżacji), z tym że pozbawione jest kontrastującej z szaleństwem, delikatnej strony. Kiedy myślimy, że najgorsze już za nami, pojawia się Untitled #8. Jeżeli "Running Away Into You" zostało nazwane punktem kulminacyjnym "Niandry Lades", o Untitled #8 można powiedzieć to samo w odniesieniu do całego "Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt". Jeżeli Untitled #2 to psychodeliczna podróż, tym razem nabiera ona rangi psychotycznej. Strumień świadomości zamienia się w rwący potok. Mało imponujące zagrywki akustyczne schodzą na drugi plan w obliczu przerażającego natłoku szeptów, jęków, salw śmiechu, wrzasków i urywek zdań bombardujących głowę z każdej strony. Na myśl przychodzi skojarzenie z zaawansowanym bad tripem . Sztuka czy pretensjonalność?

Technicznie rzecz biorąc, każdy byłby w stanie stworzyć zlepek przypadkowych dźwięków brzmiący jak coś bardzo strasznego. Sęk w tym, że nie każdy ma taką potrzebę. Untitled #8 brzmi w pełni autentycznie, idealnie identyfikuje się ze swoim kontekstem jakim jest "Niandra Lades...", jest naturalną konsekwencją biografii artysty. "Running Away Into You", Untitled #2, Untitled #5, Untitled #8, Untitled #12... we wszystkich z tych najbardziej ekstremalnych utworów słychać czarną rozpacz ukrytą za maską dezorientującej dziwaczności. Należy więc zadać sobie pytanie czym jest sztuka. Czy można nazwać nią każdy produkt kreatywności, w który zostały włożone szczere emocje? Nie. Zdefiniować sztukę to zadanie graniczące z cudem. Można natomiast stwierdzić, co na pewno jej NIE definiuje. Oczekiwania odbiorców, często skostniałe, będące jedynie produktem ubocznym. Dlatego bez względu na indywidualną percepcję, wspomnianym wyżej utworom nie można odmówić specyficznej wartości.

Dygresja dygresją, ale każda musi się skończyć. W lekko psychodelicznym, delikatnym Untitled #9 gościnnie występuje (z powodzeniem) ówczesna dziewczyna Johna, Toni Oswald i aż trudno uwierzyć, że głos który słyszymy nie jest głosem dziecka. Untitled #9 to całkiem miły (lub znośny, zależnie od punktu widzenia) przystanek przed najjaśniejszym punktem albumu, arcydziełem noszącym numer 11. Genialny instrumentalny wstęp zamienia się w robiący wrażenie, choć kłujący niepokojem, krótki spektakl. Warstwa muzyczno-wokalna musi jednak uklęknąć przed liryczną. Untitled #11 gości bowiem wersy, które, choć na pierwszy rzut oka niepozorne, muszą uchodzić za jedne z najwymowniejszych w historii muzyki: "And I've never been very smart, but I'll conect you with your shadow". Brzmi jak manifest romantyzmu, który wcale nie musi czuć wstydu przed dziełami wielkich mistrzów.

Pora uzupełnić dokonaną niedawno, wybiegającą w przyszłość wzmiankę o Untitled #12. Wspomniana ekstremalność nie jest tu szczególnie intensywna, objawiająca się poprzez dominację w jednej sferze. Składa się na nią zarówno zawodzący, histeryczny wokal, jak i zgrzytająca w tle gitara czy abstrakcyjny, wywołujący niezrozumiałe uczucie strachu tekst. W efekcie powietrze nasyca się czarną magią, która zdaje się podtrzymywać to straszydło przy życiu. Być może wrażenie to potęguje wywiad VPRO z 1994 roku . Fragment Unitled #12 towarzyszy scenie (w części szóstej), w której wyglądający jak szkielet Frusciante kładzie się na ziemi i splata ręce na klatce piersiowej tak, jakby chciał w "odpowiedniej" pozycji przywitać śmierć. Untitled #13 można nazwać instrumentalną kontynuacją poprzednika i... to już koniec. Niestety czy nareszcie? Chyba to drugie, bo ile czasu można siedzieć w czyjejś chorej głowie? I nagle okazuje się, że powrót do szarej, nudnej, bezpiecznej rzeczywistości jeszcze nigdy nie był aż tak przyjemny.

Tak jak napisałem, "Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt" to wyzwanie, któremu nie każdy podoła. W żadnym wypadku nie chodzi tutaj o podział, którego kryterium jest ignorancja. Prawdą jest jednak, że album ten spodoba się jedynie osobom obdarzonym specyficznym rodzajem muzycznej wrażliwości. Wszystkim wyczulonym na formę odradzam. Lecz ci, dla których muzyka to coś więcej niż tylko zbiór dźwięków i którzy nie stronią od okazjonalnego masochizmu... w Niandrze Lades odnaleźć mogą prawdziwą kopalnię przeżyć.

Oczywiście album posiada słabe strony. "Skin Blues" to typowy wypełniacz. "Been Insane" jest dosłowną powtórką z "Mascary". Untitled 6 i 7 to dokładnie te same dwa utwory różniące się jedynie tempem, utrzymane w konwencji... funkowej! A przynajmniej pod taką podchodzące. Dźwięki rodem z Red Hot Chilli Peppers zupełnie tu nie pasują, tak samo jak krótki instrumentalny epizod pod tytułem Untitled #10. Zdecydowaną większość można jednak zaliczyć na koślawy plus. "Niandra Lades..." to twór niepowtarzalny, broniący swojej wyjątkowej pozycji do dzisiaj, wystający ponad morze lepszych lub gorszych produktów Ery Wtórności. Jeżeli nie na miłość, zasługuje przynajmniej na chwilę uwagi. I za tę samą chwilę uwagi dziękuje recenzent.

Karol Piotrowski

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 5/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
5/5 (2)
dodajdo

Komentarze

Karol Piotrowski

13:38, 12-02-2012 | zgłoś

Utwór pod tytułem Untitled 10... epic.

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
8.3.1994

Wydawca:
American Recordings

Lista utworów:

Niandra Lades

As Can Be – 2:57
My Smile Is a Rifle – 3:48
Head (Beach Arab) – 2:05
Big Takeover (Bad Brains) – 3:18
Curtains – 2:30
Running Away into You – 2:12
Mascara – 3:40
Been Insane – 1:41
Skin Blues – 1:46
Your Pussy's Glued to a Building on Fire – 3:17
Blood on My Neck From Success – 3:09
Ten to Butter Blood Voodoo – 1:59

Usually Just a T-Shirt

Untitled # 1 - 13

Informacje o wykonawcy

John Frusciante

Inne recenzje płyt wykonawcy

John Frusciante - Outsides
John Frusciante „Outsides&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Marcin Rams
Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.