Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Rush „Caress of Steel”

20 Sierpnia 2012

Rush to muzyczni geniusze o szerokich horyzontach i niegasnącej kreatywności. "Caress of Steel" to album, w którym Rush częściowo porzuca koncepcję grania hard rocka w stylu Led Zeppelin i szuka swojego własnego stylu, będącego de facto wypadkową trzech wielkich indywidualności i ich muzycznych korzeni. Gra zespołu zachwyca pod każdym względem, ale nie bez powodu. Geddy Lee, Neil Peart i Alex Lifeson to nazwiska, które już na zawsze zapisały się w kartach historii muzyki. To nie tylko znakomici instrumentaliści, ale także niesamowicie płodni twórcy. Przejdźmy jednak do rzeczy, czyli trzeciego wydawnictwa kanadyjskiego trio.

Album otwiera "Bastille Day", utwór mocno rockowy, przypominający wczesne lata Rush. Typowy numer na otwieranie koncertów - pełen energii i utrzymany w szybkim tempie. Chwytliwe riffy znakomicie komponują się z charakterystycznym, skrzekliwym wokalem Geddy'ego Lee. Klimat utworu jest świetnie zbudowany, do czego przyczynił się także tekst (opowiada o dniu, w którym lud paryski zdobył Bastylię i tym samym rozpoczął Rewolucję Francuską). Całą kompozycję miodnie dopełnia gra solowa Alexa Lifesona - wszystko jest na swoim miejscu, bez śladów przesady ani zbędnych dźwięków.

Utwór "I Think I'm Going Bald" ma wydźwięk humorystyczny, jednak gdzieś za tym kryje się niepohamowana tęsknota do młodości. Jednak nie tekst, a partie gitary elektrycznej stanowią filar kompozycji. Ponownie mamy bowiem do czynienia z chwytliwymi riffami i melodyjną popisówką Lifesona. Da się wyczuć, że przekłada on swoje emocje na gryf gitary, prowadzi z nią swoisty dialog. Nie byłbym sobą, gdybym nie pochwalił tutaj perkusji i basu. Choć w tym konkretnym utworze odgrywają jedynie rolę tła dla gitary, to robią to w sposób mistrzowski.

"Lakeside Park" to kompozycja ponownie opowiadająca o tęsknocie, choć nie do młodzieńczych lat, a do konkretnego miejsca. O ile zwrotki zupełnie nie aplikują nam dawki melancholijnych skojarzeń, o tyle strona liryczna, refreny oraz ostatnie dwie minuty utworu w pełni to rekompensują. Są bowiem ckliwe i pełne sentymentów. Na największą uwagę zasługuje właśnie wspomniane, dwuminutowe outro, utrzymane w tempie nieco wolniejszym niż cała reszta utworu i ładnie przyozdobione dźwiękami gitary solowej. Poza tym wszystko zgrabnie ze sobą współgra i tworzy składną, choć nie wybijającą się wysoko ponad przeciętność, kompozycję.

We wstępnie wspomniałem o tym, że "Caress of Steel" to album, w którym Kanadyjczycy nieco zmienili styl. Najlepszym dowodem na to jest czwarty utwór na płycie. "The Necromancer", bo o nim mowa, to pierwszy epicki, progresywny utwór, który skomponował i pokazał światu zespół Rush. Historia zawarta w tej kompozycji to kontynuacja przygód księcia By-tor, którego po raz pierwszy mamy zaszczyt spotkać w utworze "By-tor And The Snow Dog" z albumu "Fly By Night". Tym razem trio porywa nas w zupełnie fantastyczny świat. Wszystko zaczyna się od wolnego, misternego intra, w które wpasowuje się idealnie nastrojowa, wyważona solówka. Cisza. Narrator wypowiada garść słów. Wejście perkusji, które dopełnia ciężko brzmiący riff i wysoki wokal. Ponowna cisza? Nie tym razem! Eksplozja. Gitara nasycona przesterem zwiastuje najbardziej żywiołową partię utworu. Instrumentalne szaleństwo Lifesona z fenomenalnie towarzyszącą mu sekcją rytmiczną. Koniec ekstazy. Ostatnia część utworu to spokojne takty zawierające nieco leniwą, melodyjną solówkę, której ostatnie dźwięki są jednocześnie zakończeniem dwunastominutowej podróży po świecie księcia By-tora. Słuchając tego utworu można się domyślić, dlaczego Rush nie ma drugiego gitarzysty. Geddy Lee to basista, który bez trudu potrafi wypełnić pustkę między bębnami a gitarą solową. Co więcej, robi to naprawdę znakomicie!

Przyszedł czas na ostatni przystanek albumu "Caress of Steel", czyli "Fountain of Lamneth". Jest to bardzo rozbudowana kompozycja, składająca się aż z siedmiu części. Przeciętny słuchacz (załóżmy, że jest to typ radiowy, przyzwyczajony do krótkich i zwięzłych piosenek o prostej strukturze) odrzuci ten utwór bez zastanowienia. Umówmy się, jeśli nie jesteś fanem progresywy, to 20-minutowa kompozycja po prostu cię zanudzi, nawet jeśli jest to zbiór naprawdę świetnie ułożonych melodii, licznych zmian tempa i tonacji (tak, jak w tym konkretnym przypadku). Lirycznie "Fountain of Lamneth" jest arcydziełem, a to za sprawą Neila Pearta. Historia dosłownie opowiada o podróży człowieka/narratora do tytułowej fontanny, ale metaforycznie odczytywana została przez fanów na wiele różnych sposobów. Polecam osobiście zagłębić się w lekturę tekstu. Oprawa muzyczna także zasługuje na grad pochwał. Melodyjne solówki, piękne arpeggia i pojawiające się crescendo. Momentami mocno i ciężko, czasem subtelnie i wręcz czule.

Wszystkie części tego utworu są warte uwagi, choć mnie do gustu przypadły szczególnie dwie z nich. Rozdział trzeci, "No One At The Bridge", szybko stał się moim ulubionym. Riff otwierający buduje niesamowity klimat a solówka wydaje się być synonimem słowa 'geniusz'. Na specjalne wyróżnienie zasługuje także część druga, zatytułowana "Didacts and Narpets", choć z uwagi na nieco inne aspekty, niż ładne melodie. Jakie? No więc, jest to perkusyjne solo Neila Pearta, które zostało przyozdobione kilkoma słowami wywrzeszczanymi przez Geddy'ego. Według mnie fenomen "Fountain of Lamneth" polega na sposobie, w jaki łączą się poszczególne części. Tworzą one spójną całość, kompletną historię i nie sposób jest nie odnieść wrażenia, że są to jakby kolejne rozdziały książki fantasy, oprawione we wspaniałą muzykę i odgrywane indywidualnie dla każdego słuchacza.

"Caress of Steel" to niewątpliwie album przełomowy dla zespołu Rush. To moment w ich karierze, w którym częściowo porzucają koncepcję naśladowania innych i zaczynają grać coś swojego i intymnego (najlepszym tego przykładem jest ostatnia kompozycja). Pierwsza część albumu z pewnością przypadnie do gustu fanom hard rocka, natomiast druga będzie nie lada gratką dla zwolenników złożonych i obszernych utworów progresywnych, które w wykonaniu Kanadyjczyków brzmią naprawdę imponująco. "Caress of Steel" to krążek złożony i niełatwy w odbiorze, ale równocześnie niesamowicie wciągający. Trudno zachować obiektywizm, gdy jest się fanem zespołu, ale jestem przekonany, że mimo wszystko Rush spisali się tym razem na solidną czwórkę.

Marcin Rams

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 3/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
3/5 (1)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
24.9.1975

Wydawca:
Anthem/Mercury

Lista utworów:

Bastille Day – 4:37
I Think I'm Going Bald – 3:37
Lakeside Park – 4:08
The Necromancer – 12:30
I. Into the Darkness – 4:12
II. Under the Shadow – 4:25
III. Return of the Prince – 3:52
The Fountain of Lamneth – 19:58
I. In the Valley – 4:18
II. Didacts and Narpets – 1:00
III. No One at the Bridge – 4:19
IV. Panacea – 3:14
V. Bacchus Plateau – 3:16
VI. The Fountain – 3:49

Informacje o wykonawcy

Rush

Inne recenzje płyt wykonawcy

Rush - Counterparts
Rush „Counterparts&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Błażej "White Raven" Obiała
Rush - Power Windows
Rush „Power Windows&rdquo
Ocena: 55555 (5)
Autor: Błażej "White Raven" Obiała
Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.