Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Black Sabbath „13”

27 Czerwca 2013

Przyznam, że nie bardzo byłem przekonany, nie bardzo wierzyłem w to, że protoplaści metalu, uznawani niegdyś za istne wcielenie zła, a mowa o Black Sabbath, powrócą jeszcze kiedykolwiek w klasycznym składzie. Uważałem, że prędzej Ozzy Osbourne w wyniku reinkarnacji (przy założeniu, że coś takiego istnieje) odrodzi się jako nietoperz, niźli Sabbaci powrócą na scenę. Prędzej spodziewałem się, że zagrają razem w życiu wiecznym, na koncercie w Tartarze, ewentualnie na urodzinach Hadesa, niż w życiu doczesnym zarejestrują długogrający krążek. Niestety, sztuka nie udała się do końca w pełnym składzie, gdyż perkusista Bill Ward wycofał się z przedsięwzięcia, ze względów takich, o których angielscy gentlemani nie lubią rozmawiać, gdyż od tego mają obrotnych managerów lub managerki. Nieusatysfakcjonowanego Warda zastąpił znany z Rage Against The Machine czy Audioslave Brad Wilk, który na warunkach muzyka sesyjnego dostąpił zaszczytu zarejestrowania partii perkusji na "13".

Domyślam się, że na specjalną mobilizację Brytyjczyków wpłynęło przede wszystkim poczucie nieuchronnie uciekającego czasu. Przed kilkoma laty odszedł, jak wiadomo, Ronnie James Dio, Tonny Iommi wiódł nierówny pojedynek z nowotworem, a wyniszczony hulaszczym trybem życia Ozzy Osbourne - według doniesień różnorakich źródeł - powrócił ostatnio do używek. Być może więc Sabbaci postanowili, pod okiem legendarnego Ricka Rubina, zarejestrować taki album, którym mogliby godnie pożegnać się z publicznością, nie zszargawszy przy tym własnej legendy, gdyby nie udało się już nagrać więcej płyt. Podobnież w studiu Rubin terroryzował muzyków, każąc im słuchać w kółko nagrań z lat siedemdziesiątych, aby przesiąknęli duchem własnej twórczości z tamtych lat. Komu jak komu, ale Sabbathom nie można stawiać zarzutów dotyczących wzorowania się na własnych dokonaniach. To oni wymyślili patenty, z których garściami czerpią wszystkie kapele metalowe oraz znaczne grono rockowych, toteż sięganie do własnych patentów jest po prostu kontynuacją, a nie zjadaniem ogona lub epigoństwem. Wyłącznie w tym składzie, nawet i bez Warda, jest możliwe uchwycenie sabbathowej esencji. Iommi bez charakterystycznie brzmiącego basu Geezera Butlera nagrywał co prawda świetne płyty solowe ("Fused" z Glennem Hughesem), lecz pod szyldem Black Sabbath nie stworzył niczego na tyle wybitnego, aby zdołało zadomowić się w pamięci słuchaczy jak albumy z Osbournem czy Dio. Uważam, że to właśnie Geezer jest najmocniejszym ogniwem nowego albumu. Doskonale partneruje Iommiemu, gra jak natchniony, a przy tym - napisał wszystkie teksty zebranych na "trzynastce" piosenek.

W rozpoczynających album monumentalnych utworach "End Of The Beginning" i "God Is Dead?" słychać oczywiste nawiązania do utworu tytułowego z pierwszej płyty. Taki ciężar i ponury klimat potrafi wytworzyć swoimi riffami jedynie legendarny gitarzysta z obciętymi opuszkami palców. Obie kompozycje trwają ponad osiem minut, toteż wiele się w nich dzieje: liczne zmiany tempa, żonglowanie klimatem, szalone solówki. W "Loner" pobrzmiewają echa "N.I.B", akustyczne "Zeitgeist" można określić jako sequel "Planet Caravan", a w fantastycznym riffie do "Live Forever" kłaniają się przebłyski "Children Of The Grave". W "Damaged Soul" Anglicy zaakcentowali bluesowe korzenie własnej twórczości, a Ozzy Osbourne sięgnął po harmonijkę ustną, choć jego gra nie nadaje utworowi takiego charakteru, jak w przypadku legendarnego "The Wizard". Doskonałe zakończenie płyty "Dear Father" jest utworem szczególnym, gdyż spina klamrą dotychczasową twórczość zespołu, nawiązując w końcówce do pierwszych dźwięków utworu "Black Sabbath" z pierwszej płyty. Gdyby "13" miała być ostatnim dokonaniem Black Sabbath, to lepszego zakończenia nie można sobie wyobrazić.

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko bić się w piersi z powodu własnego niedowierzania w to, że tych niemłodych już muzyków stać jeszcze na stworzenie tak świetnej muzyki. Rickowi Rubinowi udało się wykrzesać z Sabbathów to, co w ich twórczości najpiękniejsze, esencję, która po albumie "Sabbath Bloody Sabbath" zaczęła się wyczerpywać. Oczywiście doceniam bardzo mocno płyty z Dio, ale uważam też, że był to nieco inny zespół niż Black Sabbath z Ozzym. "Książę Ciemności" na tej płycie popisał się bardzo dobrą formą wokalną. Jego głos jest nie do pomylenia, ten sam histeryczny, a niekiedy znudzony manieryczny wokal, choć znać na nim odrobinę zmęczenia, a i od wielkiego dzwonu zdarza mu się dla odmiany demonicznie zacharczeć. Iommi i Butler tworzą za pomocą swoich gitar ciężar, który zdefiniował podstawy muzyki metalowej, które obowiązują aż do dnia dzisiejszego.

Kamil Pietrzyk

Ocena recenzenta:
  • Ocena 5/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 4/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
4/5 (2)
dodajdo

Komentarze

ytseman23

15:49, 20-02-2014 | zgłoś

Według mnie 8/10 - bardzo dobre; każdy powinien się zapoznać. W składzie niemal klasycznym (brakuje tylko Warda) zespół funduje nam do bólu klasyczną w brzmieniu płytę. Takich riffów jak na ?13? Iommi nie grał od bardzo dawna - jest potwornie ciężko, wolno, mrocznie i chropowato. Sporo jest także ciekawego ?mielenia? - dość surowego i rozimprowizowanego, co kojarzy się z debiutancką płytą zespołu (?) Cała mini-recenzja, a także pozostałe płyty Black Sabbath (i nie tylko) są opisane na moim blogu http://ytseman.blogspot.com/2013/11/tresciwa-seria-po-black-sabbath-cz-8.html

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
11.6.2013

Wydawca:
Universal Music Polska

Lista utworów:

1. End of the Beginning
2. God is Dead?
3. Loner
4. Zeitgeist
5. Age of Reason
6. Live Forever
7. Damaged Soul
8. Dear Father

Informacje o wykonawcy

Black Sabbath

Inne recenzje płyt wykonawcy

Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.