Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

21 Kwietnia 2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym rozmachem spektaklu, ale tylko w kilku miastach i ogromnym nakładem finansowym, który nadwyrężył i tak lichy wtedy budżet zespołu. Dopiero teraz, tuż przed muzyczną emeryturą twórcy tego dzieła, udało się zorganizować trasę, gdzie przedstawienie "The Wall" może zajaśnieć pełnym blaskiem. Dwa występy odbyły się w Polsce - 18 i 19 kwietnia w łódzkiej Atlas Arenie. Miałem przyjemność być na drugim z nich.


Szybko rozwiały się niepokoje o wokalną formę Rogera Watersa, który w ostatnich latach miewał spore problemy z głosem i zaliczył nawet kilka kompromitujących występów z playbacku. W Łodzi zaś jego głos brzmiał mocno, jak kilkanaście lat wcześniej. Niewątpliwie jest to w pewnym stopniu zasługą techniki (kamery pogłosowe, wzmacnianie - lecz nie zastępowanie - nagraniem z taśmy), ale przede jednak wszystkim zwyczajnej poprawy głosu muzyka. Odetchnąłem z ulgą, gdy usłyszałem Watersa śpiewającego na żywo i to, jak na niego, naprawdę mocnym głosem. Przed koncertem to była właśnie dla mnie największa niewiadoma.

Może prawie największa, bo tej trasie towarzyszy pewien dodatkowy smaczek. Otóż David Gilmour obiecał pojawić się na scenie na jednym z koncertów. I pozostawał cień szansy, że może będzie to któryś z polskich występów. Tak się niestety nie stało i dlatego nie było nam dane zobaczyć wspólnego muzykowania tych dwóch skłóconych przez wiele lat liderów Pink Floyd.

Rozczarowanie to w najmniejszym stopniu nie przysłoniło jednak zachwytu koncertem. Podobnie, jak na dawnych występach macierzystej formacji Watersa, wizualizacje i efekty dźwiękowe, choć zapierały dech w piesiach, nie spychały muzyki na dalszy plan. Były jednak czymś znacznie więcej niż tylko jej uzupełnieniem. Przede wszystkim nie sposób słowami wyrazić geniuszu wyświetlanych na murze i ekranie nad sceną wizualizacji autorstwa Geralda Scarfe. Piękne, zachwycające, niesamowicie zsynchronizowane z muzyką, współczesne, choć nawiązujące do tradycyjnych grafik "The Wall", zaskakujące trójwymiarowością, błyskotliwe, po prostu znakomite. Nie zabrakło też kontrowersji - w wizualizacji do "Goodbye Blue Sky" z bombowców były zrzucane symbole chrześcijaństwa, islamu, judaizmu, a także Shella i Mercedesa i komunizmu.

Możliwość ogarnięcia wzrokiem sześćdziesięciometrowego ekranu, bo taką rolę pełnił przez znaczną część koncertu tytułowy mur, rekompensowała dużą odległość części widzów od sceny. Nie da się jednak ukryć, że lornetka była niezastąpiona, żeby dostrzec muzyków w rozmiarze pozwalającym zobaczyć coś więcej niż zarys sylwetki. Kto wie, czy dobrym pomysłem nie byłoby więc umieszczenie gdzieś telebimu, który pokazywałby takie zbliżenia?

Efekty dźwiękowe dzięki rozmieszczonym w różnych częściach sali systemom głośników robiły niesamowicie przestrzenne wrażenie. Były znakomitym dopełnieniem fenomenalnego nagłośnienia muzyki. Do tego precyzyjny system świetlny i ogromny, budowany przez pierwszą połowę koncertu mur. Oprawa iście mistrzowska, czyli coś co zawsze było wizytówką Pink Floyd.

Roger Waters nie podchodzi z przesadną czcią i turbo-patosem do bądź co bądź trudnej i poważnej tematyki płyty. Momentami po prostu dobrze bawi się na scenie i próbuję w tę grę wciągnąć publiczność (początek "In the Flesh", "Run Like Hell"). Nie zmienia to jednak faktu, że w poważniejszych momentach ("Bring the Boys Back Home") przesłanie o bezsensie totalitaryzmu (drugie "In the Flesh"), zagubieniu muzyków rockowych ("Young Lust", "One of My Turns"), czy tragedii konsumpcyjnego, pełnego hipokryzji społeczeństwa ("Nobody Home") jest przedstawiane z pełną powagą i robi wręcz piorunujące wrażenie. Ideologiczna otoczka była i jest bowiem niezwykle istotna dla "The Wall". Na fakcie jej aktualności opiera się uzasadnienie sięgnięcia przez Watersa po ten liczący ponad 30 lat album.

Równowaga między ideologicznym przekazem, a dobrą rockową rozrywką została jednak osiągnięta. O przesłaniu płyty nie będę więcej pisał, bo było ono odmienione przez wszystkie przypadki po sto razy, a wymowa spektaklu jest właściwie taka sama - z uwspółcześnionymi odniesieniami wojennymi i aluzjami do szaleństwa "I"-urządzeń.

Muzycznie koncert był znakomity. Zarówno Waters, jak i towarzyszący mu artyści grali po prostu świetnie - z jednej strony wiernie oddając oryginalne brzmienie albumu, z drugiej nie wywołując wrażenia, że jest to hermetyczne, czy sztywne. Mimo, że Watersowi towarzyszyli znakomici gitarzyści, to w niektórych solówkach (szczególnie "Comfortably Numb") ewidentnie brakowało Davida Gilmoura. To był jednak jedyny niedosyt jeśli chodzi o stronę muzyczną, bo generalnie było to świetne wykonanie przepięknych kompozycji, które przeszło 30 lat temu złożyły się na tę niezwykłą melodyjną i epicką opowieść.

Mam wrażenie, że pierwsza część koncertu była lepsza - ciekawsza i lepiej dopracowana. Duże wrażenie robiły kilkunastometrowe marionetki przedstawiające nauczyciela, matkę i żonę bohatera historii. Świetne wrażenie zrobiło wykonanie przez Watersa utworu "Mother" na gitarze akustycznej. Zestawiono wtedy to, jak brzmiał i wyglądał gospodarz wieczoru 30 lat wcześniej. Na murze wyświetlano bowiem młodego jeszcze Watersa, który gra tę kompozycję na koncercie tuż po wydaniu płyty. On sam zapowiadając piosenkę pokazał, że w końcu nauczył się dystansu do siebie - "zobaczcie, jak przez te lata spieprzył się Roger Waters".

Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. Samolot mający przelecieć nad widownią i rozbić się o mur nie zdołał wystartować. Dlatego zamiast pod koniec "In the Flesh" stało się to dopiero w drugiej części, tuż przed zburzeniem muru. Dobrze, że nie zrezygnowano z tej atrakcji, bo robi ona duże wrażenie. Zmiana ta sprawiła, że dopracowany i powtarzalny spektakl tego dnia był nieco inny, wyjątkowy. Warto też wspomnieć o uczniach, którzy dziarsko wyśpiewywali "We don't need no education". Pierwsza część zakończyła się podobnie, jak na wystawionym w 1990 roku spektaklu w Berlinie. Roger Waters śpiewał "Goodbye Cruel World" zza prawie gotowej ściany. Gdy tylko zabrzmiało ostatnie "goodbye", dołożono ostatnią cegłę i mur stał się tym samym kompletny.

Druga część rozpoczyna się on wykonanego w całości zza muru "Hey You", czyli w sposób zgodny z ideę "The Wall" - zespół rockowy gra oddzielony od publiczności wysoką ścianą. Oczywiście, gdyby cała druga część miała tak wyglądać, byłoby zbyt nudno. Dlatego w każdej następnej piosence coś się działo - pojawiała się wyrwa, w której niczym w hotelowym pokoju Waters śpiewał do telewizora ("Nobody home"), zespół przenosił się przed mur ("Run Like Hell"), czy też muzycy pojawiali się nad ścianą ("Comfortably Numb").

Niewątpliwą atrakcją był jeden z najbardziej charakterystycznych elementów floydowskiej oprawy koncertów - latająca świnia przemieszczająca się nad publicznością. Choć model zaprezentowany w Łodzi w sumie bardziej przypominał dzika, to wywołał wielki aplauz. Znakomicie wypadło drugie "In the Flesh" - faszystowskie przemówienie w efektownej oprawie. Znacznie gorzej "Comfortably Numb" - w tym utworze chyba najbardziej brakowało współkompozytora - Davida Gilmoura. Całkiem przyzwoicie za to "Run Like Hell". Utwór ten spełnił poniekąd rolę punktu kulminacyjnego. Nadaje się do tego znakomicie - nie bez przyczyny kiedyś koncerty Pink Floyd kończyły się właśnie tym kawałkiem. W przypadku jednak widowiska "The Wall" tak być nie powinno. Na tym albumie rolę tę pełni bowiem utwór "The Trial".

Ten jednak na ostatniej trasie Watersa nie zachwycił. Powinien był być zrealizowany z większym rozmachem - z pojawiającymi się postaciami - marionetkami z pierwszej części i dodatkowo z sędzią. To był chyba jedyny moment, ale za to jakże ważny, w którym czegoś brakowało w oprawie, mimo, że pokazywane wtedy wizualizacje na murze były znakomite. Przez pozostałą cześć koncertu otoczka była bowiem bardzo bogata, piękna i przemyślana, a tu niepotrzebnie Waters poszedł na skróty. Gdyby zrealizować "The Trial" z pełnym rozmachem wydźwięk drugiej części byłby znacznie lepszy, a tak, pod tym względem pozostał niedosyt.

Dobrze, że tuż po tym było zburzenie muru, które robi naprawdę gigantyczne wrażenie. A gdy już kurz opadł przed rumowisko wyszli muzycy, odegrali minimalistyczne "Outside the Wall", Roger Waters kolejno ich przedstawił, podziękował i częściowo zza kulis wysłuchał długich owacji. W pełni zasłużonych, bo zarówno koncert, jak i ubogacające go widowisko były fantastyczne. Niezwykły profesjonalizm, ogromny rozmach, perfekcja i przepiękny artystyczny wydźwięk - czyli jedna z ostatnich okazji (chyba, że David Gilmour przerwie milczenie i wróci jeszcze na scenę), żeby na żywo zobaczyć blask geniuszu Pink Floyd, do którego poziomu jeszcze nikomu innemu nie udało się nawet zbliżyć.

Bartłomiej "Eternus" Biga

dodajdo

Komentarze

Trebaruna

14:09, 23-04-2011 | zgłoś

Ja akurat miałam przyjemność być na pierwszym koncercie, czyli 18 kwietnia. Moje wrażenia są podobne. Myślę, że to mógł być nawet koncert życia. Nigdy nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że ujrzę Floydów (bo Waters to Floydzi, jak by nie patrzeć).

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

SBB - Katowice - 4.12.2016 (relacja)SBB - Katowice - 4.12.2016

Dla mieszkańców Górnego Śląska czwarty dzień grudnia jest jedną z najważniejszych dat w kalendarzu. Tego dnia obchodzone jest w Kościele katolickim wspomnienie świętej Barbary - patronki górników. Jak wiadomo,... czytaj całą relację...

Doro - Katowice - 1.12.2016 (relacja)Doro - Katowice - 1.12.2016

Postać Doro jako niezłomnej królowej heavy metalu obrosła już w legendy i anegdoty. Panna Pesch miała zrezygnować z drogi żony i matki, odrzucać intratne oferty Playboya, wszystko po to, by bez reszty poświęcić... czytaj całą relację...

Forum

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.