Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Off Festival - Katowice - 2-4.08.2013

20 Sierpnia 2013

Witający wszystkich napis "OFF is ON". Żar lejący się z nieba. Ludzie ekstatycznie reagujący na muzykę: tańczący w jej rytm, pogujący, w nostalgicznych momentach leżący zaś na trawie i patrzący w gwiazdy lub... śpiący na ziemi po intensywnym koncertowym dniu. Artyści dający z siebie wszystko w tej słonecznej aurze. Wąż strażacki robiący za wielki prysznic. Kolejki do toi-toiów, po jedzenie, po piwo i przede wszystkim po wodę, której każda kropla była w tym upale na wagę złota. Setki bardzo różnych, pochodzących z wielu krajów, ludzi: młodszych i starszych, metalowców i hipsterów, wyglądających "alternatywnie" lub całkowicie "zwyczajnie" - wszyscy oni stworzyli przez te kilka dni jedną wielką rodzinę, niezależnie od tego, jak wiele dzieli ich na co dzień, i sprawili, że atmosfera była niesamowita. Tak właśnie zapamiętam Off Festival 2013. Off to jednak przede wszystkim muzyka. Ku mojej olbrzymiej frustracji nie opanowałem niestety zdolności bilokacji, więc napiszę o koncertach, które udało mi się zobaczyć.


Muzyczną inauguracją Offa był dla mnie koncert zespołu 1926. Pochodzący z Trójmiasta band, grający mieszankę post, noise i space rocka oraz shoegaze'u, miał silną konkurencję, bowiem w tym samym czasie na jednej z czterech scen występowała Stara Rzeka, której najnowszy album jest uważany za jedno z muzycznych odkryć roku. Bardzo się jednak cieszę z dokonanego wyboru, bo koncert, choć krótki, był naprawdę dobry. Momentami było melancholijnie, momentami z rockowym pazurem - tak jak powinien brzmieć post-rock. Magnificent Muttle zaprezentowali na Scenie Trójki kawał porządnego, garażowego grania. Słowem bardzo energetyczny występ polskich muzyków, którzy mimo młodego wieku, osiągnęli już europejski poziom. Hokei - dźwiękowe eksperymenty w post i space rockowej stylistyce, na których trochę się zawiodłem. Kompozycje były chwilami bezbarwne, nijakie, zwyczajnie nudne. Sytuację ratowali dwaj perkusiści, którzy dodawali muzyce impetu, napędzali tę poruszającą się chwilami z mozołem lokomotywę. Uncle Acid & The Deadbeats - grupa, która brzmi jak przeniesieni dzięki wehikułowi czasu protoplaści ciężkiego rocka z początku lat 70. - sporo "tłustych" gitarowych riffów a'la Tony Iommi + rasowy wokal Wujka Kwasa - "retro rock" z wykopem w największym słońcu. Dope Body - noise rockowa ekipa z Baltimore z hardcorowym zacięciem i wijącym się niczym wąż wokalistą, która niemal rozniosła Scenę Eksperymentalną. Po 15 minutach pogo musiałem się wycofać w głąb namiotu, by złapać oddech. Odjazd!

Trudno powiedzieć mi wiele o koncercie Cloud Nothings, ponieważ regenerowałem wówczas siły po poprzednim występie. Charakterystyczny, fajny, rozkrzyczany wokal i po raz kolejny klimaty mocno gitarowe - mieszanka post-hardcore, indie rocka i noise'u. Taka estetyka królowała zresztą pierwszego dnia - następnym zespołem, jaki widziałem na scenie, była bowiem legendarna formacja Girls Against Boys. Kolejna rockowa petarda została odpalona, dwóch basistów wzmocniło tylko ten efekt. Ponownie dużo decybeli i pozytywnej energii. Zbigniew Wodecki z Mitch & Mitch. Dla wielu było to zapewne objawienie pierwszego dnia, a być może całego Offa. Artysta, którego większość z nas kojarzy zapewne z piosenki z "Pszczółki Mai", wspierany przez zespół i chórki, przedstawił po niemal 40 latach materiał z debiutanckiej płyty. Licznie zgromadzona publiczność była zachwycona, kompozycje brzmiały bardzo melodyjnie i świeżo. Wodecki porwał tłumy, który klaskały, śpiewały chwytliwe refreny i skandowały imię muzyka, który pojawił się ponownie po zejściu ze sceny, bisując ku uciesze widowni. Koncert The Pop Group był wielką zagadką. Band nagrał pod koniec lat 70. jeden z kamieni milowych post-punku, płytę "Y" i... zniknął na 30 lat. Doceniam ciekawe, pełne eksperymentów, eklektyczne brzmienie zespołu oraz wirtuozerię basisty bandu, jednak występ, choć dobry, nie przekonał mnie, że jest to ta sama liga co Talking Heads, Wire czy Gang of Four. "She is beyond good and evil" jest jednak świetnym post-punkowym hymnem, na żywo też brzmiał on dobrze.

The Smashing Pumpkins byli gwiazdą wieczoru. Dynie to jeden z najpopularniejszych alternatywnych zespołów lat 90. Chociaż określenie zespół jest dość ryzykowne - często bowiem band miał charakter solowego projektu wokalisty Billy'ego Corgana. Kontrowersyjny lider jest zresztą jedynym stałym członkiem grupy. Smashing Pumpkins czasy świetności mają już za sobą, lecz fani tłumnie przybyli, by usłyszeć przynajmniej kilka wielkich hitów ze złotej ery, która przypadała na pierwszą połowę lat 90. Po koncercie zdania były podzielone - część była zachwycona, inni bardzo rozczarowani. Według mnie był to udany koncert - wypadł lepiej niż poprawnie, okazało się, że "zmiennicy" nie ustępują członkom oryginalnego składu. Było dużo popisów instrumentalnych (gitarzysta nawiązywał do "Eruption" Eddiego Van Halena), męska część publiki mogła zaś podziwiać urodziwą basistkę (czwartą już w historii zespołu!), która, trzeba przyznać, na basie wymiatała całkiem nieźle. Charakterystyczny, nosowy wokal Corgana nie irytował nawet tak bardzo, a przebojów, co ważne, nie zabrakło. Niektórzy wietrzyli katastrofę, nic takiego na szczęście nie miało miejsca.

Trupa Trupa na początek drugiego dnia. Poprawny występ... i nic poza tym, oprócz nazwy nie utkwili mi niczym szczególnym w pamięci, mówiąc szczerze. Ot, takie sobie alternatywne granie. Nathalie And The Loners - bardzo nastrojowy koncert, niecodzienne wstawki liderki zespołu między utworami ("Wy też ćwiczycie z Ewą Chodakowską?") i dużo muzycznej wrażliwości, co stanowiło kontrast do tego, co działo się kilka minut później. Muzycznie znaleźliśmy się bowiem w innej galaktyce - na Scenie Eksperymentalnej pojawił się black metalowy zespół Furia. Dla wielu widzów był to zapewne pierwszy koncert tego rodzaju w życiu, fani ciężkiego grania mieli zaś okazję posłuchać czegoś naprawdę ekstremalnego - w namiocie koncertowym zjawiły się zatem tłumy. Osobiście mam mieszane uczucia - spodziewałem się większego "zniszczenia", corpse paint zamiast grozy budził zaś mój tłumiony śmiech. Fani gatunku byli jednak zachwyceni. Power trio Metz wpasowało się w nurt gitarowej alternatywy, która królowała w piątek. Scena mBanku, na której wystąpił band, była najbardziej wystawiona na działanie promieni słonecznych, więc po kilku minutach koszule muzyków przyklejały się do ich ciał, a instrumenty w piekielnym żarze nie chciały stroić. Kanadyjski zespół sprawił, że temperatura, która wynosiła pewnie czterdzieści kilka stopni podskoczyła jeszcze o kilka kresek.

Merchandise reprezentował podobny styl grania. Mieliśmy zatem do czynienia z pełną pasji grą na perkusji i gitarowym odjazdem (zwłaszcza w wykonaniu szalejącego po Scenie Leśnej, Davida Vassalottiego), wysiłki muzyków były jedynie trochę bardziej ukierunkowane na "zabawę" z dźwiękiem i eksperymenty z efektami. Świetny występ! The Paradise Bangkok Molam International Band - enigmatyczna grupa z Tajlandii, która w ostatniej chwili zastąpiła siostrę Beyonce, Solange. Za artystką nikt jednak w Katowicach po tym koncercie nie tęsknił. Tajowie byli bowiem sensacją na miarę Wodeckiego. Skoczne, funkowe kompozycje urzekły tłumy i porwały wszystkich do tańca. Genialna sekcja rytmiczna wraz z orientalnym brzmieniem dziwnie wylądających intrumentów stworzyły mieszankę wybuchową. Ogień prosto z Bangkoku!

O różnorodności muzycznej festiwalu niech świadczy to, że kilka minut później ponownie znaleźliśmy się na drugim krańcu muzycznego świata. Brutal Truth to bowiem legenda grindu, fani ekstremalnych wrażeń byli więc wniebowzięci. Totalna młócka na perce, drążące dziurę w czaszce gitarowe riffy i linie basowe oraz nieludzki growl Kevina Sharpa, który w jednej z piosenek krzyczał, że zabił swoją rodzinę, śmiejąc się przy tym jak psychopata. Brutalna prawda jest taka, że mieliśmy do czynienia z muzycznym armagedonem. Bohren Und Der Club Of Gore - znowu znaleźliśmy się na huśtawce nastrojów: po grindcorowej pożodze zespół wprawił widzów w hipnotyczny, pełen zadumy trans. Muzyka była mroczna, przytłaczająca. Niesamowitą atmosferę, tak gęstą, że można by ją kroić nożem, potęgowała jeszcze gra świateł, a na dobrą sprawę ich brak. Członkowie zespołu stali bowiem spowici w mroku, który rozświetlało tylko kilka wąskich snopów kolorowego światła. Pojedyncza wiązka padała od góry na każdego z muzyków.

Niemcy skutecznie rozbudzili apetyty przed występem gwiazdy wieczoru, zespołu Godspeed You! Black Emperor. Post-rockowi bogowie są znani ze swych niezwykle klimatycznych, wysmakowanych występów, które mają bardziej charakter doświadczenia estetyczno-duchowego niż koncertu rockowego. Kompozycje, nawiązujące do muzyki klasycznej, wykonywane w niecodziennie spotykanym dziewięcioosobowym składzie, wzbogacają ukazane na telebimach slajdy, dopełniające synestetycznie muzyczne doznania. Powiem szczerze, że po koncercie byłem bardzo rozczarowany, ponieważ to, co usłyszałem nie powaliło mnie, zabrakło też utworów z wcześniejszych płyt. Wyjątkiem był utwór "Moya", który wypadł genialnie, to trzeba przyznać. Przeanalizowałem "na chłodno" występ i stwierdzam, że był on udany, choć nie jestem fanem kierunku, w jakim zmierza zespół - odejścia w stronę bardziej drone'ową niż post-rockową. Mankamentem było też chwilami nagłośnienie, zwłaszcza na samym początku. Niemniej, czekam z niecierpliwością na kolejny występ Kanadyjczyków, może zagrają wówczas coś z "Lift Yr Skinny Fits...".

Po tylu pełnych wrażeń występach na koncercie Zeni Geva dopadło mnie znużenie, lecz Japończy skutecznie nie pozwalali zapaść w błogi sen, serwując potężny łomot. Ryki wokalisty, miażdżące gitarowe i arytmiczna perkusja - trzej przedstawiciele szeroko pojętego ekstremalnego metalu - tego było już za dużo, więc w połowie występu zdecydowałem, że dobrze byłoby się choć trochę wyspać przed ostatnim dniem festiwalu. Żałuję tylko, że nie dotrwałem do koncertu Circle.

Peter J. Birch & The River Boat Band - nazwa zespołu wskazywałaby, że przed nami wystąpi jakiś indie rockowy zespół z USA. Nic bardziej mylnego, zespół mieści się w zasadzie w szeroko pojętej definicji rockowej alternatywy, ekipa pochodzi jednak z naszego kraju. Wracając do koncertu: bardzo fajny występ, był cover Fugazi ("Wy będziecie wiedzieć, co to za zespół!") były klimaty folkowe, a nawet country! Po koncercie Ampacity wiedziałem, że niedziela będzie dniem pamiętnym. Chłopaki z Trójmiasta, które było na festiwalu godnie reprezentowane, pokazali, że można w Polsce grać muzykę na światowym poziomie. Co więcej, nie jest to jakieś pseudoartystyczne granie dla nielicznych, lecz najprawdziwszy rock z wygarem, czysta energia i moc kryjąca się za tymi ciężkimi riffami, potężnym bębnieniem i kosmicznymi klawiszami. Jeden z lepszych występów na Offie! Na występ Rebeki wybrałem się z ciekawości. Electropop to nie do końca moje klimaty, lecz ciało czasem kołysało się do rytmu, więc nie było źle. Miłośnicy popowych, tanecznych rytmów mieli radochę. Très.B okazali się bardzo pozytywnym zaskoczeniem dnia. Młodzi muzycy pokazali fajne, alternatywne granie z pasją i lekkością. Wszystko brzmiało jak należy, a Misia Furtak była urocza, wrażenie robił też jej odjechany bas w kształcie motyla.

Członkowie Japandroids zachowywali się jakby mieli adhd - gitarzysta i wokalista zarazem miotał się po scenie jak szalony, perkusista grzmocił zaś w gary, ekspresyjnie podskakując przy tym na swoim stołku, z taką siła, że miałem wrażenie, że uszkodzi swój zestaw perkusjny. Bardzo energetyczny występ, lecz brakowało różnorodności, każda piosenka brzmiała niemal tak samo. Fucked Up okazali się jak dla mnie chyba największym rozczarowaniem Offa. Wszyscy zachwalali szajbusów z Toronto, więc spodziewałem się naprawdę wiele po tym występie. Fakt, zrobili show, lecz muzycznie prezentowali dość mierny poziom. Trudno powiedzieć mi, ile było w tym winy nagłośnienia. Było ono bowiem beznadziejne, wszystko zlewało się w jeden, wielki, nieznośny jazgot. Z drugiej strony było schematycznie i przeciętnie do bólu, miałem wrażenie, że ważniejsze są wygłupy lidera zespołu niż to, co dzieje się na scenie. Jedno trzeba przyznać - nazwę wybrali bardzo adekwatną. Thee Oh Sees dali bezsprzecznie genialny koncert. Temperatura zaczęła spadać i zrobiło się już chłodno, lecz w namiocie, w którym wystąpił zespół, było gorąco i parno jak w saunie. Uczestnicy spoceni, zmęczeni i szczęśliwi. Amerykanie sprawili, że wszyscy podskakiwali w rytm muzyki. Podobno drewniana podłoga nie wytrzymała w kilku miejscach tego szaleństwa.

Kilka chwil na złapanie oddechu i dokonanie wyboru - pójść na Deerhuntera czy Fire? Wybrałem pierwszą opcję i nie żałuję, choć koncert ekipy ze Szwecji był podobno niesamowity. Zespół z Atlanty pokazał typowe dla siebie połączenie gitarowego indie rocka z nutą psychodelii. Do tego intrygujące wstawki Bradforda Coxa, który opowiadał o tym, dlaczego lubi Polskę i czym różnimy się od Rosjan (i nie chodziło akurat o ilość wypitej wódki, jaka przypada na mieszkańca).

Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekałem na występ Goat, których debiutancki krążek "World Music" był jednym z najgłośniejszych debiutów ubiegłego roku, lecz to, czego byłem świadkiem przerosło moje najśmielsze oczekiwania! Szwedzi pochodzący z okolic koła podbiegunowego dali chyba najlepszy koncert, jaki widziałem w życiu. W każdym razie był to moim zdaniem koncert tegorocznej edycji Offa. Przebrani w dziwaczne stroje i noszący maski na twarzy artyści porwali wszystkich swoją muzyką, która jest jedynym w swoim rodzaju połączeniem psychodelii przełomu lat 60. i 70. oraz afrobeatu. Niemożliwe było nie ulec funkowej sile polirytmii! Czułem się jak w jakimś amoku, być może zadziałały na mnie czary voodoo rzucane przez tańczące wokalistki, których głosy świetnie brzmiały na żywo. Równie dobrze wypadła sekcja rytmiczna i seksownie brzmiące wah-wahowe gitary. Wszystko było idealne, nawet nagłośnienie, do którego można było się na kilku koncertach przyczepić - na występie Skandynawów stałem pod samą sceną, ale nie było za głośno, każdy instrument słyszałem doskonale, zaś dźwięk brzmiał czysto. Co więcej chmury, które zawisły nad Doliną Trzech Stawów, zostały przegnane przez magiczne obrzędy. Energię występu mógłbym porównać do erupcji wulkanu, a nawet startującej rakiety kosmicznej: to była moc, to była noc! A przed nami był jeszcze występ.

Po takim show My Bloody Valentine mogli nawet dać najgorszy koncert w karierze, a i tak wyjeżdżałbym z Katowic z uśmiechem na twarzy. Tak się na szczęście nie stało. Bałem się najbardziej jak będzie z nagłośnieniem, lecz nie było tragicznie, co zdarzało się już na koncertach MBV. Co prawda wokalu praktycznie nie było słychać (a to strata olbrzymia - eteryczny, bardzo sensualny zarazem śpiew Billindy to wielki atut zespołu), a bas ustawiono za głośno, całość brzmiała jednak całkiem nieźle, a momentami naprawdę dobrze. Nie było nawet tak głośno, nie licząc końcówki "You Made Me Realise", która w prasie zagranicznej bywa określana jako "holocaust section". Shoegazowe opary dźwięku świetnie uzupełniły przedstawione na telebimach barwne projekcje. Warto było czekać tyle lat, by usłyszeć na żywo "Soon", "Honey Power" czy świetne "Only Tomorrow" z najnowszej płyty. Marzenie setek uczestników festiwalu spełniło się, koncert był godny prekursora tego niedocenianego gatunku!

Występ Veronica Falls kontynuował dream popową atmosferę z poprzedniego koncertu. W moim przypadku w dosłownym znaczeniu - oczy zamykały się już bowiem bezwiednie, dryfowałem ponownie na granicy jawy i snu. Dźwięki dobiegające ze Sceny Eskperymentalnej były doskonałym soundtrackiem dla tych zmagań. Bardzo przyjemne twee popowe zwieńczenie festiwalu.

Do zobaczenia za rok!

Michał Pawelec

dodajdo

Komentarze

bp

13:02, 24-09-2013 | zgłoś

Właśnie "wpadłem" na tą relacje, czytam i czytam i stwierdzam, że odwiedzaliśmy praktycznie te same miejsca. Ja może trochę mniej pamiętam, bo .... Całość fajnie napisana. Widać że gościu masz trochę wiedzy muzycznej. Może nie ze wszystkim co napisałeś się zgadzam ale ogólnie jest OK. "Wuju"

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Koncerty

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.