Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


OFF Festival - Katowice - 1-3.08.2014

27 Sierpnia 2014

W pierwszy weekend sierpnia miałem okazję uczestniczyć jako widz w jednym z najważniejszych przedsięwzięć muzycznych odbywających się w naszym kraju - katowickim OFF Festivalu. Wydarzenie, które co roku przyciąga tysiące fanów muzyki wszelakiej również w tym roku zapowiadało się nad wyraz ciekawie. Wystąpić bowiem miały takie legendarne grupy jak Neutral Milk Hotel, The Jesus And Mary Chain, czy reaktywowane niedawno Slowdive. Ja, jako wyposzczony zwierz koncertowy pełen nadziei oczekiwałem występów zarówno wyżej wymienionych grup, jak i wielu wielu innych.


Ze skrupulatnie opracowaną listą zespołów do obejrzenia ruszyłem do Katowic. Aby nie robić z tego tekstu reportażu pominę wszystkie poza muzyczne kwestie i przyspieszę nieco wskazówkę przesuwając ją na godzinę 15 dnia 1 sierpnia. Wtedy to bowiem rozpoczął się "mój" OFF, a pierwszym zespołem, który widziałem był warszawski Bulbwires. Występy tej grupy, oraz Wild Books - tych, na których wybrałem się chwilę później - można określić jako typowe supporty. Ci pierwsi bardziej stonerowi, drudzy bardziej klasyczni (instrumentarium jak u White Stripes i Black Keys), wydawałoby się więc, że czekają nas raczej ciekawe wydarzenia muzyczne. Niestety, nie pokazali oni nic odkrywczego, wręcz przeciwnie - coś, co słyszałem już setki razy w swoim nie tak długim jeszcze życiu. Trudno jednak oceniać te dwa koncerty źle, wszak nie spodziewałem się po nich niczego wyjątkowego.

Nieco bardziej rozgrzał mnie koncert Lee Bains'a III. Jakkolwiek bardzo nie lubię słowa "typowy", tak tutaj znowu musi się ono pojawić, ponieważ zespół ten to właśnie typowy przedstawiciel rdzennego amerykańskiego hard rocka z Alabamy. Słuchając ich na koncercie i zamykając na chwilę oczy, można było zobaczyć trochę amerykańskości, siano, koszule w kratę, brody, długie włosy i krowę. Ale nie to jest najważniejsze. Ważne, że panowie dali z siebie bardzo dużo i zagrali niezwykle energiczny, rockowy koncert. Prawdziwe trzęsienie ziemi miało jednak dopiero nadejść (taką przynajmniej miałem nadzieję).

Jako że jestem wielkim fanem punka oraz jego bardziej hardcore'owej odmiany, tej, która porwała amerykańską młodzież na początku lat 80. ubiegłego wieku, z ogromnym podnieceniem czekałem na koncert grupy Cerebral Ballzy, której wydany w 2011 roku debiutancki album ma zdolność przenoszenia w czasie do wspomnianych wyżej, pięknych czasów. Koncertem się nie rozczarowałem, ale lekki niedosyt pozostał. Trudno czepiać się w hardcore punku braku umiejętności wokalnych, nie o to przecież chodzi. Takie zarzuty wobec Honora Titusa po tym koncercie słyszałem, ale nie stanowiło to dla mnie problemu. I tak już wielkim osiągnięciem było to, że ustał na własnych nogach cały gig, czego od samego początku nie byłem pewien, ponieważ wyraźnie ciążyła wokaliście trzymana cały czas w dłoni butelka Jaggermeistera, z czasem coraz lżejsza. Problemem było nagłośnienie, które trochę popsuło cały efekt, a pełne dzikiej energii piosenki o nowojorskich dziewczynach i jeździe na desce nie kopały tak bardzo jak powinny były. Gdzieś pod koniec koncertu Titus wygłosił do nas, publiczności prośbę: "Please go out and see The Jesus And Mary Chain tomorrow. Please! Please!". "Dobrze" - pomyślałem. "Zrobię to z przyjemnością".

Pozostając w klimacie punkowym udałem się na krakowską Inkwizycję, ale właściwie nie ma o czym pisać. Bardzo się rozczarowałem. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Zgoła odmienne zdanie mam na temat występu amerykańskiej grupy Black Lips. Jest to nazwa, która już co nieco mówi, a przede wszystkim sporo w muzycznym świecie znaczy. I trzeba im oddać, że zagrali jeden z najlepszych koncertów całego festiwalu. Publiczność szalała przy garażowo-punkowo-rockandrollowych kompozycjach panów z Atlanty, którzy, widać było, też dobrze się bawili. Ja osobiście bardzo się cieszę, że zagrali "Family Tree" i "Katrinę" - moje faworytki jeśli chodzi o ich twórczość.

OFF Festival to prawdziwa huśtawka muzycznych nastrojów i, jak powiedział człowiek zaprzyjaźniony z ideą festiwalu, profesor Jerzy Buzek, wędrówka "od apogeum hałasu, do wirtuozów melodii"...czy jakoś tak. W każdym razie niezwykle trafne określenie. Z uśmiechem na twarzy, rozpromieniony i zmęczony jednocześnie udałem się na koncert groźnych Finów z Orannsi Pazuzu. Wielką zaletą tego bandu jest to, że trudno ich jednoznacznie określić. Niby jest to metal, nawet black metal, nie ma on jednak nic wspólnego z norweską sceną lat dziewięćdziesiątych i wrzeszczącymi smutnymi pandami z Mayhem, czy Immortalu. Jest to coś o wiele ciekawszego. Słychać w ich graniu dużo post rocka, stonera, czy progresji. Całość tworzy ciężki, głośny, ale przestrzenny kosmos, który bardzo dobrze panowie oddali podczas koncertu. Fakt, że odbywał się on w namiocie na pewno też pomógł.

Mówiłem już, że jestem fanem starego punka i większości jego rozgałęzień? Okoliczność ta spowodowała, że kolejnym wydarzeniem, którego przegapić nie mogłem był występ zespołu z Detroit o nazwie Protomartyr. Na dwóch, jak dotąd, płytach załogi możemy usłyszeć głównie muzykę post-punkową przyprawioną jednak nieco większą dozą agresji i mocy, dzięki czemu twórczość ich nie jest mdła i wtórna w stosunku do tego, co działo się 30-kilka lat temu i zespołów takich, jak Wire, czy Gang Of Four. A sam koncert też był fantastyczny. Wszystko pięknie zabrzmiało, było energicznie i skocznie, czyli tak, jak być powinno. Poleciał także mój ulubiony "Want Remover", więc satysfakcję miałem tym większą.

Tyle wrażeń już za mną a przecież nie było jeszcze headlinera. Neutral Milk Hotel, legenda dziwnego, zmieszanego z psychodelicznym folkiem i lo-fi indie rocka (ich muzyka nie jest tak trudna jak próba określenia jej) tworząca i święcąca największe tryumfy pod koniec lat 90., która ostatnio wznowiła swoją działalność (no właśnie, kolejny wielki powrót) dała piękny, magiczny koncert. Jeff Mangum i koledzy ze swoim bogatym instrumentarium, w którym znalazło się miejsce dla sekcji dętej, akordeonu, czy piły, pokazali, że nie bez powodu pisani byli dużą czcionką na plakatach reklamujących OFFa. Muzyka płynąca ze sceny wypełniała dusze słuchaczy i leciała gdzieś tam wysoko, jak - że tak zgrabnie nawiążę - "Aeroplane Over The Sea". Jakkolwiek banalnie i żałośnie to brzmi, taki właśnie ten koncert był. Naprawdę!

Ostatni występ dnia pierwszego, na który się wybrałem (plany miałem ambitniejsze, ale sił już brakło, rzecz się bowiem dzieje o godzinie 2:00 w nocy) dał zespół Wolf Eyes. Wiedziałem tylko tyle, że ich muzyka może być bolesna. Zachęcony taką informacją pospieszyłem usłyszeć to na własne uszy. I rzeczywiście - wszystkiego, co trudne, bolesne i nienawistne w muzyce, doświadczyłem przez tę godzinę. Wybijany w tle przez maszynę perkusyjną rytm, krzyczący, skandujący wokal i moc efektów wokół niego, noise'owa gitara oraz absolutnie nic, do czego można potupać, bądź psychicznie odpocząć. Coś niesłychanego. Ktoś, kto lubi się mentalnie ubrudzić muzyką, poczuć źle, jak ktoś fizycznie skrzywdzony, na pewno wyszedł z namiotu zadowolony. Choć może to złe określenie...Na pewno ten ktoś (w tym przypadku ja) dostał to, czego chciał.

Dzień drugi i trzeci z racji warunków bytowych, deficytu snu i ogólnego zmęczenia nie był tak intensywny. Zacząłem po 17.00 koncertem Hookworms, zespołu łączącego psychodelię z noise'm, w dodatku robiącego to bardzo udanie, co udowodnili swoim występem. Równy, porządny, ciężki koncert, który wysoko podniósł poprzeczkę kolejnym zespołom, przynajmniej w moich oczach. A jako pierwsza, miała się zmierzyć z rzeczoną poprzeczką Chelsea Wolfe. Trudno stwierdzić, czy dorównała, czy przewyższyła poziomem koncert Hookworms, w każdym razie na pewno była gdzieś blisko. Ze sceny w stronę publiczności przez godzinę płynęła liryczna, ale groźna muzyka. Mrok pozbawiony elementów kiczu i żałości to twór rzadko słyszalny, jednak Chelsea udaje się taki efekt osiągnąć. Jej najnowsze wydawnictwo "Pain is Beauty", a także koncert na OFF Festivalu to jedne z najlepszych rzeczy, jakie ostatnimi laty w muzyce słyszałem.

Czy może być lepiej? Pewnie tak, ale nie myślałem, że będzie już na następnym koncercie. Co więcej, nie spodziewałem się, że to właśnie TEN koncert uznam za najlepszy z całych trzech dni. Mowa o występie japońskiego zespołu Bo Ningen. To, że mają pojęcie o graniu wiedziałem po przesłuchaniu ich płyt, na których słychać jak dumnie pielęgnują rockowe tradycje kraju, który wydał na świat takie potężnie brzmiące grupy jak Boris, czy Church Of Misery. Ale to, co te długowłose, odziane w długie, fikuśne szaty istoty zrobiły na scenie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Kosmiczne stonery, riffy latające nad głowami, androgeniczny wokal, a wszystko to w pozytywnym znaczeniu tego słowa przytłaczające. Takiej masy intensywnych, rockowych wibracji nie było mi dane doświadczyć nigdy wcześniej. Obym jeszcze kiedyś miał okazję uczestniczyć w czymś takim. I jeszcze ta japońska angielszczyzna między utworami. Coś pięknego!

I przyszła pora na kolejnego headlinera. Tego, na którego występ w szczególności czekałem, mianowicie The Jesus And Mary Chain. Legendarna grupa, która zaczynała od brudnego, chamskiego shoegaze'u, później skłaniając się ku prostym, rockandrollowym kompozycjom, mająca na koncie szereg świetnych albumów, z Psychocandy, Darklands i Automatic na czele, miała dostarczyć OFFowej publiczności dużej porcji niezapomnianych wrażeń i doznań muzycznych. Miała... ale tego nie zrobiła. Bracia Reid i spółka odegrali swoje najbardziej znane utwory: "Just Like Honey", "Happy When It Rains", itd., ale zrobili to tak, jakby im się nie chciało. Z historii wiemy, że to trochę typowe dla wizerunku scenicznego grupy, jednak kiedyś, za tym pozowanym niechlujstwem kryło się coś, co poruszało. Tym razem tego nie było. Koncert się odbył... i tyle. O wiele większe wrażenie zrobił na mnie pan, który uskuteczniał autorską choreografię pod dźwięki idące ze sceny. Robił to z taką charyzmą, że co chwila kolejni festiwalowicze dołączali do niego i stojąc za nim powtarzali jego ruchy. Ilość "tancerzy" doszła gdzieś do 30-40 osób i naprawdę robiło to wrażenie. Codziennie odpalam youtube'a z nadzieją, że w końcu zobaczę nagranie tego "spektaklu", który w moich oczach przyćmił koncert wielkiej gwiazdy festiwalu. Niestety.

Dzień trzeci i ostatni. Trochę już zmęczony udałem się na strefę koncertową na kolejne, jak wierzyłem, dobre koncerty. Zaczęło się polskim black metalem spod znaku Thaw. Całkiem porządny występ, który jednak nie współgrał klimatem z pogodą. Było bowiem bardzo gorąco, przyjemnie i wakacyjnie, podczas gdy powinno było być zupełnie odwrotnie, czyli Śmierć, ból i chłód. Nie jest to żaden zarzut, jedynie dopełnienie zbyt krótkiego moim zdaniem akapitu.

Więcej do napisania byłoby o koncercie amerykańskich noise punków grających pod szyldem Perfect Pussy. Byłoby, gdyby nie fakt, że nagrali raptem pół godziny materiału w swojej historii i znakomite, energiczne show bardzo szybko się skończyło. Szkoda, bo chętnie popatrzyłbym dłużej na Meredith Graves w akcji. Wielka charyzma, dzika energia i godna pozazdroszczenia kondycja fizyczna.

Nie ma sensu przedłużać, pora więc przejść do headlinerów, których ostatniego dnia było dwóch. Przynajmniej według mnie i jakichś paru tysięcy innych. Pierwszy raz przy okazji tego festiwalu, a przecież trwał już niemal trzy dni, można było poczuć się lekko skrępowanym ilością ludzi. Dużo widzów kupiło jednodniowy bilet, aby zobaczyć "najlepszy szkocki zespół w historii" - Belle & Sebastian oraz legendę shoegaze'u z Reading reaktywowaną po 19 (!) latach, czyli Slowdive. Najpierw wystąpili ci drudzy, dając wspaniały koncert. Utwory "Souvlaki Space Station", czy "Machine Gun" wybrzmiewały ze sceny, dając jednocześnie poczucie ciepła, jak i ogromnej potęgi. Występ był tak masywny, że gdyby można było zobaczyć muzykę, to ta byłaby chyba jedną z większych, jakie widziałem. Mimo tego, nie było to w żaden sposób przesadzone i wszyscy mieliśmy przyjemność uczestniczenia w po prostu pięknym koncercie.

Równie piękny, choć w zupełnie inny sposób, był koncert Belle & Sebastian. Tutaj także robiło się cieplej na duszy. Genialne indie popowe melodie Stuarta Murdocha zagrzewały wręcz do tańca, czemu co poniektórzy dali się porwać. Dodatkowo pan Stuart był bardzo miły, konwersował sobie przyjemnie z publicznością, a nawet zaprosił kilkoro szczęśliwców na scenę, aby ci pobawili się wspólnie do jednej z piosenek. "She's Losing It", "If You're Feeling Sinister" i cała masa innych pięknych kompozycji cudownie wybrzmiewała dzięki wielości instrumentów zaangażowanych w ich tworzenie. Była bowiem sekcja smyczkowa, dęta, dużo gitar, a także klawisze. Mimo to odnosiło się wrażenie, że na koncercie panuje intymna wręcz atmosfera. Opuściliśmy miasteczko festiwalowe po raz ostatni, ale z uśmiechem od ucha do ucha na twarzy.

Bardzo dobry był ten OFF. Nie mam wprawdzie porównania, bo na żadną z wcześniejszych edycji nie było mi dane się wybrać, ale zdania nie zmienię. Na 22 koncerty, na których byłem, rozczarowałem się może trzema, reszta była co najmniej dobra, a kilka z nich wręcz mnie zniszczyła. Jeżeli lubicie muzykę, lubicie odkrywać dla siebie nowe brzmienia, nowe zespoły, a także chcecie zobaczyć na żywo kilku swoich rockowych bohaterów (choć niekoniecznie tych z pierwszych stron gazet i pierwszych miejsc list przebojów) koniecznie jedzcie na dziesiątą edycję OFFa w przyszłym roku. I kupcie wcześnie bilet - będzie taniej ;)

Sebastian Noworol

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Forum

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.