Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


The Cranberries „Roses”

4 Marca 2012

Już pierwsze przesłuchanie "Roses" uspokoiło mnie i pozwoliło delektować się muzyką. Przyznaję - obawiałem się nieco, że po paru latach milczenia The Cranberries będą chcieli coś udowodnić niedowiarkom, na siłę walczyć o swoją pozycję na rynku, próbować zdobywać różnymi modnymi zagraniami rzesze nowych fanów. Na szczęście nic podobnego się nie wydarzyło. Ekipa z Zielonej Wyspy ani nie pragnie sztucznie podlizać się młodszemu pokoleniu słuchaczy, przychodzącemu na świat wraz z pierwszymi nagraniami zespołu, ani nie kopiuje wprost patentów, które pozwoliły im, zwłaszcza w połowie lat 90 - tych, zagościć na najwyższych miejscach list przebojów - co miałoby być może uszczęśliwić starych, oddanych fanów. "Żurawinki" grają chyba na "Roses" po prostu to, co im w duszy obecnie gra, bez kalkulacji i obierania kursu na komercyjny sukces. Wychodzi to albumowi naprawdę na dobre.

To bardzo spokojna, refleksyjna propozycja, popowa i folkowa bardziej, niż rockowa, ale jakoś to nie razi i nie przeszkadza. Hałasować potrafi wielu, ale nagrać chwytliwe, a jednocześnie niebanalne i ze smakiem zaaranżowane kawałki, już tylko garstka zespołów. The Cranberries jawią się na "Roses", jako artyści dojrzali, świadomi efektu, który chcą osiągnąć. Brak tutaj mocniejszego uderzenia, jak w niezapomnianym "Zombie", które moje pokolenie pamięta przede wszystkim z pierwszych szkolnych dyskotek. Brak też na płycie ewidentnych przebojów stworzonych do tego, by zawładnąć samym topem list. Ale mamy za to album spójny, bez wpadek i mielizn, który broni się jako całość. Gratulacje należą się także producentowi. Stephen Street nadał całości szlachetnego sznytu i sprawił, że z wykorzystaniem prostych środków udało się ulepić muzykę godną uwagi.

Jest tu coś z bardziej spokojnego oblicza R.E.M., jest coś z dokonań Suzanne Vega. Nawet Dolores O'Riordan wyzbyła się (a może ograniczyła raczej) swojej - drażniącej niektórych - wokalnej, skrzekliwej maniery. Jeśli pojawiają się jakieś nowocześniejsze, elektroniczne "smaczki", to bardzo oszczędnie i mądrze wykorzystane, jak w "Losing My Mind", czy w "Fire and Soul". Częściej zespół, oprócz swojego klasycznego instrumentarium, sięga jednak po żywe instrumenty. Akordeon w "Raining In My Heart" jest strzałem w dziesiątkę. Jeśli w utworach pojawiają się smyczki, a zdarza się to kilkukrotnie, to są one wplecione w gitarową muzyką z wielkim wyczuciem i stanowią jej dopełnienie, a nie tani, efekciarski gadżet. A za wykorzystanie smyków w "Show Me The Way" należą się Irlandczykom pokłony - nic dziwnego, że utwór zagościł już na liście przebojów radiowej Trójki. Który kawałek będzie następny? Ja typuję "Schizophrenic Playboy", dość mocny, rockowy właśnie, z prostą, ale jakże chwytliwą zwrotką. No i wypadałoby jeszcze wyróżnić utwór tytułowy, który zamyka album. Niby nic - głos Dolores, gitara, "miotełki" przygrywające na perkusji, z lekka "walczykowy" rytm w refrenie... Niby nic, a pojawia się tutaj coś, co można nazwać muzyczną magią, bo przecież słowami się tego nie odda.

Naprawdę dobra płyta. Idealna by wyciszyć się, zebrać myśli po długim, ciężkim dniu. Idealna na początek wiosny i jako odtrutka na nadmiar hałasu.

Paweł Lach

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
27.2.2012

Wydawca:
Cooking Vinyl/ Mystic Production (Polska)

Lista utworów:

Conduct - 5:10
Tomorrow - 3:56
Fire & Soul - 4:31
Raining In My Heart - 3:26
Losing My Mind - 3:39
Schizophrenic Playboys - 3:39
Waiting In Walthamstow - 4:18
Show Me - 3:26
Astral Projections - 4:44
So Good - 3:53
Roses - 3:40


Informacje o wykonawcy

The Cranberries

Inne recenzje płyt wykonawcy

The Cranberries - Something Else
The Cranberries „Something Else&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Paweł Lach
Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.