Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Piotr Klatt - Róże Europy - To także moje zmartwychwstanie...

28 Lutego 2014

Róże Europy to jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej sceny rockowej lat 80. i 90. Później jednak zespół zapadł w stan pewnego uśpienia. Teraz powraca i na nowo próbuje podbić serca fanów płytą "Zmartwychwstanie". O nowych utworach, własnych inspiracjach i perspektywach na przyszłość rozmawiałem z liderem grupy Piotrem Klattem.

fot. Karolina Walawender
fot. Karolina Walawender

Dominik Zawadzki: Siedzimy w kawiarni w centrum handlowym, w związku z tym chciałem spytać, czy spotykają Pana jakieś przejawy sympatii, gdy pojawia się Pan w takich miejscach?

Piotr Klatt: Kiedyś tak było. Teraz w mniejszym stopniu. Moja obecność w mediach jest mniej eksponowana niż miało to miejsce przed laty, stąd czuję się komfortowo, czyli poniekąd anonimowo. Obecnie funkcjonuje o wiele więcej stacji telewizyjnych i radiowych niż dwie dekady temu. Jest także Internet. Dostanie się do ludzkiej świadomości jest znacznie trudniejsze. Jeśli nie weźmiesz udziału w talent show, teleturniejach, programach śniadaniowych, nie "zapajacujesz" na czerwonym dywanie mając w tle zastawkę z logo producenta np. wywaru z butów filcowych, to ciężko będzie ci przebić się. Wprawdzie my, jako Róże nie mamy problemu z ekspozycją w ogólnopolskich stacjach, ponieważ do końca dni moich lub Róż jedna z piosenek będzie grana non stop, ale nie przesadzałbym też z tym nadmiarem popularności. To działa też w druga stronę - mniej pojawia się oznak niechęci, kiedy mniej cię w mediach. W latach 90. pojawiały się obok nas różne kontrowersyjne sytuacje związane najczęściej z elementem zazdrości lokalnych przystojniaczków. Kiedy pojawialiśmy się w mieście miejscowe miss piękności rzucały swoich adoratorów po pierwszych taktach "Jedwabiu". Wtedy owi chłopcy demonstrowali swoją pogardę dla nas chcąc spacyfikować lokalne dziewczyny (śmiech). Myślę, że większość artystów spotyka się z tymi dwiema oznakami popularności - entuzjazmem i nienawiścią.

DZ: Wspomniał Pan o "tej piosence". Wkurzają trochę pytania o "Jedwab" po tylu latach?

Piotr: Dam przykład. Podczas koncertów przed zagraniem "Jedwabiu" atmosfera jest powiedzmy "średnio zaawansowana". Po zagraniu "Jedwabiu" dostrzegamy euforię wśród publiczności i ta euforia już utrzymuje się do końca. Niektórzy twierdzą, że powinniśmy zaczynać od "Jedwabiu" i wtedy będzie naprawdę fajny koncert. Jeżeli mamy jednak opierać koncert na tej jednej piosence, to chyba pora kończyć ten bój nierówny (śmiech). Umieszczamy "Jedwab" w setliście tak, żeby pasowała do motoryki koncertu, do emocji. Wiem, że powinniśmy ją zagrać, ale zagramy wtedy, kiedy nam pasuje jej rytm i klimat do całości występu. W końcu gramy dla przyjemności przede wszystkim. Ale powracając do pytania. Bardziej mnie męczą te o to, jak to się stało, że pozwoliliśmy Jackowi nagrać tę piosenkę. Tymczasem, jeśli ktoś zainteresowałby się tym, jak funkcjonuje w Polsce prawo autorskie, to wiedziałby, że Stachurski mógł sobie tę piosenkę wziąć z Zaiksu. Jestem członkiem Zaiksu, więc oddałem część moich praw w administrowanie Stowarzyszeniu. I jeśli ono wyraziło zgodę, to mógłbym tylko ewentualnie oprotestować fakt naruszenia integralności dzieła - kolejny twórca nie może wprowadzać zmian - musi utwór wykonać 1: 1, zgodnie z pierwowzorem. Stachurski nagrał "Jedwab" dla swojej publiczności i jeśli ludzie wolą słuchać "Jedwabiu" w takim, a nie innym wykonaniu, to jest ich wybór. Mógł zapytać, wystąpić o zgodę. Nie zrobił tego, ale nie chcę sobie tym zawracać głowy póki co (śmiech). Ja zaproponowałem swoją wersję, wersję autorską, jako kompozytor i autor tekstu "Jedwabiu", trochę taką wersję reżyserską filmu pod tytułem "Jedwab" (śmiech). Jeśli ktoś woli inną, inaczej zmontowaną, to nie jest to dla mnie problem.

DZ: Taki utwór zyskuje też "drugie życie"...

Piotr: Tak, właśnie. Dziś "Jedwab" w wykonaniu Stachurskiego razi fanów "Jedwabiu" Róż, ale i z naszym "Jedwabiem" nie było nam łatwo na początku (śmiech). Po wydaniu płyty "Poganie! Kochaj i obrażaj", w wydaniu kasetowym i kompaktowym były kupony, które pozwalały na wzięcie udział w losowaniu gadżetów z logo Róż. Przy okazji ludzie pisali do nas listy. Niektóre były dla mnie szokujące. Otóż nasi fani pisali, że stracili swój zespół, że teraz wszystkie "dysko muły" w klasie słuchają "Jedwabiu" i Róż Europy. Byli zaszokowani, że my taką piosenkę nagraliśmy. Fanom naszych pierwszych 3 płyt wydawało się, że się sprzedaliśmy, co było dla mnie akurat śmieszne, ponieważ pisałem tę piosenkę dla swojej dziewczyny i mówiąc brutalnie w dupie miałem, czy to się będzie komuś podobało, czy nie. Miało się podobać mojej dziewczynie.

DZ: A podobało się jej?

Piotr:(śmiech) Nooo podobało się, przynajmniej przez jakiś czas.

DZ: Podobno "Jedwab" znalazł się na płycie dość przypadkowo?

Piotr: Tak. Gdy nagrywaliśmy tamtą płytę, w pewnym momencie okazało się, że 3 numery zostały niechcący skasowane. A ponieważ miałem przygotowane w domu, tak "na zaś", "Wesołych Świąt" i "Jedwab", to powiedziałem "Panowie nie nagrywajmy znowu tego samego, bo mi się już przelewa". I nagraliśmy trzy nowe utwory, w tym właśnie "Jedwab". A potem już poszło. Wysłałem kopie-taśmy z Jedwabiem do rozgłośni Polskiego Radia i pojechałem na wakacje. Nagle okazało się, że zainteresowanych wydaniem płyty jest masa wydawców.

DZ: Ma Pan muzykalną rodzinę. Pańscy bracia też zajmują się muzyką. Choć nie zawsze w podobnych do Róż klimatach.

Piotr: Tak, mój rodzony brat Jacek nagrywał z nami część "Pogan", a potem grał na płycie "Kolor" i na albumie koncertowym "Marihuana". Potem założył rodzinę i przeniósł się do Australii. Mój brat stryjeczny, Robert preferuje zupełnie inny rodzaj muzyki. Gra w zespole Classic, który z tego, co mi wiadomo należy do czołówki zespołów disco polo w Polsce. Jest dobry w tym, co robi. Ma też niesamowity zmysł organizacyjny i wielką życzliwość dla ludzi. Nie mamy problemów z kontaktem. Mało rozmawiamy o muzyce, którą wykonujemy. Przypuszczam, że większości naszych numerów nie cierpi, uważa za absurdalne (śmiech). Ma po prostu inną artystyczną wrażliwość. Dużo gadamy natomiast o show biznesie, którego Robert jest częścią w o wiele większym stopniu niż ja. Np. przyjaźni się z Janem Borysewiczem, którego ja akurat uważam za największy dół kloaczny w polskie muzyce pop.

DZ: Przejdźmy do meritum. Wasz najnowszy album zatytułowaliście "Zmartwychwstanie" - jaka jest geneza tego tytułu?

Piotr: Po pierwsze wiąże się to z tym, że niedawno obchodziliśmy 30-lecie zespołu. Zakładałem Róże 13 grudnia 1983 roku. Natomiast 23 kwietnia 2014 będę obchodził jubileusz 50-lecia przebywania na tym padole. W jubileuszowym przełomie życia zespołu i mojego poczułem chęć rozpoczęcia wszystkiego od nowa, to znaczy potraktowania muzyki tak, jak traktowałem ją na samym początku muzycznej przygody. Grania tylko dla siebie, tak, żeby mi podobało się i cieszyło zarazem. Bez zastanawiania się, czy to jest dobre, czy nie dość dobre. Wtedy w ogóle nie interesowało mnie, czy będę miał z tego jakieś profity, czy nie. Z biegiem lat muzykom obok pasji i radości z grania rocka pojawia się słowo "zawód". Zakładamy rodziny, bierzemy kredyty i okazuje się, że musimy nagrywać co roku płytę, grać koncerty i nagle to, co było pasją zamienia się w pracę. Oczywiście nie deprecjonuję takiego rodzaju twórczości, niemniej wydaje mi się, że najfajniejsze dzieła powstają wtedy, gdy nie oglądamy się specjalnie na swoje konto bankowe, czy rachunki do zapłacenia. Pierwsze 5 płyt nagraliśmy na zasadzie wielkiego "funku", przyjemności. Później zaczęliśmy kombinować. Liczyliśmy na to, że kolejne płyty muszą się podobać ludziom. Wcześniej robiliśmy muzykę tylko dla siebie. Mieliśmy gdzieś fakt, czy to się będzie komuś podobało. Jeśli robisz rzeczy w zgodzie ze sobą, jesteś wobec siebie uczciwy, to myślę, że ta uczciwość znajdzie swojego odbiorcę. Przy "Zmartwychwstaniu" postanowiliśmy zrobić muzykę, która nas fascynuje. Bez oglądania się na modę w Polsce. Płyta "Zmartwychwstanie" jest mocno inspirowana twórczością Jacka White'a, który w Polsce jest raczej mało popularny. Zapewne więc i nasza współczesna muza będzie mało popularna. Ale kiedy masz ten komfort świadomości, co cię czeka, twoje dekoracje zaczynają cię prawdziwie cieszyć i wibrujesz razem z nimi nie oglądając się na profity lub ich brak (śmiech).

DZ: Może w czasach The White Stripes Jack White był popularny w Polsce...

Piotr: Taaak ... babcia Polka, przyszła na koncert i tak dalej... Jego późniejsze projekty jednak nie przebiły się w Polsce, a uważam, że jest genialnym muzykiem. Od czasów The Yardbirds i Jimmiego Page'a nie było tak zjawiskowego gitarzysty i kompozytora. Bardzo nas inspiruje. Wolelibyśmy być jego "kolegami", a nie "znajomymi z sąsiedztwa" publiczności (śmiech). Podobnie, jak najwięksi rockowi twórcy, chcemy robić muzykę przede wszystkim dla siebie - jak się spodoba innym, to OK. Jak nie, to trudno. Tak, jak przed laty. I stąd "Zmartwychwstanie" - odrodzenie, renesans. Chodziło także o moje osobiste zmartwychwstanie. Pomyślałem, że w wieku lat pięćdziesięciu chciałbym przejść podobną drogę, jak na początku kariery i nic nie zmienić.

DZ: A zgadza się Pan ze stwierdzeniem, że płodny jest tylko artysta głodny?

Piotr: Częściowo tak. Wprawdzie ciągle doświadczamy nowych form zniewolenia, ale nie ma sytuacji rodem z poprzedniej formacji ustrojowej. Artysta syty zaczyna mieć inny punkt widzenia i światopogląd. Dla mnie taka sytuacja pojawiła się przy nagrywaniu płyt "Bananowe drzewa" i "8". Nie czułem wyjątkowej potrzeby nagrywania tych płyt. Nagrałem je trochę dlatego, że obciachem wydawało mi się, iż tyle lat nic nie stworzyliśmy nowego. Nie miałem wówczas potrzeby wypowiedzenia się. Chociaż akurat "Teologię", "Mapę", "Słoik", "Spódnice i spodnie", czy "Tani przelot", czyli piosenki z tych płyt zwyczajnie lubię. "Spódnice" gramy także w tym sezonie na koncertach. Dziś znowu jestem głodny. Znów mam coś do powiedzenia. Między innymi dlatego rozwiązałem umowę o pracę w TVP, żeby mieć czas na kreowanie czegoś konkretnego.

DZ: "Zmartwychwstanie" zaskakuje tym, że Wasza muzyka stała się ambitniejsza.

Piotr: Mieliśmy wybór: albo nagrać płytę wypełnioną klonami piosenek z np. dwóch ostatnich krążków, albo nagrać coś dla siebie, coś innego, coś, co chętnie kupilibyśmy sobie sami. Z ostatnich dwóch płyt gramy na koncertach właściwie jeden numer, wspomniane "Spódnice i spodnie". To też świadczy o tym, jakie jest nasze emocjonalne zaangażowanie w te nowe utwory, dla których wyeliminowaliśmy z setlisty koncertowej poniekąd aż trzy płyty - "Kolor", "Bananowe drzewa" i "Ósemkę". Poprzednie albumy były nieco nijakie dla nas pod względem muzycznym, mniej literackim. Na "Zmartwychwstaniu" chcieliśmy wprowadzić elementy psychodeliczne, nerwowe, jak nasze i naszych sąsiadów życie. Bardziej rozbudowane elementy instrumentalne i solowe partie. W takich dźwiękach czujemy się dobrze. Taki był stan naszych emocji w roku 2013 i trwa do dziś.

DZ: Chcieliście od początku prac nad płytą, żeby właśnie taka muzyka się na niej znalazła?

Piotr: Mieliśmy jeszcze bardziej odjazdowy projekt, który był zarejestrowany na próbach. W studio skupiliśmy się nad tym, aby odtworzyć tę energię, którą mieliśmy na próbach. Było sporo kłótni, ciągle czegoś nam brakowało. Chcieliśmy zrobić płytę nerwową i chaotyczną. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Taki obraz Polski widzimy i nie jest to obraz różowy, ale różany już tak (śmiech). Obraz inny niż ten, który przedstawiają nam media i politycy.

DZ: Z perspektywy kilku miesięcy od wydania płyty coś by Pan zmienił? Można by pójść w inną stronę?

Piotr: Myślę, że na tamtym etapie nagraliśmy optymalną muzę, na jaką było nas stać. Zaczynamy myśleć teraz o kolejnych rzeczach. Mówiąc szczerze, nie wiem, jaka będzie kolejna płyta, choć powinniśmy powoli o niej myśleć. Na pewno nie będziemy kopiować "Zmartwychwstania", ale pewnie utrzymamy trend, który ta płyta zaczęła. Nie wiem, co jeszcze przyjdzie nam do głowy. Naszymi korzeniami jest muzyka przełomu lat 60. i 70. Na przykład na płycie "Krew Marylin Monroe" byliśmy pod wrażeniem The Cult i te czasy do nas ciągle wracają. Lata między Presleyem a Led Zeppelin są absolutnym fundament muzyki rockowej. Wszyscy z tego czerpią.

DZ: Powiedział Pan w jakimś starym wywiadzie, że przerwy w działalności Róż wynikają z tego, że czasem jest zapotrzebowanie na Waszą muzykę, a innym razem go nie ma. Czy teraz widzi Pan takie zapotrzebowanie? I druga część pytania - jak nowe kawałki są odbierane na koncertach?

Piotr: Byliśmy właśnie na koncertach m.in. w Szczecinie, Olsztynie i Bydgoszczy. Nie jestem obserwatorem twarzy pojedynczych słuchaczy, ale moi koledzy twierdzili, że widzieli osoby, które znały na pamięć tekst "Błota.." ("Rozmieniony na błoto" - red.) czy "Hipsterów" z nowej płyty. Nie ukrywam, że część osób przychodzi na koncerty, żeby usłyszeć "Radio młodych bandytów", "Żyj szybko", "Rewolucję" czy "Jedwab". Jeśli chodzi o nowe kawałki i "poziom aplauzu", to nie odniosłem wrażenia, że jest jakaś różnica w dynamice zabawy publiki. Albo znają te utwory i jest OK, albo nie znają i nie chcą się przyznać to tego myśląc, że to jakieś stare mniej znane siostry "Jedwabiu" (śmiech). Przez ostatnie lata upieraliśmy się, żeby nie grać niektórych starych utworów jak "Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo". Nie chciałem za bardzo grać tego utworu ze względu na słowa "umieraj młodo". Mam 50 lat i mnie tego typu deklaracje już nie dotyczą (śmiech). Ale i tak nie mam najgorzej. Dwadzieścia parę lat starszy Mick Jagger ma większy problem z niektórymi tekstami (śmiech).

DZ: Pytanie na koniec - czy zmieniłby Pan coś na swojej muzycznej drodze, gdyby miał taką możliwość?

Piotr: Nie dałbym się nabrać na sukces płyty "Poganie! Kochaj i obrażaj". Czytałem wywiad z Grzegorzem Ciechowskim, w którym mówił, że wspinanie się na swój własny Mount Everest jest zdecydowanie łatwiejsze niż utrzymanie się na nim. Myślałem, że jak już usiadłem na tym szczycie, to już będę tam siedział zawsze. Powrót "do doliny" był cennym doświadczeniem. Umknął mi moment, w którym przestałem być kreatywnym twórcą, a stałem się trochę odtwórcą pozostałości po sukcesie. Stało się tak może dlatego, że sukces, który przyszedł, był dla mnie czymś tak nowym, niespodziewanym, że pomyślałem sobie: "Boże, skoro nic nie zrobiłem, żeby osiągnąć sukces, to co będzie, jak chociaż pomyślę o tym!". I to było zgubne - w momencie, gdy zacząłem pracować na sukces, poniosłem porażkę. I tu wracamy do początku naszej rozmowy - że to jest właśnie owe nasze, zespołowe i moje prywatne "zmartwychwstanie". Chcę ponownie mieć komfort sytuacji, w której oswoję się z faktem, że ktoś nie przyjmie mojej muzyki. Bo w końcu, czym mam się martwić, skoro gram ją tylko dla siebie. Tak jak kiedyś. Jak za czasów pierwszych czterech płyt. Jeśli ktoś dołączy do tego grona słuchaczy Róż, to fajnie, jeśli nie, to nic się nie dzieje. To pozwala na swobodę i daje radość tworzenia.

DZ: Dziękuję Panu bardzo za rozmowę.

Dominik Zawadzki

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane wywiady

FEYM - WYWIAD! (wywiad)FEYM - WYWIAD!

FEYM to banda młodych, zdeterminowanych facetów rodem z Lublina. Wybuchowa mieszanka nowoczesnego hard & heavy serwowana przez zespół co prawda jeszcze nie zawojowała list przebojów, ale na nas zrobiła wrażenie.... czytaj cały wywiad...

Limboski - Wesołe rozmowy z otchłanią (wywiad)Limboski - Wesołe rozmowy z otchłanią

Jego głos jednym przypomina Maleńczuka, innym Ciechowskiego. Sam o sobie mówi, że jest śpiewakiem, który od jakiegoś czasu wyciera własnymi stopami sceny w klubach tego kraju i jest szczęśliwy z tego, co robi.... czytaj cały wywiad...

TAPEWORM - Ostre brzmienie z serca Mazur (wywiad)TAPEWORM - Ostre brzmienie z serca Mazur

Wśród mazurskich miłośników mocniejszego grania mikołajska grupa Tapeworm zdążyła wywalczyć już sobie solidną pozycję. Muzycy zdradzają jednak, iż ze swą twórczością chcą trafić znacznie dalej. Zapraszam do lektury... czytaj cały wywiad...

Forum

Top 5 - wywiady

Najczęściej komentowane | czytane

Perfect - Niepokonany. Rozmowa z Grzegorzem Markowskim

Z Grześkiem na wywiad umawiałem się już od dawna. Zawsze jednak ciężko było się umówić, a w konsekwencji przeprowadzić wywiad. Grzegorz mimo zapracowania i wielu bezlitośnie krążących spraw, znalazł na szczęście... czytaj cały wywiad...

Europe - Joey Tempest - Jesteśmy w optymalnej formie (wywiad)Europe - Joey Tempest - Jesteśmy w optymalnej formie

Zdaje się, że dobra passa Europe trwa nadal. Po koncercie w Pradze na początku lutego zespół zrobił sobie krótką przerwę, by z nowymi siłami ruszyć w dalszą część europejskiej trasy. Tym razem celem był podbój... czytaj cały wywiad...

Acid Drinkers - Titus - Jakbyśmy powiedzieli całą prawdę to ta buda pod tytułem Rzeczpospolita nieźle by się zatrzęsła. (wywiad)Acid Drinkers - Titus - Jakbyśmy powiedzieli całą prawdę to ta buda pod tytułem Rzeczpospolita nieźle by się zatrzęsła.

Titus to na naszej rodzimej scenie postać co najmniej nietuzinkowa. Znany z ogromnego poczucia humoru i rock n' rollowego stylu życia wzbudza szacunek niezliczonej ilości fanów i kolegów po fachu. Miałem okazję... czytaj cały wywiad...

Sabaton - Joakim Brodén - W przyszłości odejdziemy trochę od tematyki wojen (wywiad)Sabaton - Joakim Brodén - W przyszłości odejdziemy trochę od tematyki wojen

Zespół Sabaton jest obecnie jednym z najlepiej sprzedających się szwedzkich "muzyczno-militarnych" eksportów. Ich szturm Europy trwa, w planach mają kolejne podboje. Okazuje się, że pomysł tworzenia piosenek-hymnów... czytaj cały wywiad...

Kuba Kawalec. Mamy w sobie pewną pokorę (wywiad)Kuba Kawalec. Mamy w sobie pewną pokorę

Na temat Happysad słyszałam masę opinii - najczęściej skrajnych. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy można coś o zespole powiedzieć i nie narazić się tym jakiejś grupie ludzi. Bo z jednej strony całe rzesze wielbiących... czytaj cały wywiad...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.