Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Killing Joke - Kraków - 21.11.2016

24 Listopada 2016

Ostatni krążek brytyjskiego Killing Joke wydany przed rokiem, trzeci z rzędu w klasycznym składzie z pierwszych trzech płyt potwierdził bardzo wysoką formę zespołu. W porównaniu do poprzedzających ją "Absolute Dissent" i "MMXII" jest może i nieco lżejszy, bardziej melodyjny, ale trzyma poziom od początku do końca - nawet utwory, które nie weszły na podstawowe wydanie. Nie dziwi więc, że w wyniku głosowania redakcji Rockmagazynu "Pylon" został płytą roku 2015. Gdy dowiedziałem się, że Jaz Coleman i jego ferajna wystąpią w Krakowie, nie namyślałem się długo.


Zanim klasycy post punka, czy w późniejszych latach industrialnego metalu, weszli na scenę w krakowskim klubie Kwadrat, aby roznieść ją w drobny pył, zaprezentował się amerykański zespół Death Valley Hill z San Francisco, grający, jak sami siebie określają, "death disco". Niestety, dźwiękowcy ich skrzywdzili. Ze sceny wydobywał się jeden wielki łomot - perkusja zagłuszała niemal wszystko, a już o usłyszeniu wokalu, nie mówiąc o tekstach utworów, można było całkowicie pomarzyć. Przesłuchując ich numery w domu po koncercie nie do końca zawsze miałem wrażenie, że taki numer właśnie słyszałem na żywo. Sam zespół to niestety nic szczególnego. Jeśli miałbym szukać jakichś muzycznych skojarzeń, to zaryzykowałbym stwierdzenie, że to taki nieco glamowo-elektroniczny Marilyn Manson z "Mechanical Animals" (np. z utworu "Rock Is Dead", który chłopaków chyba mocno zainspirował w kawałku "Ick Switch") w połączeniu z punkiem spod znaku Green Day, jakimś okropnym emo-hardcorem i Tokio Hotel w sferze wizualnej. Swoje zadanie wykonali. Ja osobiście nie mam ochoty, żeby się ich poczynaniami zainteresować, a tym bardziej je śledzić. Chłopaki mnie nie kupili swoją muzyką. Zagrali, pokazali się, po pół godziny ustąpili pola gwiazdom wieczoru.

Na rozpoczęcie koncertu trzeba było chwilę, bodaj kwadrans, poczekać, ale gdy tylko techniczni postawili na kolumnie dwie grube świece, które rozpalili wraz z kadzidłami, publiczność wiedziała, że już za chwilę oto ceremonia się rozpocznie. Kiedy tylko zabrzmiały takty mrożącego krew w żyłach intro żywcem (czy to dobre słowo?) wykrojonego wręcz z jakiegoś horroru, na scenę zaczęli wchodzić kolejno poszczególni muzycy - Paul Ferguson, Martin "Youth" Glover, jak zwykle zachowujący kamienną twarz, a przy tym grający na gitarze z iście luzacką nonszalancją Geordie Walker oraz nieznany mi z imienia i nazwiska osobnik odpowiedzialny za obsługę samplera (w zastępstwie za Rezę Udhina?), aby rozpocząć pierwszy tego wieczora utwór "The Hum". W tym momencie na scenie pojawił się charyzmatyczny lider zespołu - Jaz Coleman, wkraczający z iście obłąkańczą, groźną miną, do której dołączał charakterystyczną dla siebie gestykulację. "The Hum" zabrzmiał niesamowicie ciężko, bowiem jest to bardzo wolny, monotonny i niezwykle transowy walec. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku wokalista przywitał się z publicznością wzorowo wypowiedzianym "dzień dobry".

Drugim utworem wywołali absolutną euforię (notabene - szkoda, że utworu "Euphoria" zabrakło w setliście) publiczności. Mowa oczywiście o "Love Like Blood", które rozkręciło zahipnotyzowanych fanów, zachęcając ich do rzucenia się w wir pogo i wspomagania Jaza, który wcale nie musiał upominać się o wsparcie. Wszyscy zdzierali gardła, zarówno w zwrotkach, jak i w refrenach, najsolidniej przykładając się przy frazie tytułowej. Żywiołowe zachowanie polskiej publiczności, które przy następnym utworze - kultowym "Eighties", nabrało jeszcze intensywniejszego rozpędu, wywołało na dotychczas groźnej twarzy frontmana uśmiech szeroki od ucha do ucha. Od tej pory Coleman przeplatał swoje groźne miny, szczerzenie zębów i wytrzeszcz gałek ocznych z rozbrajającym uśmiechem. Często dało się podczas koncertu zauważyć zadowolenie u wokalisty oraz basisty Martina "Youtha" Glovera, którzy spoglądając na siebie, dawali sobie sygnały, że wszystko idzie jak należy, że rozpęta się w tym klubie istne - nomen omen - pandemonium.

Klasyki ograne, a więc pora przejść do nowości z ubiegłorocznego albumu "Pylon". Elektroniczne sample i Jaz wyśpiewujący słowa "Living outside off the grid is the goal, misery lies at the heart of control" uwieńczone basową zagrywką "Youtha", po której wchodzi zabójczo szybkie tempo, napędzane przez człowieka-maszynę, czyli Paula Fergusona, rozpętało prawdziwy młyn w wykonaniu nieoszczędzających się fanów, którzy ani myśleli zwolnić. Kolejne utwory z ostatniego krążka "New Cold War" oraz agresywne "I Am The Virus" także pierwszorzędnie zdały egzamin.

Chwilę wytchnienia Anglicy zapewnili niemal dyskotekowym hitem "European Super State" z płyty "Absolute Dissent". Żeby nie było jednak zbyt przebojowo i zbyt przyjemnie, panowie sięgnęli po jeden z najcięższych i najbardziej szalonych utworów w swojej dyskografii - mowa o "Exorcism" z "Pandemonium". Jest to miażdżący, absolutnie nie pozostawiający jeńców kawałek, w którym Jaz Coleman krzyczy jak opętany. Na koncercie szczególnie słychać było właśnie przy tym utworze, że dobiegającemu sześćdziesiątki wokaliście gardło już nieco odmawia posługi po tylu latach na scenie. Nie jest już w stanie wydobywać z siebie tak intensywnego "wydzieru", co zostało jednakże starannie zamaskowane efektami wokalnymi, pogłosem oraz echem. Podczas ostatnich słów utworu: "Clean it up, cover yourself with water, wash it away (...) wash away the tears" szalony Jaz zaczął, niczym demoniczny szaman z piekła rodem, kropić publikę wodą - bynajmniej nie święconą - była to najzwyczajniejsza w świecie mineralna.

W setliście znalazło się miejsce dla dość licznej reprezentacji najwcześniejszych dokonań, zwłaszcza z debiutanckiego albumu. Jedynym reprezentantem "What's This For" był natomiast popisowy dla perkusisty Paula Fergusona - "Unspeakable". Jeśli o debiucie mowa, to oprócz "Requiem" Brytyjczycy zagrali jeszcze "Complications", "Change", obowiązkowe na każdym koncercie "The Wait" oraz utwory pochodzące również z tych czasów, ale nie znajdujące się na debiucie - "Turn To Red" z pierwszej epki zespołu pod tym samym tytułem i "Pssyche" - b-side singla "Wardance", w którym Jaz dzielił obowiązki wokalne z basistą Martinem Gloverem. Po tym numerze Killing Joke zeszli ze sceny.

Oczywiście publiczność nie pozwoliła, aby muzycy tak szybko zakończyli koncert. Po przedłużającej się chwili oklasków i okrzyków Anglicy wyszli na scenę ponownie, aby zagrać utwory przeznaczone na bis. Wielką euforię wywołały pierwsze takty gitary Geordiego, który tego wieczora o dziwo nie palił papierosów, w utworze "The Death And Ressurection Show". Kawałek ten został niezwykle entuzjastycznie przyjęty przez publikę, która zdzierała gardła, wspierając Jaza Colemana w agresywnych fragmentach, dzięki czemu "O beloved mother of liberty, come to me, burn away my impurities, hold me in your arms" zabrzmiało naprawdę potężnie. Ostatnim kawałkiem zagranym na scenie Kwadratu był "Pandemonium", i pomimo skandowania nazwy, oklasków, zespół już nie wyszedł. Dopiero po jakimś czasie pokazał się na kilka minut perkusista Paul Ferguson, aby podpisywać ludziom płyty tudzież pozować do pamiątkowych fotek.

De facto, jedyną wadą tego koncertu było to, że był po prostu za krótki. Zespół nie zagrał kilku numerów przewidzianych na setlistę europejskiej trasy "The Great Gathering", którą można było zresztą podejrzeć na scenie bądź otrzymać od technicznych. Nie było "Dawn Of The Hive" z "Pylona", "Beautiful Dead", "Empire Song" czy - co najbardziej mnie dziwi - sztandarowego przecież "Wardance". Można też ponarzekać, a czemu to nie wykonali niczego z "Fire Dances", "Democracy" (brak czegokolwiek z tej rewelacyjnej płyty szczególnie boli), "Hosannas From The Basements Of Hell" czy "MMXII". Mając tak bogatą dyskografię można kombinować. Do tego, że nie grają kawałków z "Brighter Than a Thousand Suns", a zwłaszcza z "Outside The Gate" (tej płyty nawet nie chcą podpisywać) - zdążyli przyzwyczaić. Jaka była tego skrócenia setlisty przyczyna? Nie mam pojęcia. Może po prostu zmęczenie? Niemniej, koncert Killing Joke to wielkie muzyczne przeżycie, które zamierzam z pewnością przy następnej okazji powtórzyć. Każdemu zdecydowanie polecam. Absolutnie warto!

Setlista:

The Hum
Love Like Blood
Eighties
Autonomous Zone
New Cold War
Exorcism
Requiem
Change
Turn To Red
European Super State
I Am The Virus
Complications
Unspeakable
The Wait
Pssyche
- - -
The Death And Ressurection Show
Pandemonium

Kamil Pietrzyk

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane relacje

Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017	 (relacja)Anderson, Rabin and Wakeman - Dolina Charlotty - 13.07.2017

Trzeba przyznać, że dobór headlinerów pierwszej części 11. Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty był intrygujący. Gwiazdami obu wieczorów były występy formacje składające się z byłych członków kultowych, wciąż... czytaj całą relację...

15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017 (relacja)15. Gitarowy Rekord Guinnessa - Wrocław - 1.05.2017

Chociaż w tym roku nie udało się pobić rekordu Guinnessa, to wynik 6299 gitar uniesionych w geście pozdrowienia dla Mistrza tego instrumentu i największego innowatora sześciu strun, jest i tak wynikiem imponującym,... czytaj całą relację...

Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017 (relacja)Krzysztof Zalewski - Warszawa - 23.02.2017

W czwartkowy wieczór 23 lutego w Stodole obejrzałem, być może nową gwiazdę, polskiej muzyki. Zapraszam na relację z koncertu Krzysztofa Zalewskiego. czytaj całą relację...

Koncerty

Top 5 - relacje

Najczęściej komentowane | czytane

AC/DC - Warszawa - 27.05.2010 (relacja)AC/DC - Warszawa - 27.05.2010

Od ostatniego koncertu australijskiej formacji AC/DC w Polsce minęło 19 lat. I choć od tamtego czasu członkom zespołu przybyło siwych włosów na głowie, występem 27 maja na warszawskim Bemowie potwierdzili, że wciąż... czytaj całą relację...

Europe - Warszawa - 19.06.2010 (relacja)Europe - Warszawa - 19.06.2010

W sobotę 19 czerwca w Warszawie, jako gwiazda imprezy Wianki nad Wisłą, wystąpił zespół Europe. Wreszcie w Polsce, należałoby dodać. Przypomnę, pierwszy koncert w naszym kraju Szwedzi zagrali ponad 18 lat temu... czytaj całą relację...

Roger Waters - Roger Waters - "The Wall" - Łódź - 19.04.2011

Koncept płyty "The Wall" w 1979 roku wyprzedził o jakieś ćwierć wieku technikę, która pozwalałaby go przedstawić w trasie koncertowej. Po premierze albumu, co prawda, wystawiono go w formie przygotowanego z dużym... czytaj całą relację...

Europe - Presov - 2.02.2010  (relacja)Europe - Presov - 2.02.2010

O tym, że "Last Look At Eden" to już trzecia płyta Europe wydana po reaktywacji zespołu w 2003r. (a w całym ich dorobku ósma) nie muszę chyba wspominać. Zainteresowani doskonale to wiedzą, tych mniej wtajemniczonych... czytaj całą relację...

Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010 (relacja)Helloween/Stratovarius - Warszawa - 17.12.2010

17 grudnia 2010 w Warszawie mieliśmy okazję zobaczyć żywą legendę heavy metalu - zespół Helloween. Koncert promował ostatni ich album "7 Sinners". Trasa "7 Sinners World Tour 2010/11" objęła ponad 50 koncertów... czytaj całą relację...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.