Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Madonna - Warszawa - 1.08.2012

6 Sierpnia 2012

Od razu na wstępie przyznam, że nie jestem zakochana w Madonnie. Mam do niej bardzo duży szacunek, podziwiam jej tytaniczną pracę i to, że pomimo oczywistych braków wokalnych dotarła na szczyt muzyki rozrywkowej i nie schodzi z niego od blisko trzech dekad. Fascynuje mnie jej opór, determinacja, wizja własnej kariery, systematyczność i odwaga w łamaniu konwenansów. Dla mnie fenomenem została przy okazji wydania "Ray Of Light". Szczęki opadły milionom miłośników muzyki na całym świecie, w tym mnie, bo okazało się, że Madonna poza byciem piosenkarką i skandalistką, jest też artystką, że ma coś bardzo ambitnego, emocjonalnego i szczerego do przekazania, że wykonała niesłychaną pracę doskonaląc swój głos, że jest absolutną królową. Totalną.


Kolejny raz pomyślałam tak o niej kiedy światło dzienne ujrzał przebojowy, chwytliwy, kolorowy "Confessions On A Dancefloor". Cudny album: imprezowy, spójny, taneczny, pogodny, ale też ciekawy artystycznie (stylizacja na Barbarellę pozostaje moją ulubioną w dorobku Madonny) i ambitny tekstowo (mające religijne podłoża "Isaac", "Like It Or Not", czy mówiący o potrzebie wiary we własne siły "Jump"). Oczywiście bardzo też lubię klasykę Madonny, niemniej jednak dla mnie osobiście dwa wspomniane wyżej albumy są jej największymi dorobkami z przełomu XX i XXI wieku. Dlatego też, zachwycona "Confessions...", dość chłodno przyjęłam "Hard Candy", ponieważ wtórność beatów Timberlanda mnie zwyczajnie męczy, a poza tym, dość niepokojące było to, że Madonna zdaje się śpiewać przede wszystkim o imprezach. Natomiast poziom muzyczny i liryczny "MDNA" mnie po prostu załamał.

Wszak kiedyś Madonna była artystką śpiewającą "poor is the man whose pleasure depends on a permission of another", a teraz kołysze się na kabriolecie w rytm słów "turn up the radio". Wydawało mi się zwyczajnie, że artystka przeszła pewną drogę, transformację, że już nie zejdzie poniżej konkretnego poziomu, że ma taki status, że może postawić na sztukę i ambicję, a nie na komercyjny sukces dość niskich lotów. Dlatego też, pomimo tego, iż uwielbiam koncerty Madonny, które zawsze są ucztą dla oczu i (do koncertu na Narodowym) uszu, wahałam się czy w ogóle iść na koncert w Warszawie. Upewniwszy się jednak, że poza track listą z ostatniego albumu, podczas występu pojawią się też klasyki i mając w pamięci dobry koncert na Bemowie sprzed trzech lat, podjęłam decyzję, żeby zakupić bilet i zobaczyć królową na żywo w akcji. Bo cokolwiek by nie mówić, koncert Madonny jest wydarzeniem.

Na stadionie pojawiłam się w sam raz, aby zobaczyć występ Paula Oakenfolda, który miał rozgrzać publiczność przed występem gwiazdy wieczoru. Dobre beaty i tempo jego występu faktycznie rozruszało widzów, dużo ludzi pod sceną tańczyło, ci na trybunach kiwali się w rytm elektronicznych dźwięków, jednakże rozgrzewanie widowni było próżnym przedsięwzięciem, ponieważ między końcem występu Brytyjczyka a królową minęła prawie godzina i rozochocona publiczność gotowa do zabawy zaczęła się zrozumiale niecierpliwić. Kiedy Madonna spóźniała się już blisko pięćdziesiąt minut, wszędzie dało się słychać gromkie gwizdy i buczenie. Przy tak dużym (i dość skandalicznym) spóźnieniu, zabrakło przedstawiciela organizatora koncertu, który wyszedłby na scenę i poinformował, że królowa się niebawem pojawi. Dookoła mnie narastały bowiem już spekulacje, że może ona w ogóle nie przybyła, a kilkuletni chłopiec siedzący za mną żartował, że może Madonna złamała nogę i w ogóle nie wyjdzie. Notabene, znów zdumiał mnie brak limitu wieku wpuszczania na koncerty w Polsce. W Gdańsku na koncercie Rammsteina siedziało przede mną troje mocno wystraszonych hukiem sześcio i ośmkolatków. Można się tylko retorycznie zastanawiać czy treści, jakie pojawiają się na takich widowiskach na pewno są dla dzieci odpowiednie...

Tuż przed 22:30 w końcu zgasły światła, olbrzymie kadzidło zawieszone nad sceną zaczęło dymić i Stadion Narodowy przemienił się w katedrę, w której ze swoich grzechów miała spowiadać się królowa muzyki pop. Zawsze jestem pod olbrzymim wrażeniem wizualizacji na koncertach Madonny i przyznam, że moment, kiedy witraże znajdujące się na prawym i lewym ekranie pękły z hukiem był niesamowity. Nie był to ostatni huk tego wieczoru, gdyż jak się okazało, oprawa dźwiękowa przedstawienia pozostawiała, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia. Bełkot, łomot, absolutnie nierozróżnialne poszczególne słowa piosenek, głośniejszy wokal od muzyki. Koszmar! Siedziałam dokładnie na wprost sceny, pośrodku sektora D, i przy trzeciej piosence byłam już bardzo zmęczona jazgotem. Do tego doszło rozczarowanie pierwszym aktem koncertu, które sprawiło, że poważnie bałam się, czy dotrwam do końca występu.

Część koncertu otwierająca całe widowisko była dla mnie najsłabszym jego elementem. Chaos. Bałagan. Okropnie modulowany głos powodujący zgrzytanie zębów. I niezwykle brutalny przekaz ociekający przemocą. Nie chcę być źle zrozumiana - antyreligijne manifestacje Madonny nie robią na mnie w zasadzie żadnego wrażenia, ze zdecydowaną częścią jej przekazu w tej sprawie się zgadzam i cieszy mnie kiedy konserwatystom następuje się na palce. Nie rozumiem natomiast gloryfikacji broni i takiego epatowania przemocą. Rozbryzgująca się krew na ekranie, systematyczne pozbywanie się tancerzy strzałami, paradowanie z karabinem (ciekawe jak się trzymał kilkulatek za mną)... nie trafiło to do mnie. Przecież jakieś półtora godziny później Madonna śpiewająca na ekranie "Nobody Knows Me" potępiała właśnie przemoc i brutalność wszechobecną na świecie, a tymczasem miota się z rewolwerem po scenie i agresywnie pokazuje, jak traktuje swoich eks o których śpiewa w "Gang Bang".

Ponadto, ta część koncertu to dla mnie przerost formy nad treścią... czego tu nie ma: chodzenie po linie, "Hung Up" (z groźnie wyglądającymi szamanami na ekranach) zmodyfikowane tak, że jedynie sample z Abby (które ledwie się przebijały) były w stanie określić z jaką piosenką mamy do czynienia, Madonna związana i targana po scenie... naprawdę ciężko określić co było przesłaniem tej części. Kiedy dobiegła końca przyznam, że odczułam dużą ulgę. Teraz mogło być już tylko lepiej. Gdyby tylko ekipa inżynierów dźwięku bardziej przyłożyła się do swojej pracy...

Drugi akt rozpoczynający się od "Express Yourself" przywrócił mi wiarę w ten koncert. Klasyczny utwór w klasycznej aranżacji, popowa i kolorowa aranżacja wizualizacji, no i przepięknie wplecione w piosenkę "Born This Way" Lady Gagi, wyraźnie pokazujące kto kim się inspiruje było świetne. Co więcej, zupełnie dla mnie niestrawne "Gimme All Your Luvin", w wersji koncertowej okazało się taneczne i porywające, a akompaniament cheerleaderowych bębnów tchnął w ten utwór zupełnie nową jakość. Mam nadzieję, że piosenka w tej konkretnej aranżacji znajdzie się na koncertowej płycie.

Po tych utworach Madonna znów zniknęła ze sceny (uważam, że zdarzało jej się to zdecydowanie za często - rozumiem kwestię przebierania się do kolejnych piosenek, ale można było odnieść wrażenie, że królowa jest gościem na własnej scenie i we własnym przedstawieniu) i powróciła w bardzo słabym "Turn Up The Radio", który zagrała na gitarze (lornetka nie pomogła mi dostrzec kabla podłączonego do instrumentu - może ktoś z Golden Circle da znać, czy Madonna faktycznie grała), a następnie wraz z zespołem Kalakan (który przedstawiła publiczności, szkoda tylko, że zlewające się w jedno dudnienie słowa nie pozwoliły zrozumieć, skąd dokładnie są i jak ich odkryła) wykonała ciekawą wersję "Open Your Heart" oraz nagrodzoną Złotym Globem "Masterpiece", piosenkę promującą jej film "W.E.". Co ciekawe, ten trzeci akt rozpoczął mix piosenek i teledysków królowej, co natychmiast przywołało bardzo podobny zabieg z czasów "Confessions Tour", będący wówczas wstępem do "Music".

Czwarta część koncertu zaczęła się zmysłowym klipem prezentowanym na ekranach, w którym to Madonna seksownie pręży się, fantazjuje i kusi widzów śpiewając do remiksu "Justify My Love", wszystko w ciekawej stylistyce i kolorystyce sepii. Wiadomo, że takie klimaty są dla Madonny dniem powszednim, można się jednak zastanawiać, gdzie jest granica między znakiem rozpoznawczym a powtarzalnością. Czy pewnie rzeczy mogą się przejeść, czy zawsze będą wzbudzać entuzjazm jako element, na który wszyscy czekają? Wiek Madonny nie ma tu żadnego znaczenia, bowiem ciała, kondycji i figury mogą jej zazdrościć całe zastępy dwudziestolatek, pytanie tylko, czy takie zabiegi (których nie było podczas "Sticky and Sweet") nie służą odwróceniu uwagi od słabych kompozycji promowanego albumu.

Ekrany się rozsunęły i ukazała się królowa w gorsecie ze stożkowym stanikiem - oto zaczyna się "Vogue". Klasyczna aranżacja, nieśmiertelna choreografia i nawiązanie charakterystycznym strojem do lat dziewięćdziesiątych było strzałem w dziesiątkę. W tym momencie rozpoczęła się zdecydowanie dla mnie najciekawsza część spektaklu. Madonna przypomniała wszystkim, że to ona wyznacza trendy, to ona jest ikoną i to jej twórczość jest klasyką gatunku pop. Przepyszne! Po "Vogue" nastąpiła znakomita wersja "Candy Shop" z elementami "Erotiki", a następnie świetne "Human Nature" (znów w klasycznej aranżacji), podczas którego Madonna po kolei zrzucała poszczególne części swojej garderoby, zostając na koniec w spodniach i biustonoszu i... masakrując swój absolutny klasyk "Like a Virgin". Dla mnie to była tragedia. Będąca przeciętną wokalistką Madonna obnażyła swoje braki koszmarnie. Nowe tempo utworu miało chyba zrobić z niego coś na miarę ballady w stylu Marleny Dietrich, ale, umówmy się, z tekstem "you're so fine and you're mine" taka próba po prostu musi źle się skończyć. Czytałam mnóstwo opinii fanów w Internecie, zachwyconych nową aranżacją, mówiących o emocjach Madonny, które ponoć niezwykle się ujawniały właśnie w tym momencie, podczas tego utworu, ale ja tego po prostu nie kupuję. Było marnie, słabo, nudno, przekombinowana sprawa bez dwóch zdań. Męczące. Nijakie. Niepotrzebne.

W tym momencie nastąpił początek piątej i ostatniej części koncertu. Na ekranach pojawiła się Madonna śpiewająca "Nobody Knows Me". To ten moment przedstawienia, który wywołał skandal we Francji kiedy to na moment ukazała się na ekranie twarz Marine Le Pen ze swastyką na czole. Utwór jest manifestem, sprzeciwem wobec agresji i nietolerancji, nawiązuje do głośnych, dramatycznych wydarzeń zarówno tych z ostatnich lat jak i tych najświeższych (m.in. Madonna w bluzie z kapturem na głowie pyta widzów "Do I look suspicious?", co jest oczywistym odniesieniem do tragedii, która wydarzyła się na Florydzie kilka miesięcy temu). Tuż po projekcji na scenę wróciła Madonna śpiewając "I'm Addicted" i "I'm A Sinner" z nowego albumu, po czym sięgnęła po swój olbrzymi przebój "Like A Prayer" odśpiewany w oryginalnej aranżacji wraz z chórem i publicznością. Na zakończenie wieczoru królowa jeszcze raz zaprosiła wszystkich do tańca i zwieńczeniem wieczoru okazało się być przebojowe "Celebration" z wplecionymi fragmentami "Girl Gone Wild". Wściekle kolorowe wizualizacje na ekranach widowiskowo zakończyły drugi koncert Madonny nad Wisłą. Madonna błyskawicznie się pożegnała i zniknęła ze sceny.

Cieszę się, że widziałam "MDNA". Daję widowisku sześć punktów na dziesięć. Do najsłabszych punktów wieczoru zdecydowanie zaliczam: duże opóźnienie koncertu, fatalne nagłośnienie, pierwszy akt będący ideologicznym miszmaszem i okropne wykonanie "Like a Virgin". Uważam też, że nic by się Madonnie nie stało, gdyby miała lepszy kontakt z publicznością (miło, że wspomniała pierwszy koncert i białe serca na urodziny). Duża ilość klasycznych utworów, bardzo dynamiczne tempo show, robiąca ogromne wrażenie oprawa wizualna to zdecydowanie najlepsze punkty spektaklu. Ale płyty "MDNA" nie zamierzam jednak kupować.

Joanna Bogusławska

dodajdo

Komentarze

krzys77

10:21, 06-08-2012 | zgłoś

Potwierdzam, o ile sam koncert całkiem całkiem, to nagłośnienie było poniżej wszelkiej krytyki, niewiem czy to technicy Madonny czy nasi wybitni specjaliści dokonali tego "dzieła". Powinni zrobić odsłuchy przed koncertem, w końcu zato im płacą, Panowie głośniej nie znaczy lepiej :) Natomiast organizatorzy powinni wiedzieć skoro zajmuja się od dawna koncertami, że betonowy station jest złym wyborem dla koncertów.

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Koncerty

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.