Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Urbanator Days - Łódź - 24.09.2013

29 Września 2013

Jest takie określenie o bardzo szerokim znaczeniu środowiskowym w kulturze amerykańskiej. Chodzi o przymiotnik cheesy. I bynajmniej, jak by można prostolinijnie wywnioskować, nie odnosi się to w żadnym stopniu do sera. Cytując Urban Dictionary: "This is an important word and nobody has it right yet. What it means is: Trying too hard, unsubtle, and inauthentic.". Pierwsza część definicji dobrze oddaje wieloznaczeniowość tego przymiotnika... Jest to też pojęcie, które dla mnie poniekąd dotyka sedna "amerykańskiego stylu życia" - za dużo, za bardzo, do granic możliwości i wytrzymałości; jak białe uśmiechy w reklamach past do zębów. I to określenie bardzo dobrze pasuje do koncertu wieńczącego Urbanator Days 2013. Podkreślam, że nie jest to jedynie pejoratywna asocjacja !

fot. Mateuz Biegaj
fot. Mateuz Biegaj

Klub Wytwórnia w Łodzi sam w sobie nie jest cheesy. To bardzo dobre, popularne miejsce do organizowania większych koncertów i eventów. Cheesy nie byli też ludzie, którzy przyszli na wydarzenie wieczoru; grupa zróżnicowanych wiekowo osób zainteresowanych nieco ambitniejszą muzyką lub/i chcących poobcować z legendą światowej muzyki, jaką zdecydowanie jest nasz sztandarowy towar eksportowy, Michał Urbaniak. "Serowość" zaczęła dyskretnie opanowywać wieczór, kiedy na scenie tuż przed rozpoczęciem koncertu pojawiła się zapowiadająca spikerka, która dramatycznie intonowanym głosem zapowiedziała, że sam koncert poprzedzony będzie nadaniem Urbaniakowi tytułu honorowego obywatela miasta. W związku z czym na scenie zagościła rada miasta, Pani prezydent i kilku pomniejszych dygnitarzy, którzy z namaszczeniem opowiadali, że Łódź to Urbaniak i vice versa, że jaki on wspaniały, że sława, że skromny, że oh i ah; peany i słowne fajerwerki. Sam odznaczany bardzo rozsądnie podszedł do tematu, zgrabnie dziękując i kryjąc zakłopotanie malujące się dyskretnie na jego twarzy, gdy już nie miał rąk, by odebrać kolejny bukiet, medal, akwafortę i złoty zegarek za 25 lat pracy bez dnia urlopu... To bardzo miłe, że Łódź pamięta o Urbaniaku i daje tego wyrazy, jednak sama scena odznaczania wypadła dość sztucznie, nachalnie, nieadekwatnie do sytuacji... Słowem, cheesy. Na szczęście zaraz potem Urbaniak ze swoim zespołem pozwolili publiczności skupić się na głównym walorze tego wieczora, czyli muzyce.

Ambasador Łodzi i Polski w jazzowym, wielkim świecie wprowadził przy szczerych owacjach publiczności imiennie na scenę swoich muzyków towarzyszących. Byli to: Frank Parker (bębny), Otto Williams (bas), Femi Temowo (gitara), Xantoe Blackq (klawisze) i Michael Patches Stewart (trąbka) - wszyscy czarni. Bez zbędnych ceregieli band swobodnie rozpoczął pierwszy numer. Jak można się było spodziewać po składzie instrumentalnym, samych muzykach i wreszcie nagraniach studyjnych Urbaniaka, słuchacze i widzowie zostali przywitani konkretnym, dosadnym groovem o ewidentnie hip hopowej proweniencji, ale z oczywistym, fusionowym zadziorem i flow. Otwierający numer zabrzmiał bardzo Marcusowo (typu Tutu), bardzo swobodnie i oldschoolowo (lata 80., 90., w stronę nawet Wu Tang Clanu, The Roots czy Erykah Badu Live) i oczywiście bardzo bujająco. Od razu też dał się wyczuć swobodny, niekłamany dystans muzyków do wykonywanej sztuki. Nikt tam nie silił się na wysublimowane miny i pozy, nie udawał, że balansuje na cienkiej granicy awangardy i geniuszu, tylko dobrze się bawił prostym, ale nie prostackim groove i flow, tworzoną energią i tanecznym przekazem. Ten aspekt całego koncertu nadal jest elementem wyróżniającym zaoceanicznych muzyków od naszych rodzimych. Nie jest to bynajmniej zarzut, niemniej wykonawcy z USA zazwyczaj epatują taką niekłamaną swobodą gry i zachowania na scenie, której nam, zakorzenionym w zupełnie innej kulturze, brakuje.

Oprócz zaś luzu, który sytuował właściwie całe wydarzenie bliżej jam session niż biletowanego koncertu światowej sławy jazzmanów, nie można było nie zwrócić uwagi na umiejętność muzyków do słuchania się na scenie. Ten rodzaj muzyki, taki free form fusion w stylu starego Hancocka, Mahavishnu czy nawet protoplasty gatunku, Milesa Davisa albo późniejszego, nie mniej genialnego Prince'a wymaga od muzyków pełnego zaangażowania i koncentracji, żeby wykonywany utwór nie stał się najzwyczajniej w świecie nudny. Bo bazowanie na jednym czy dwóch akordach, z prostą podstawą rytmiczną bardzo łatwo doprowadzić do martwego punktu albo zajechać na śmierć nieprzemyślaną solówką na pentatonice. Ogromny atut zespołu Urbaniaka polegał na tym, że muzycy cały czas słuchali siebie nawzajem. Przejawiało się to doskonałym wspólnym timem i feelingiem (nie w sensie stricte matematycznym, ale bardziej organicznym, jednostajnym flow). Sekcja doskonale podbudowywała dynamiką i zagęszczeniem faktury solówki, które wybrani instrumentaliści budowali zgrabnie, z przesłaniem i ogromnym przekazem energetycznym. Dzięki temu słuchacze i widzowie mogli w pełni oddać się tej amerykańskiej radości muzycznej i obcować z wykonawstwem na najwyższym poziomie.

Otwierający koncert numer był także swoistą prezentacją muzyków. Każdy (prócz basisty) zagrał swoją solówkę. Urbaniak nadal jest w dobrej formie, buduje rozwinięte technicznie frazy w oparciu o jazzowe kanony, ale nie gardzi także prostymi, momentami infantylnymi melodyjkami. Trębacz z Nowego Orleanu nie powalił oryginalnością, jest natomiast bardzo sprawnym muzykiem o szerokim spektrum brzmieniowym i dużej dozie fantazji budowania struktur, momentami przywodzącymi na myśl takich mistrzów jak Gillespie (szybkie przebiegi w wysokich rejestrach) czy Clifford Brown (nieskazitelna intonacja i rozwinięta technika szybkich pasaży). Gitarzysta razem z pianistą ewidentnie uosabiali prostsze, bluesowe w podstawie podejście do muzyki, chociaż każdy z nich ponad pentatoniką i chromatyką dysponował bardzo szerokim wachlarzem sztuczek alteracyjnych i stricte jazzowych linii pasażowych. Cienie Scofielda lub Hancocka czy Wondera jak najbardziej widoczne.

Natomiast sekcja rytmiczna, prócz doskonałej podstawy rytmiczno-harmonicznej i umiejętności nienatarczywego uszlachetniania brzmienia całego bandu rozbudowanymi pasażami i przejściami, to także dwójka dobrych solistów. Bębniarz w swoich solówkach, może nieco chaotycznych, prezentował różne przebiegi rytmiczne, zmiany tempa i mocno eksponowane zagrywki na werblu, momentami zahaczając o style drum'n'bass czy zagęszczone, rockowo dosadne podziały. Basista zaś grając swoje solówki nigdy nie gubił groovu, który widoczny i słyszalny był zarówna w tworzonych w górnych rejestrach gęstych pasażach (Jaco Pastorius), pentatonicznych przebiegach kciukiem w stylu Wootena czy wreszcie niskich akordach, kładzionych niczym Anthony Jackson. Tak więc cały band, zarówno jako jedność, jak i każdy z osobna muzyk, prezentował doskonały poziom zgrania, intuicji i jakości muzycznej.

Uatrakcyjnieniem tego koncerto-jam session było pojawienie się muzycznych gości. Po wysłuchaniu kilku numerów w różnej stylistyce (pojawiło się free jazzowe intro do ultraszybkiej wersji Kattorny Krzysztofa Komedy czy dubowa wersja numeru Polak) na zaproszenie Urbaniaka do zespołu dołączył uczestnik warsztatów, które odbywały się dzień wcześniej, grający na akordeonie Zbyszek Chojnacki. "Paris Groove", łagodny numer ze swingową częścią B został uatrakcyjniony przez Urbanatora west-coast-jazzową solówką na barytonie w klimacie Gerry Mulligana. Zaproszony gość zaprezentował bardzo dojrzałe podejście do swojej improwizacji, świetne frazowanie, pomysłowe, chociaż powtarzalne przebiegi i nienaganną technikę, za co zgarnął nie tylko brawa publiczności, ale i uznanie muzyków na scenie. Kolejnym, już zdecydowanie bardziej znanym muzykiem, który uczestniczył w występie na zaproszenie, był raper O.S.T.R. Jako znany łodzianin o bardzo wszechstronnym podejściu do muzyki, a także doskonałym flow i umiejętności freestylowania bardzo dobrze wpisał się w klimat przedsięwzięcia. Jego frazy jak np. "...to jest wzmacniacz, Urbaniak, OSTR, improwizacja" czy w znanym standardzie jamowym Chameleon, odegranym już praktycznie na bis "to ja kameleon, kiedy widzisz majka, w moich oczach znaczy przełom" miały w sobie zawarty konkretny, niebanalny przekaz. Ostry doskonale sprawdził się także w roli "wodzireja", zapraszając publiczność do klaskania i powtarzania skręcających język fraz jak "jolalojalnalojalnajola" czy "niemaniemenaniemanoniema", ale także opowiadając historie o Łodzi, szacunku dla Urbaniaka, podejściu do muzyki czy rodzinie (co nawet wplótł w swój freestyle "jeśli nie wiesz, jak to robimy, Ostry, Urbaniak, płodzimy tylko syny"). Bardzo wyraźna była swoboda jego zachowania na scenie i łatwość, z jaką odnalazł się w takiej stylistyce muzycznej, nie tak znowu dalekiej od hip hopu.

Finalną zaś niespodzianką było wyjątkowe wykonanie utworu "Bad Times", zapowiedziane przez naszego rodaka "prosimy na scenę nasz wczorajszy zespół". Tym zespołem okazała się około 20osobowa grupa uczestników warsztatów, prowadzonych dzień wcześniej. Uroczy organizacyjny chaos, jaki towarzyszył logistycznym zmaganiom z wejściem na scenę, podpięciem się pod wzmacniacze czy ostatecznym ustaleniem kto i ile gra solówki, stanowił atrakcję samą w sobie i był doskonałym przykładem na zaangażowanie w przedsięwzięcie zarówno uczestników, jak i wykładowców (członków zespołu). O dziwo (tu ogromne brawa dla akustyków !) całość tego niecodziennego big bandu brzmiała bardzo spójnie i selektywnie, a do tego z niezłą dynamiką. Jeszcze większe brawa należą się zespołowi Urbaniaka, a szczególnie gitarzyście i basiście, którzy mieli całość przedsięwzięcia pod kontrolą i dbali o porządek i zorganizowanie występu. Zaaranżowany i ułożony w dosłownie 3 godziny numer (wielki wyczyn!) zabrzmiał poprawnie i nieco szkolnie, ale było to nieodzowne. Kilku warsztatowiczów zagrało dość spójne i zgrabne solówki, był nawet scat i ragatonowa improwizacja wokalna !

Natomiast grande finale całego przedsięwzięcia to już zupełnie imprezowe podejście do koncertu, kiedy to muzycy odegrali bardzo żywiołowo funkujący przebój czwórki z Liverpoolu "Baby You can drive my Car". Tym razem w rolę wokalisty i "wodzireja" wcielił się klawiszowiec, który okazał się mieć klasycznie funkową (jeśli można użyć takiego określenia...) barwę wokalu, która w połączeniu z manierą śpiewania i wciągania publiczności do uczestniczenia poprzez powtarzanie łatwych partii przywodziła na myśl takich tuzów funku, jak Stevie Wonder czy James Brown. Finał, z Urbaniakiem kładącym niepostrzeżenie akordy na Rhodesie, był więc taneczną ucztą dla publiczności. Warto także wspomnieć o miłym geście, jakim było odśpiewanie przez wszystkich zgromadzonych sto lat dla perkusisty, który akurat tego dnia miał urodziny. Zarówno w polskiej, jak i angielskiej wersji. Zespół zszedł ze sceny przy standing ovation, zostawiając zgromadzonych fanów w wyczekiwaniu na bis, który jednak niestety nie nastąpił. Ale i tak były to prawie 2 godziny bardzo radosnego, luźnego i pozytywnie energetycznego grania z naszą rodzimą gwiazdą światowego jazzu na czele.

Być może pojawi się tutaj pytanie, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na bycie cheesy, tudzież cheesiness opisywanego wydarzenia. Skoro sam koncert był tak dobry, to może chodziło jedynie o tę sytuację ze wstępu? Otóż nie. Koncert, owszem, był bardzo dobry, ale sam klimat i atmosfera panująca podczas występu była jak najbardziej cheesy. Urban dictionary podaje, że jest to wysoce subiektywne określenie. W związku z czym taka jest i moja opinia w tym wypadku. Powodowane jest to kilkoma aspektami. Po pierwsze nie dosłyszałem się niczego nowego w prezentowanej muzyce, wszystko to już właściwie było u Davisa, a sposób budowania solówek, używania skal i patentów był momentami bardzo wtórny. Czyli ujmując prościej - świetne muzyczne przedstawienie na wysokim poziomie, ale z nikłą dozą szczerości i innowacyjności wypowiedzi artystycznej, jakby cały zespół był mocno zmanierowany, ergo odtwórczy. Po drugie zaś cała ta otoczka, począwszy od honorowego obywatelstwa Urbaniaka, przez teksty Ostrego o szacunku, wierze w marzenia i dążenie do nich, o uczestniczeniu w czymś wysublimowanym ("zróbcie wielki hałas dla samych siebie, dla waszych rodzin i przyjaciół") aż do występu uśmiechniętej orkiestry warsztatowej, odegrania covera Beatlesów w iście dyskotekowym, dansingowym wręcz stylu i sto lat dla bębniarza, odbierana była przez mnie jak nieźle wyreżyserowana, ale na kiepskim scenariuszu, średniej klasy amerykańska komedia romantyczna. Albo film familijny z psem i małym chłopcem z przedmieść w rolach głównych... Odczucie kalki setek tego typu wydarzeń, ostentacyjne epatowanie zmanieryzowanym, amerykańskim podejściem o szerokim uśmiechu nie do końca przemówiło do mojej pseudoromantycznej, polskiej duszy. Prawdopodobnie się czepiam i szukam dziury w całym, nie potrafiłem jednak zupełnie szczerze uczestniczyć w tym cheesy spektaklu. Kto jednak miał inne odczucia, ten spokojnie będzie wspominał ten wieczór prawdopodobnie co najmniej do końca tego roku.

mateusz.biegaj

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.