Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Eric Clapton „The Breeze: An Appreciation of JJ Cale”

23 Września 2014

Eric Clapton. Żywa legenda. Mało tego, żywa legenda, która wciąż tworzy! Umówmy się, Clapton mógłby już dawno zniknąć ze sceny i studia, a i tak ze względu na swoje dokonania sceniczne i studyjne byłby jednym z największych i najbardziej poważanych muzyków sceny nie tylko białego bluesa, ale muzyki rozrywkowej w ogóle. A jednak ten bogato doświadczony przez życie, siedemdziesięcio-prawie letni artysta wciąż pracuje. Najnowsze wydawnictwo studyjne Claptona to "The Breeze", z podtytułem "An Appreciation for JJ Cale" - płyta nagrana w hołdzie wielkiemu twórcy przez innego wielkiego twórcę, z towarzyszeniem wielu utytułowanych przyjaciół. I to w zasadzie jest już gwarantem, że ten album jest godny poświęcenia mu uwagi. Po przesłuchaniu wydawnictwo jeszcze bardziej zyskuje na wartości...

"The Breeze" pozbawiony jest jakiegokolwiek wyczuwalnego napięcia, charakterystycznego dla albumów artystów poszukujących i udowadniających. To muzyka płynąca prosto z potrzeby serca, nacechowana naturalnym, pełnym pokory i pasji podejściem do procesu tworzenia. Clapton serwuje nam tutaj zestaw utworów osadzonych, jakżeby inaczej, w tradycji bluesa, country i lekkiego, białego rocka. Na pierwszy rzut ucha, oprócz wspomnianego luzu konceptualnego, płyta Claptona wprowadza nas w krainę spokoju i radości płynącej z nagrywania utworów. Ten album ma w sobie coś z ostatnich dzieł Johnny'ego Casha ("The American Recordings"); to też są covery nacechowane stonowanym podejściem do rzemiosła i materiału muzycznego, wykonywane z pełnym zrozumieniem przez człowieka być może najbardziej odpowiedniego na tym miejscu. Pomijając sposób aranżacji, ascetyczny u Casha i bardziej rozbudowany instrumentalnie u Claptona, oba wydawnictwa charakteryzuje nieco ponury w wydźwięku, pełen nostalgii głos człowieka pogodzonego z życiem, ale wciąż chcącego tworzyć. Clapton jednak, w odróżnieniu od Casha, ma w sobie niespodziewane pokłady radosnego stoicyzmu. Ta płyta, mimo swojej stonowanej dynamiki, jest w zasadzie utrzymana w ciepłych, pastelowych kolorach organów Hammonda i gitary Fendera i przekazuje jak najbardziej pozytywne emocje. U Casha sytuacja była nieco inna...

Dużą rolę w brzmieniu całego albumu odgrywają zaproszeni muzycy. Najwięcej wnoszą od siebie Mark Knopfler, John Mayer i Willie Nelson, cała trójka od pierwszych zagranych/wyśpiewanych nut jest rozpoznawalna i tworzy u boku Claptona swój intymny świat. "Someday" i "Train to Nowhere" rozpościerają przed słuchaczami miękki dywan jakby od niechcenia zagranych solówek Claptona i znanego najbardziej z Dire Straits gitarzysty i wokalisty, Knopflera, człowieka podobnie jak Jeff Beck cudownie przekazującego emocje, grając na gitarze gołymi palcami. Dwa nieco odmienne światy - bluesowy lidera Cream i o rockowym sznycie Knopflera - spotykają się na płaszczyźnie przyjaznego białego bluesa i lirycznego, spokojnego country. Nieco podobnie przedstawia się sytuacja z Mayerem, którego mlekiem i miodem płynący wokal doskonale wpisuje się w podfunkowionego bluesa "Lies" i nostalgicznie piękną, o countrowym zabarwieniu "Magnolia. Willie Nelson wprowadza nas na jeszcze inne terytoria, pełne południowoamerykańskiego słońca i pól pełnych dojrzewającego w słońcu zboża w "Songbird" i "Starbound". Pamiętajmy jednak, że każdy gość podporządkowuje się piosenkowej charakterystyce nagrywanych szlagierów, nieprzekraczających 4 minut kawałków. Dzięki temu cały album jest spójny i utrzymany w jednorodnej dynamice i stylistyce, pomimo lawirowania między gatunkami. Dodatkowym plusem całego wydawnictwa jest także jego rozmyślnie, jak się wydaje, wyważona dynamika i zwartość wszystkich kompozycji; płyta relaksuje, nie męczy, daje pole do spokojnego, niezmąconego odpoczynku. A wszystko oparte o profesjonalnie i z sercem zaserwowane podkłady bluesowe, countrowe, podlane lekko funkowym czy rockowym sosem. Wszystko brzmi spójnie i przejrzyście, a gitarowe przestery są tak delikatne, że aż pieszczą uszy.

Eric Clapton z przyjaciółmi serwuje swoim fanom kolejną bardzo dobrą płytę pełną szczerego podejścia do wykonywanej muzyki, a także szacunku dla wybranych szlagierów i wszystkich muzyków uczestniczących w procesie nagrywania. "The Breeze" to czysta przyjemność dla wszystkich fanów muzyki około bluesowej. Bez napinania mięśni i silenia się na oryginalne aranżacje albo postmodernistyczne wizje brzmieniowe, Clapton najzwyczajniej w świecie pokazuje wszystkim, że nadal jest w doskonałej formie i czerpie radość z wykonywanej muzyki. Wydaje się, jakby nagrywając tę płytę z łobuzerskim uśmieszkiem na ustach i iskierką w oku mówił do nas "mam ochotę nagrać coś takiego. Ot, taki sobie bluesowy album. Może wam się spodoba". Oj tak, podoba nam się! Klasa!

mateusz.biegaj

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
29.7.2014

Wydawca:
Bushbranch / Surfdog

Lista utworów:

1. Call Me the Breeze
2. Rock and Roll Records
3. Someday
4. Lies
5. Sensitive Kind
6. Cajun Moon
7. Magnolia
8. I Got the Same Old Blues
9. Songbird
10. Since You Said Goodbye
11. I'll Be There (If You Ever Want Me)
12. The Old Man and Me
13. Train to Nowhere
14. Starbound
15. Don't Wait
16. Crying Eyes

Informacje o wykonawcy

Eric Clapton

Inne recenzje płyt wykonawcy

Eric Clapton - Old Sock
Eric Clapton „Old Sock&rdquo
Ocena: 22222 (2)
Autor: Janusz Matysiak
Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.