Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


California Breed „California Breed”

21 Maja 2014

Gdy w 2012 roku, po ukazaniu się płyty "Afterglow", doszło do schizmy w supergrupie Black Country Communion, byłem spokojny o to, że Glenn Hughes nie będzie długo trwał w żałobie, ale szybko się otrząśnie i powróci z nowym projektem i muzyką. "Głos Rocka" słynie wszak ze swojego pracoholizmu. I oto powraca na scenę pod szyldem California Breed. Geograficzny charakter tej nazwy jest zapewne puszczonym oczkiem do fanów poprzedniego zespołu, którego nazwa została zaczerpnięta z przemysłowej dzielnicy Wielkiej Brytanii, w której Bonham i Hughes spędzali młode lata. Dziś żyją głównie w Kalifornii, stąd nazwa nowego zespołu, w którego skład, oprócz Hughesa i Bonhama, wchodzi młody talent w osobie liczącego dwadzieścia trzy lata Amerykanina - Andrew Watt'a. Najmłodsze ogniwo zespołu zostało odkryte i polecone Hughesowi przez Julianna Lennona - syna Beatlesa i jego pierwszej żony - Cynthii. O tym, że Watt jest nie lada talentem i człowiekiem orkiestrą, można przekonać się po przesłuchaniu jego utworów na Youtube (zwłaszcza godne polecenia są hard rockowe "Chameleon" oraz funkujący "Traveler").

Glenn Hughes często podkreślał w wywiadach, że nie interesuje go powielanie formuły BCC, stąd skład zespołu zawęził się do trzech osób. California Breed ma być zespołem pełnowymiarowym, skłonnym koncertować, gdzie tylko się da i kiedy się da - co nie było możliwe w przypadku Black Country Communion. Zrezygnowanie z instrumentów klawiszowych sprawiło, że muzyka stała się może i prostsza, ale za to bardziej energetyczna i naturalna. Wszystkie instrumenty zostały nagrane na żywo, "po Bożemu", bez żadnych sztuczek producenckich. Perkusja brzmi naturalnie i łomocze aż miło (solówka perkusyjna w "Midnight Oil"), gitary brzmią drapieżnie (co jest zaletą!), a wokale Hughesa już dawno nie miały aż takiej mocy. Jak się okazało, na płycie zostały uwiecznione pierwsze podejścia, gdyż producent Dave Cobb uznał je za najlepsze. I trudno się dziwić. Sześćdziesięciodwuletni Brytyjczyk w tak energetycznych petardach jak "The Way", "Days They Come" czy "The Gray" zdaje się kpić sobie z upływającego czasu. Śpiewa z wielką mocą i wchodzi w rejestry, jakie dla jego zacnych rówieśników są już od lat nieosiągalne.

Debiutancki album California Breed jest materiałem dość zróżnicowanym. Owszem, dominuje w tej muzyce duch lat siedemdziesiątych, co jest zrozumiałe ze względu na Hughesa oraz syna zmarłego perkusisty Led Zeppelin. Andrew Watt, który dorastał raczej na fali popularności grunge'u, także doskonale czuje muzyczny klimat siódmej dekady XX stulecia. W ogóle nie słychać tak znacznej różnicy wieku pomiędzy nim, a starszymi kolegami. Jego solówki i riffy, mimo że mieszczą się w tradycyjnych kanonach rocka, wypadają bardzo świeżo. Można powiedzieć, że wraz z odejściem Bonamassy, odpłynęły także wpływy bluesa. Jest to album o wiele bardziej wyluzowany i żywiołowy niż dokonania BCC. Przy rock'n'rollowych hitach, jak singlowe "Sweet Tea" , "Midnight Oil" z żeńskimi chórkami czy w śpiewanym przez Watta (w refrenie Hughes niepotrzebnie go przekrzykuje) "Spit You Out" noga sama z siebie zaczyna tupać. Nieco poważniej robi się w takich kompozycjach, jak psychodeliczne "Chemical Rain" (tu Hughes współdzieli obowiązki wokalne z Wattem), czy w poruszającym i mrocznym "Invisible" z ciężkim, niemalże wyjętym spod palców Tonny'ego Iommi'ego riffem przewodnim. Nie można też pominąć dwóch bardzo udanych ballad: przywołującej southern-rockowy klimat kapel pokroju Lynyrd Skynyrd - "All Falls Down" czy okraszonego pięknymi wokalizami Hughesa "Breathe", w którym wokalistę wspiera gościnnie wspominany powyżej odkrywca Watta - Julian Lennon.

California Breed jest zespołem składającym się z przedstawicieli trzech pokoleń. Między Hughesem a Bonhamem jest piętnaście lat różnicy, co w przypadku muzyków rockowych nie musi być przeszkodą (Hughes ponadto przyjaźnił się z Johnem Bonhamem, stąd Jasona zna od dawna), natomiast od Watta dzielą go aż cztery dekady. Po raz kolejny okazuje się, że muzyka łączy pokolenia. Dla wychodzącego z cienia młodego gitarzysty gra z legendami jest trampoliną do sławy i chwały, a starsi muzycy niewątpliwie zaczerpnęli entuzjazm i młodzieńczą radość grania, co doskonale słychać na tym niezwykle równym i zespołowym (wszystkie utwory są podpisane nazwiskami członków tria) albumie. California Breed ma jak największe predyspozycje do tego, aby sporo osiągnąć na scenie muzycznej, o ile tylko skład zakrzepnie na stałe, a zespół będzie w stanie aktywnie promować działalność. Dlatego Hughes z Bonhamem szukali młodego gitarzysty, który chciałby zaangażować się w zespół, a nie traktować go jako poboczny, studyjny projekt. Opublikowany w Europie 16 maja 2014 roku debiutancki album, zdobiony przyciągającą oko barwną grafiką, jest wszakże materiałem nad wyraz zadowalającym.

Kamil Pietrzyk

Ocena recenzenta:
  • Ocena 5/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
20.5.2014

Wydawca:
Frontiers

Lista utworów:

1. The Way
2. Sweet Tea
3. Chemical Rain
4. Midnight Oil
5. All Falls Down
6. The Grey
7. Days They Come
8. Spit You Out
9. Strong
10. Invisible
11. Scars
12. Breathe

Informacje o wykonawcy

California Breed

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.