Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Nextpop Festival - Wrocław - 26.06.2014

8 Lipca 2014

Poprzednim razem byłem w Eterze na sztosowym koncercie Jazzombie. Tym razem wybrałem się tam na Nextpop Festival, organizowany przez wytwórnię Nextpop oczywiście. Pomysł był taki, żeby zebrać grupę najciekawszych i najbardziej reprezentatywnych wykonawców ze stajni Nextpopu i dać im zawładnąć sercami i umysłami spragnionej alternatywnych dźwięków publiczności. Udało się.


Impreza odbyła się pod takim szyldem i w takim wymiarze po raz pierwszy, ale wszystko wskazuje na to, że nie po raz ostatni. Po pierwsze, dopisała publiczność, która zgromadziła się bardzo licznie we wrocławskim klubie. I nie była to losowa grupa ciekawskich, ale w pełni świadoma ekipa młodych ludzi poszukujących ciekawej muzyki i doskonale wiedząca, czego może oczekiwać po zgromadzonych wykonawcach. Po drugie zaś, mieliśmy iście kalejdoskopowe zestawienie muzyków reprezentujących różne style i nurty muzyki, głównie jednak osadzonych w szczerej emocjonalności swojej twórczości, pełnych pasji, kładących nacisk na przekaz i oddziaływanie na publiczność poprzez swoje akty sceniczne. Słowem, grupa młodych, zdeterminowanych, szczerych artystów. W klubie spotkały się więc dwie siły (publiczności i wykonawców), które doskonale się dopełniały. Dodajmy do tego rodzinną wręcz atmosferę, pełne afirmacji podejście uczestniczących w imprezie, charakterystykę wnętrza i wreszcie dopełnienie całości napojami uprzyjemniającymi życie i mamy recepturę, która wymieszana w wielkim kotle dała miksturę iście magiczną. Taka odskocznia od rzeczywistości. Wieczór magii.

Oly
Punktualnie imprezę otworzyła Oly. Młodziutka wykonawczyni urzekła publiczność ascetycznym setem przepełnionym nienarzucającą się, dziewczęcą nostalgicznością prostych, ale wyśpiewanych z pasją melodii. Artystka wystąpiła jedynie w duecie z chłopakiem, który towarzyszył jej na akustycznym, małym instrumencie strunowym, sama grając na ukulele. Wyglądało to dość zabawnie, biorąc pod uwagę wielkość sceny i zgromadzonej publiczności, kiedy dwójka młodych ludzi sprawiająca wrażenie zawstydzonych i lekko wycofanych tkała bez pośpiechu swoje urokliwe historie muzyczne. Ciężko ich występ nazwać koncertem w sensie show scenicznego, bo było to coś dużo bardziej intymnego i nastawionego na przekaz. Duet jednostajnie, tworząc skromne pejzaże melodyczne, spokojnie, bez pośpiechu i sennie wprowadził nas w błogostan... Delikatne piękno.

Tomek Makowiecki
Zaraz po nich, na scenie pojawił się, stanowiący do tej pory wielką niewiadomą, gość Nextpop. Okazał się nim być muzyk bardzo rozpoznawalny i z paruletnim już stażem - Tomek Makowiecki. Publiczność wydawała się nieco zdziwiona, wciąż w dużej mierze kojarząc go pewnie z historią udziału w telewizyjnym show muzycznym, niemniej większość słuchała zaciekawiona propozycji Tomka. Artysta ten nieco ponad pół roku temu wydał niespodziewanie dobry album, zakorzeniony w tradycji ejtisowego alternatywnego popu z charakterystycznymi brzmieniami archaicznych dziś syntezatorów, pełen kolaży dźwiękowych i brzmieniowych godnych Tangerine Dream, osadzony jednak bardziej w tradycji cold wave i new romantic. Kilka z tych utworów, z singlowym "Holidays in Rome", Makowiecki zaprezentował w Eterze. Na scenie był sam, niczym współcześnie romantyczna wersja Józefa Skrzeka, królując wśród kilku syntezatorów i efektów podłogowych. Wykonawca posiłkował się nieco sztucznie brzmiącymi podkładami, jednak jego siła głosu w połączeniu z analogowymi syntezatorami zakrywała ciepłym płaszczem szeroko rozpostartych częstotliwości tę sztuczność. Makowiecki zagrał krótki set kilku snujących się ambientalnie utworów opartych w dużej mierze na brzmieniach padowych, dodając szczyptę nieco dynamiczniejszych brzmień leadowych i basowych. Z krainy łagodności Oly (z Narni?) przenieśliśmy się za sprawą Tomka w nieco mniej przystępne rejony; lekko zaciemnione i momentami niepokojące, jakby w zaczarowany las pełen iskrzących się w nim oczu nieznanych istot. Ciekawie, chociaż porównując ten jego występ z wcześniejszym w Warszawie (w Basenie) czułem duże niedostatki. I niedosyt.

Low Roar
Kolejni wykonawcy na scenie to islandzko-amerykański duet Low Roar, z którymi miałem przyjemność zrobić wywiad tuż przed koncertem. Niebanalna historia ich powstania i działalności pozwoliła na wyewoluowanie muzyki pełnej niepokoju, skrytego żalu i defensywnej postawy, okraszonej jednak bogato nieskrępowanie nieoczywistymi melodiami, którymi podzielili się z publicznością. Jedyni wykonawcy zagraniczni zagrali w nieco większym składzie niż ich poprzednicy, wykorzystując instrumenty klawiszowe, loopy, gitary, perkusję i całą masę efektów. Kreowanie przestrzeni dźwiękowej w czwartym wymiarze. Panowie otworzyli przed nami jeszcze jedną, kosmicznie szeroką perspektywę pełną niespodziewanych zwrotów akcji, przeniesień i pozornego chaosu zakorzenionego w mrocznym ambiencie. Jednocześnie całość była nadspodziewanie spójna dzięki emocjonalnemu wokalowi Ryana i skutecznie implementowanych liniach melodycznych o nieoczywistych strukturach. Coś jak Atoms for Peace jeszcze bardziej zakorzenione w elektronice, ale z większą dozą melodyczności. Sennie transowo, niepokojąco wciągająco, epatując dosadnym smutkiem i zagubieniem Low Roar zmusiło zgromadzoną w klubie publiczność do nostalgicznej zadumy. Z magicznego lasu przenieśliśmy się na samotną skałę, o którą rozbijają się spienione fale wzburzonego morza, a my stajemy się jednocześnie samotnym wędrowcem "sportretowanym" przez Caspara Davida Friedricha. A nad nami zimne, gwieździste niebo...

Fismoll
Wreszcie kolejny artysta, z którym miałem okazję rozmawiać tego wieczora - poznański Fismoll, młody muzyk stający się coraz bardziej popularny i rozpoznawalny, a jednocześnie czekający na wyniki matur. Można się pokusić o stwierdzenie, że Fismoll łączy w sobie prostotę i szczerość przekazu Oly, jednocześnie tworząc dużo bardziej zaawansowane struktury harmoniczne i ciekawsze melodie, które ubiera w anglojęzyczne teksty, przez co całość ma w sobie nienachalną i niebanalną, ale sielankowo spokojną głębię, w której można z przyjemnością się zanurzyć i odpłynąć. Wzburzone morze zostawione przez Low Roar uspokaja się, a my dryfujemy bez celu, dla samego dryfowania, w małej łódce popychanej czułym wiatrem, przy świetlistych promieniach słonecznych. Sielanka. Słomka w ustach, kapelusz na głowie i rozmyślamy... W realiach Eteru wyglądało to trochę inaczej. Ale tam też z przyjemnością oddałem się błogiemu nastrojowi ciepłego transu, kładąc się na wykładzinie i słuchając Fismolla ze swoim zespołem... Młody artysta zaprezentował przekrojowo materiał ze swojego debiutanckiego krążka, przy entuzjastycznej reakcji publiczności, wspomagany przez swoją siostrę na wiolonczeli, sekcję rytmiczną (z Robertem Amirianem na basie; właścicielem Nextpop i zarazem ojcem Kari, kolejnej gwiazdy wieczoru) i drugiego gitarzystę. Zagrali arcynastrojowo, kojąco i sennie, a Fismoll czarował pełnym emocji, przejrzystym głosem. Subtelnie i nienachalnie.

Kari
Przedostatnim aktem tego wieczoru była Kari, która, podobnie jak ostatnia Bokka, zmieniła mocno atmosferę w klubie, prezentując show koncertowy z prawdziwego zdarzenia. Mieliśmy więc rozbudowany skład (bębny, bas/synth bas, gitara, synth, wokal + klawisz oraz, jak mi się wydaje, odrobinę loopów), który rozpoczął koncert dynamicznie i konkretnie. Dosadnie brzmiała punktowana stopa, jednostajny bas i synthowe brzmienia. Kari weszła na scenę jako ostatnia, górując nad publicznością i wpatrując się w nas przenikliwie znad klawiatury. Muzyka Kari to trochę połączenie romantycznych, kobiecych melodii wpisanych w nurt współczesnego alternatywnego popu przesyconego elektroniką z nieoczywistymi podziałami i podkładami rytmicznymi o rockowej proweniencji i z dużą dynamiką, co w całości przywodzi na myśl słowiańską wersję Florence and the Machine, niestety z dużo słabszym wokalem, który przy całej sympatyczności Kari był dla mnie najsłabszym punktem jej koncertu. Dobrze wypadło natomiast przedstawienie na żywo studyjnych kompozycji, które w całości zagraniczny zespół przedstawił dynamicznie i spójnie, chociaż momentami miałem wrażenie, że muzycy nie do końca "czują" siebie nawzajem, nie byłem w stanie wyłapać jedności w całym składzie. Doskonale natomiast sprawdziła się Kari w kontakcie z publicznością, co piosenkę zapowiadając kolejny numer, wyrażając radość z uczestnictwa w festiwalu, szacunek dla pozostałych wykonawców i oczywiście dla zgromadzonej publiczności. O jej podejściu do muzyki świadczyć może wypowiedź z gatunku "misyjnych"; o wartościowości podążania własną drogą, kreowania własnego życia etc. Publika reagowała żywiołowo zarówno na wypowiedzi artystki, jak i sam koncert. Kari zaproponowała zupełnie inną, nieco stadionową, alternatywną energię, niż poprzedzające ją składy. Udało jej się rozruszać i rozenergetyzować publiczność i, wydaje mi się, po prostu zebranych rozluźnić. Dryfująca łódka z nami na pokładzie dopłynęła na stały ląd, gdzie na plaży spotkaliśmy znajomych. Siedzimy przy ognisku gadając i śmiejąc się nawzajem do siebie. Nieoczekiwanie, pojawił się potwór...

Bokka
A potwór ten to... Bokka! Niczym Godzilla o hedonistyczno-psychodelicznym nastawieniu muzycy z Bokki wkroczyli na scenę przy oszałamiająco głośnych, w porównaniu do poprzednich wykonań, dźwiękach intra i zniszczyli świat, który tak misternie i niewinnie budowaliśmy sobie przez ostatnie parę godzin. Zaprezentowali nam za to postapokaliptyczne wysypisko pełne cyberpunkowych odpadków społeczeństwa szaleńczo zaangażowanych w jakiś futurystyczny dans makabre XXX wieku, w rytmie przeżartego rdzą upadku człowieczeństwa psychodisco o kosmicznych inklinacjach. A bardziej konkretnie: Bokka to przede wszystkim show. Muzycy paradują na scenie w białych "roboczych" kombinezonach z maskami kojarzącymi się z nurkami podwodnymi lub/i filmami SF z lat 50., a komunikują się z publicznością przez zwroty pisane przez frontmankę i wokalistkę, które następnie wyświetlane są na telebimie. W stylu "Nazywamy się Bokka. Witajcie na naszej planecie". Ta unitarność strojów kojarzyła mi się w jakiś spaczony sposób ze szwedzką Ikeą... Pod kątem muzycznym Bokka to cała gama elektroniki podkreślana gitarą, basem, perkusją i klawiszami (właściwie muzycy wydają się dodatkiem do miażdżących swoją dynamiką loopów) osadzona w stylistyce współczesnego disco i postmuseowych, krzyczących zaśpiewów. Gorsza wersja Sofy czy Oszibarack; cosmo disco z dużą dozą psychodelii, męczące, natarczywe, dość prymitywne i zniechęcające przez to, a dodawszy na siłę budowany wizerunek outsiderów z planety X, wręcz odrzucający. Nie poczułem tego, przykro mi. Być może dlatego, że wszyscy pozostali wykonawcy bazowali przede wszystkim na muzyce, epatując szczerą treścią i przekazem, a Bokka mnie zawiodła, stawiając na wizerunek i tłamsząc publiczność nagromadzeniem decybeli. Jeśli chodzi natomiast o ich oddziaływanie na ludzi w Eterze - mistrzostwo. Staliśmy zahipnotyzowani. Niemniej, jak dla mnie, trafili nie na to miejsce, na nie tym festiwalu. Może też zaszkodziła kwestia nagłośnienia i mixu całości; zagruzowały nas dosadne basy i miażdżące bębenki leady, nie było natomiast prawie w ogóle słychać gitary z masą ciekawych efektów... Studyjnie niestety brzmi Bokka spokojnie parę razy lepiej.

Całość Nextpop Festivalu przedstawiała się właśnie w ten sposób. To bardzo budujące pod kątem rozwoju muzyki w Polsce, że tego typu przedsięwzięcia są organizowane, że artyści tworzą szczerą muzykę z pasji i wreszcie, że są setki, tysiące (głównie młodych) ludzi odbierających tę twórczość. To właśnie oni przyszli do Eteru tego wieczora i mimo późnej pory zakończenia przedstawienia, a w perspektywie niemiłego poranka zwiastującego obowiązek pracy, zdekodowali się zostać do końca. Odbiór poszczególnych zespołów jest oczywiście subiektywny, niemniej to wspaniale, że dzięki Nextpopowi można zapoznać się z tyloma ciekawymi zjawiskami sceny (nie tylko!) polskiej, i że wydarzenie w Eterze zyskało rangę festiwalu. Dodajmy do tego jeszcze dobrą organizację, niezłe nagłośnienie (a pamiętajmy, że nagłośnić tak różnorodnych artystów jest bardzo trudno), sprawne zmiany na scenie, porządnie zaopatrzone stoisko merchendisowe i wreszcie artystów występujących tego wieczora chodzących sobie wśród tłumu i zyskujemy obraz pięknego zjawiska, ba, święta muzyki! Mam nadzieję, że festiwal doczeka się kolejnych, spektakularnych edycji przepełnionych wartościowymi propozycjami muzycznymi. No i ta atmosfera, klimat... Jak powiedział Fismoll: "tu wszyscy jesteśmy jak jedna wielka rodzina". Cieszę się, że mogłem stać się członkiem tej rodziny i mam nadzieję, że będzie ona stale się rozrastać.

mateusz.biegaj

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Koncerty

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.