Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Perfect - Niepokonany. Rozmowa z Grzegorzem Markowskim

Z Grześkiem na wywiad umawiałem się już od dawna. Zawsze jednak ciężko było się umówić, a w konsekwencji przeprowadzić wywiad. Grzegorz mimo zapracowania i wielu bezlitośnie krążących spraw, znalazł na szczęście dla mnie blisko godzinę. Rozmawialiśmy o wszystkim, o życiu, muzyce, świecie. Na początku nic nie wskazywało, że nasza rozmowa tak się potoczy. Grzesiek dał mi około 15 minut, ponieważ napięty harmonogram dnia oraz manager nie pozwalały na więcej. Wszystko jednak jest możliwe...

Kamil Rubik: Śpiewałeś w zespole Hazard i Samolot, wydałeś nawet w 1987 roku solowy album "Kolorowy telewizor". Zanim trafiłeś do Perfectu śpiewałeś także w Teatrze Na Targówku oraz warszawskich hotelach "Victoria" i "Europejski". Jak to się stało, że w 1979 roku znalazłeś się w nowo sformułowanym Perfect'cie?

Grzegorz Markowski: Perfect w którym śpiewały dwie kobiety: Basia Trzetrzelewska - obecna gwiazda muzyki światowej i Ewa Konarzewska. Zespół w takim składzie wraz ze Zdzisławem Zawadzkim, Wojtkiem Morawskim, Zbyszkiem Hołdysem i pianistą, którego nazwiska nie pamiętam (Paweł Tabaka - przyp. red), wrócili z Ameryki, gdzie grali w klubach przez rok. Doszło jednak do pewnych układów męsko-damskich, w związku z czym Hołdys wrócił ze Stanów i powiedział, że w jego zespole nigdy nie będzie śpiewać kobieta. Ja wtedy byłem człowiekiem dobrze się zapowiadającym, już nie bardzo młodym - miałem chyba 27 lat. Wydałem takiego singla wyjeżdżając na festiwal do Irlandii (do Castelbar - przyp. red). Wydał to "Tonpress" - państwowa firma. Ten singiel wpadł w ręce Zbyszka Hołdysa i Bogdana Olewicza. Doszli do wniosku, że mogą spróbować zaprosić do współpracy, takiej wstępnej młodego wokalistę. Przyszedłem więc na próbę - zaśpiewałem i chyba się spodobało, ponieważ po pół roku prób zrobiliśmy pierwszą sesję nagraniową, chyba z czterech piosenki: "Ale wkoło jest wesoło", "Bażancie życie", "Lokomotywa z ogłoszenia" i " Nie płacz Ewka ". To się ukazało i dotarło do radia. Po kolejnych trzech miesiącach druga sesja, a następnie płyta. To już wtedy było szybkie wejście na szczyt.

KR: Pamiętasz swój pierwszy koncert z Perfectem, gdy wystąpiłeś już jako wokalista?

GM: Tak, pamiętam bardzo dobrze. Pojechaliśmy do Poznania. Tam w domu studenckim, w takim bardzo małym klubie przyjechał Perfect oraz dwóch technicznych: kierowca i akustyk. Było nas dziewięciu, a publiczności całe siedem osób - czyli siedmiu studentów. Za zdobyte honorarium siedmiu biletów, zakupiliśmy dziesięć win po 3, 50 i upiliśmy się wraz z widownią. Wykonaliśmy pierwszy koncert na lekkim " rauszu " (śmiech). Potem poważny pierwszy koncert był w Rock Arenie w Poznaniu. To był już sukces medialny, czyli zauważony zespół Perfect i zespół z dnia na dzień, stał się zespołem bardzo modnym.

KR: W 1981r. panowaliście na polskim rynku muzycznym. Wtedy też wydaliście pierwszą EP-kę z piosenkami "Chcemy być sobą", "Coś dzieje się w mej biednej głowie", "Bla, bla, bla" i "Nie płacz Ewka". Jak się wtedy czułeś, gdy śpiewane przez Ciebie "Chcemy być sobą" i "Nie płacz Ewka" odniosły sukces?

GM: Myślę, że każdy czułby to samo - wielką satysfakcję i wielką radość. Choć ja nie mam zbyt chorobliwej przyjemności słuchania czy oglądania samego siebie. Cieszę się sukcesem, ale nie własnym wokalem. Jest kilka piosenek, których słucham z przyjemnością we własnym wykonaniu. Jest ich niewiele. Do nich np. zaliczę wokalizę "07 zgłoś się", którą zaśpiewałem jak najlepiej potrafię. Teraz zazwyczaj słucham tego w zboczony sposób, bo zawsze bym coś jeszcze zmienił. Generalnie wielka, wielka radość, ponieważ jak się osiąga sukces to radość jest naprawdę wielka - parę lat na to czekałem.

KR: Pierwsza Wasza płyta okraszona była sukcesem i zapewne była dla Was ważna. Jakie były wówczas Twoje odczucia związane z pierwszą, długogrającą płytą?

GM: My nie nagrywaliśmy płyty w sposób normalny, czyli tak jak dzisiaj się nagrywa: idzie się do studia nagrań, pracuje tam się miesiąc lub dwa potem robi się promocje i wydaje płytę. My pierwszą płytę zrobiliśmy ze składanek, nagrań rejestrowanych w Polskim Radiu, w Programie III. Pamiętam ten moment, gdy Zbyszek Hołdys przyniósł tą płytę do "Stodoły". Bardzo nam się podobała oszczędna okłada z logo Perfectu - projekt Edka Lutczyna. Wkrótce wielka radość, bo ta płyta sprzedała się w ilości 720 000 egzemplarzy. Był to sukces nad sukcesy! Naprawdę ogromnie się z tego cieszyłem, poczułem, że ma co robić w tym zawodzie, że to nie przypadek, że ja śpiewam. Myślałem wówczas, że ten sukces może będzie trwał trochę dłużej niż np. miesiąc, dwa miesiące, pół roku czy rok. Okazało się na szczęście, że sukces trwa do tej pory. Opatrzność jest łaskawa!

KR: Wkrótce potem w 82 roku skład zespołu się zmienił, przyszedł Andrzej Urny i Andrzej Nowicki. Co spowodowało wówczas taką zmianę?

GM: Stan wojenny, który nastał niestety. Ochłodził w ogóle relacje między nami. Pierwsze pytanie mężczyzn, którzy mieli swoje żony, dzieci - " co się za chwilę stanie? ". Jeżeli jest stan wojenny - nie wolno grać. Zespół Perfect był nacenzurowany. Przyglądała mu się milicja i cenzura - nie był specjalnie lubiany przez władze. Panował strach: " co stanie z dniem jutrzejszym ". Więc dwóch ludzi - Rysiek Sygitowicz i Zdzisław Zawadzki - świętej zresztą pamięci, bo zmarł pięć lat temu w Chicago, doszli do wniosku, że w Polsce nie da się żyć w sposób normalny. Wybrali emigrację. Pojechali grać; jeden do Norwegii, drugi do Szwecji. Zatem poszukiwania muzyków trwały - znalazł się Andrzej Nowicki. Gitara basowa jest pechowa w zespole Perfect, bo Andrzej też niestety zmarł, dwa lata temu. A Perfect przygotowywał płytę "UNU", w związku z czym "Show must go on", życie toczyło się dalej i wszystko było zgodnie z nazwą - Perfekcyjnie.

KR: Następnym etapem był fantastyczny, zagrany z wielką energią koncert w Warszawskiej "Stodole", wydany na płycie " Live ". Można chyba powiedzieć, że ta płyta świetnie oddaje gorącą atmosferę panującą w ówczesnych latach na Waszych koncertach. Jak oceniasz tamten występ? Publiczność wtedy śpiewała "Chcemy bić ZOMO", a podczas wykonywania utworu "Nie bój się tego wszystkiego" śpiewaliście "Nie bój się tego Jaruzelskiego". Jeśli dobrze wiem, po tej piosence rozsunęły się kotary. Nie wiem czy to pamiętasz...

GM: Tak, doskonale to pamiętam! Pamiętam też, że przy takich zaśpiewach w Radomiu, chciał nas spałować spory odział ZOMO. W zasadzie cudem uniknęliśmy takiego "pałowania" potężnego. Natomiast ja się cieszę z zapisu historycznego jakim jest płyta "LIVE", bo uważam, że ta płyta jest najlepszą płytą zespołu Perfect. Płyty studyjne odbierają całą tą emocję rockową i trochę wyjaławiają muzykę. Więc jeżeli dzisiaj patrzę na dorobek zespołu Perfect, w składzie ze Zbyszkiem Hołdysem, to uważam, że płyta "LIVE" jest płytą najważniejszą.

KR: Którą z płyt nagranych z Perfectem uważasz za najlepszą? Moim zdaniem to "UNU".

GM: Ja do "UNU" mam sporo znaków zapytania. Wydaję mi się, że płyta "UNU" była niedopracowana. Zabrakło nam chyba trochę czasu, albo jakiegoś momentu, w którym twórczość przychodzi bardzo łatwo. Był taki okres kiedy łatwo przychodziło z Rysiem Sygitowiczem. Andrzej Urny jest cudownym gitarzystą, świetnym muzykiem - nie wiem czy do końca kochał muzykę Perfectu, a na ile ona była mu obca. Andrzej wychodził z muzyki bluesowej i kochał bluesa. Muzyka Perfectu to popowo - rockowa muzyka, w której czuł się świetnie "Sygit" (Ryszard Sygitowicz - od. red.). Więc myślę, że ja bym płytę "UNU" odstawił w dalsze pozycje w rankingu. Nam się podoba szczególnie jeden utwór, do którego nie mam zastrzeżeń - "Wyspa, drzewo, zamek"...

(tutaj ja Grzesiowi wszedłem w słowo) To utwór z przepiękną solówką Andrzeja Urnego graną na bouzoki...

GM: Zgadza się, świetna solówka grana właśnie na bouzoki. Natomiast ja z kolei miałem wtedy grypę i miałem 40 stopni gorączki, zajęte gardło. Wtedy niestety nawet w chorobie nagrywało się płyty, w związku z czym, słyszę swoje błędy i niezbyt dobrą dykcję, ale nie byłem w stanie lepiej tego wykonać.

KR: Co właściwie oznacza tytuł "UNU"? Czy to był jakiś skrót?

GM: Chodziło o stan wojenny i to były numery rejestracyjne wojska, które zawsze miało w rejestracji "UNU". Pytano się potem co oznacza tytuł "UNU" w cenzurze. Zbyszek Hołdys powiedział, że to jest stary, egipski ptak wolności. Cenzura w to uwierzyła. Tam wtedy mało inteligentni ludzie siedzieli.

KR: "Autobiografię" graliście już wcześniej, ale dopiero w 83 roku pojawił się zapis studyjny, właśnie na płycie "UNU". Hymn pokolenia, chyba Wasza najważniejsza kompozycja. Czym była zainspirowana, o czym tak naprawdę opowiada? Jak Ty się teraz czujesz śpiewając ją po latach?

GM: Czuję się fantastycznie, dlatego, że wiesz - piosenka jak modlitwa. Nigdy się nie nudzi - jeżeli śpiewasz ją szczerze i oddajesz szczerze emocje. To tak jak oglądanie pięknych kobiet - też nigdy nie bywa nudne. Zawsze żebym tych kobiet widział dziennie 50, 150, 350 to zawsze będzie to zjawisko fascynujące. Piosenka opowiada o trzech przyjaciołach. Andrzej Mogielnicki, Zbyszek Hołdys, Bogdan Olewicz tworzyli trójkę przyjaciół mając 17, 18 lat - marzyli o karierze. Początkowo tą piosenkę miał wykonywać Zbyszek Hołdys, ale oddał ją w końcu mnie, twierdząc, że nie poradzi sobie z wokalem. Zatem miałem przyjemność wykonać ten utwór i do dzisiaj śpiewam go z wielką radością, chyba tak samo jak się modlę - to jest takie śpiewanie z duszy, z serca.

KR: Po wydaniu "UNU" wystąpiliście na Rock Opolu, potem już tylko w Berlinie Zachodnim i zespół przestał istnieć. Dlaczego Zbigniew Hołdys podjął wówczas taką decyzję?

GM: Nie wiem czy Zbyszek nawet wie, dlaczego podjął taką decyzję dzisiaj. Prawdę mówiąc, decyzja była szokująca dla wszystkich. Na początku Zbyszek przedstawił wersję taką, że jest bardzo zmęczony. To było dość zrozumiałe, pracowaliśmy wszyscy bardzo ciężko. Po miesiącu klocki mu się w głowie poprzestawiały, źle zafunkcjonował mózg i udzielił wywiadu skandalicznego, gdzie poobrażał kolegów. To już był koniec zespołu. Obrzucił stekiem wyzwisk Andrzeja Urnego, Szkudelskiego i mnie - nie wiem dlaczego. Dzięki tym ludziom czyli nam zdobył wielki sukces, którego już nigdy ani wcześniej ani później nie powtórzył. Myślę, że był zmęczony, znużony i w pewnym momencie pomyślał sobie, że " zespół Perfect na pstryknięcie palcami jest w stanie założyć co trzy miesiące. ". Okazało się to nieprawdą.

KR: Podczas tych 4 lat przerwy, prowadziłeś firmę budowlaną? Jak szły Ci interesy? Jak to wtedy wyglądało?

GM: To wyglądało tak samo jak dzisiaj: po prostu trzeba wstać o szóstej rano, wyjechać przed siódmą, zebrać ludzi, czuć się odpowiedzialnym za zdobycie zlecenia, zakup materiału, przypilnować ludzi, jakość i rozliczenie, odebranie pieniędzy, wypicie wódki i zjedzenie śledzia (śmiech). Nie jest to takie skomplikowanie (śmiech). Jednak chyba najważniejsza jest odpowiedzialność za ludzi - za to się dostaje pieniądze. Wiesz, jeśli np. dolewali mi rozpuszczalnika do farby i malowali jakimś mazidłem, to musiałem pilnować żeby nie wpaść w jakieś poważne tarapaty, aby nie zapłacić kary umownej. Generalnie nie sprawiło mi to wielkiej przyjemności, ale zarabianie pieniędzy było jakąś motywacją. Budowałem wtedy dom, wyjeżdżałem za granicę - czułem się dość zamożnie. Pierwszy raz w życiu! W zespole Perfect zarabiałem wtedy skromnie, w związku z czym za czasów firmy budowlanej czułem się dobrze.

KR: W 87 roku Perfect powrócił na scenę. Zagraliście 3 koncerty w Hali Oliwii w Gdańsku, w Spodku, a przede wszystkim na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie w ramach "Perfect Day". Jak oceniasz tamten powrót?

GM: Poczułem ogromną radość, ogromną chęć zaśpiewania. Były wówczas snute ogromne i piękne plany: wyjazd do Ameryki, robienie kariery na Zachodzie, mieliśmy zagrać z Supertramp trasę europejską - to wszystko gdzieś się rozmyło. Wróciłem do robót, do prowadzenia firmy budowlanej. To był krótki epizod. Zarejestrowanie materiału, wydanie potem trzech płyt - piękna przygoda, ale okazało się, że współpraca ze Zbyszkiem była już zbyt trudna. Ja byłem chyba człowiekiem zbyt wolnym, zbyt samodzielnym, żeby słuchać rozkazów.

KR: Wiem, że to dość delikatna sprawa - podczas koncertu na Stadionie Dziesięciolecia sprzedawano bilety na koncert w 2000 roku. Z tego co wiem, podejmowałeś próbę scalenia zespołu w starym składzie, niestety nic z tego nie wyszło. Jak tak naprawdę sprawa wygląda?

GM: Pojechałem dwukrotnie do domu Zbyszka Hołdysa i mówiłem, że mamy duży potencjał, że nie zagraliśmy jeszcze wielu pięknych dźwięków, że możemy spróbować zrobić płytę. Zbyszek odpowiedział mi, że "tak", że widzi mnie w swoim składzie, że widzi zespół geniuszy złożony z wybitnych polskich artystów. Wymieniał nazwiska naszych najlepszych wykonawców, których chciałby zgrupować w zespole. Może miałby nazwę "Perfect", może inną, ale to były jakieś jego marzenia. Był to projekt niebiański, ale nie życiowy, nie do zrealizowania. Po dwóch takich wizytach wiedziałem, że facet jest tak gdzieś daleko w kosmosie i zapomniał, że to jest ziemia - normalne życie.

KR: Która z płyt koncertowych ma dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie: "Live '94", "Live", "Live April 1, 1987" czy "Live 2001"?

GM: Wszystkie płyty live są dla mnie ważne, ale chyba "Live" ze "Stodoły", nasz pierwszy wydany na płycie winylowej jest najważniejszy. Pamiętam dwóch ludzi, którzy jeszcze byli podczas tego koncertu, dzisiaj patrzą na mnie i nasz zespół z góry. To był Tadzio Ślusarski i Władek Komar. Była tak gorąca atmosfera, było tak strasznie duszno... pamiętam brakowało tlenu. Wtedy Władek Komar klepał mnie po plecach w czasie koncertu i mówił, że mam kondycje lepszą niż czterech sportowców razem wziętych (śmiech). Ja byłem wtedy w takim rockowo-artystycznym amoku. Także tamta płyta jest mi chyba najbliższa.

KR: Do kogo była kierowana piosenka "Idź Precz"?

GM: (śmiech) Do wszystkich niedobrych ludzi ! (śmiech)

KR: W ostatnim akapicie utworu "Nie płacz Ewka", śpiewasz: "Hej prorocy moi z gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz, już was w swoje szpony dopadł szmal - zdrada płynie z ust..". W latach 80. Śpiewałeś na koncertach także inaczej: "Hej prorocy moi z gniewnych lat obrastacie w tłuszcz, mami was dyskretne piękno szat, orkiestrowy tusz..". Czy są jeszcze inne piosenki, których teksty śpiewałeś raz tak, raz tak?

GM: W zależności od cenzury. Na przykład w przypadku " Autobiografii " to nie "wiatr odnowy wiał" tylko "wujek Józek zmarł" więc chodziło o cenzurę. Generalnie cenzura nas bardzo nie niszczyła. Omijaliśmy cenzurę bardzo umiejętnie - robił to świetnie Zbyszek Hołdys i Bogdan Olewicz. Wszystkiemu dodawało pikanterii to, że byliśmy takim trochę " kopanym " zespołem. Wpływało to na większą popularność kapeli.

KR: Chciałbyś aby "Pepe wrócił"? To naprawdę interesująca kompozycja... zechciałbyś coś o niej powiedzieć?

GM: Pepe to jest piwo! Kiedy miałem 27 lat to to piwo było zimne tylko w dwóch miejscach w Warszawie. W hotelu "Forum" i hotelu "Europejski". W tych dwóch miejscach można się było napić małego, zimnego żywca. Pamiętam różnego rodzaju przebudzenie czyli tzw. polski "kac", kiedy język przypomina kołek w ścianie i tylko marzysz o tym zimnym browarze. Jeżeli byliśmy np. w Białymstoku to do tego piwa do Warszawy było 300 km. W związku z czym, powstał protest song na temat browaru. Dzisiaj młodzi nie znają tego problemu, bo piwo wszelkich marek, temperatur i maści jest wszędzie na około.

KR: W latach największej świetności kompozycje Perfectu często zajmowały najwyższe miejsca Trójkowej Listy Przebojów. Powiedziałeś kiedyś takie piękne zdanie: "Bez Marka i jego Listy nie byłoby Perfectu". Czy nadal to podtrzymujesz?

GM: Oczywiście - podtrzymuję! Wiesz, gdyby nie "Trójka" to wyglądałoby to wszystko inaczej. "Jedynka" była wtedy programem, pro rządowym, prokomunistycznym, pro ideologicznym. "Trójka" była kontrą. Jeśli były jakieś trudniejsze teksty czy w ogóle sama muzyka rockowa była źle postrzegana to Marek Niedźwiecki i Piotr Kaczkowski byli animatorami Perfectu z pewnością. Bylibyśmy pewnie w innym miejscu i zupełnie inaczej by się to potoczyło gdyby nie ci dwaj ludzie.

KR: Do kogo tak naprawdę adresowana była "Pocztówka do państwa Jareckich"?

GM: Przede wszystkim do wszystkich rodziców, którzy karzą być swoim dzieciom zawsze uporządkowanymi. Często chcą je ugrzecznić, uporządkować, odebrać im swobodę, odebrać indywidualność. Włożyć szare ubranko, szary mundurek, zachować się grzecznie - to jest taki kanał, ale przecież dzieci to często wybitne osobowości - rozwichrzone, ale przez to genialne. Każdy jest innym człowiekiem i trzeba mu dać swobodę ruchu. Nie wszystko pod sznurek.

KR: Powróćmy na chwilę do historii... jesienią 93 roku, Perfect po raz drugi wraca na scenę. Tym razem koncerty w Kanadzie i spektakularny występ w Spodku w 94 roku. Już bez Hołdysa. Czy to nie był w pewnym sensie nowy etap w Twoim życiu?

Absolutnie tak. Ja się bardzo bałem powrotu. Gdyby okazało się, że po tych siedmiu koncertach w Kanadzie siedzimy w Spodku i np. przed koncertem widzę 1000 osób na sali, która liczy dziewięć tysięcy, to tego dnia skończyłbym utworem "Nie płacz Ewka", spakował walizki i nigdy nie wrócił do śpiewania. Jednak przyszło tych ludzi między sześć a siedem tysięcy. Pomyślałem sobie, że zostawiam tą całą budowlankę w cholerę i wracam do mikrofonu do którego właściwie tęskniłem przez cały czas. Chciałem czuć się potrzebny publiczności, a publiczność wytupała to nogami, bo przyszła. Chylę czoła przed Spodkiem, bo będzie to dla mnie zawsze największa sala na świecie. Tutaj wróciliśmy z tarczą.

KR: Dlaczego po tak niesamowitym powrocie w 94 roku, skład ponownie się zmienił: odszedł Andrzej Urny i Ryszard Sygitowicz, a do zespołu zawitali Dariusz Kozakiewicz i Jacek Krzaklewski?

GM: Te zmiany spowodowali oni sami. Ja myślę, że są to wybitni muzycy i świetni ludzie, ale nie są w stanie "zagrzać" dłużej niż 2, 3 sezony. To się zdarza w wypadku wielu muzyków na świecie. Różne projekty chodzą im po głowie, trochę się nudzą - czują się skrępowani. Jak to się mówi prawnie - za obopólnym porozumieniem stron, a tak naprawdę po serdecznym spojrzeniu w oczy wiedzieliśmy, że nie mamy po co dłużej ze sobą pracować i w jakiś tam sposób się ograniczać.

KR: Czy Twoje włosy to nadal symbol pokolenia?

GM: (śmiech) Tak. Wiesz, ja czuję się swobodnie w życiu, nikt mi nic nie karze. Sam sobie wyznaczam drogowskazy, zakazy i nakazy. Tak jest najlepiej.

KR: Teraz chyba najtrudniejsze pytanie: którą piosenkę lubisz najbardziej? (śpiewać)

GM: Powiem Ci szczerze, że do czasu piosenki "Niepokonani", chyba najbardziej bliskie było mi "Nieme Kino" i "Niewiele Ci mogę dać". To utwory w których mogłem "wywalić" całe serce, całą duszę. Tym utworem, który mi się teraz najpiękniej śpiewa są "Niepokonani".

KR: Jacy są Twoi muzyczni przyjaciele?

GM: Muzyczni przyjaciele to wszyscy ci, którzy grają muzykę z duszy, z pasji. Nie dlatego, że chcą zarobić duże pieniądze, zrobić wielką karierę, mieć willę z basenem i sportowy samochód, tylko kiedy się modlą dźwiękami. Można się modlić uprawiając muzykę.

KR: Nagrałeś kiedyś taką smutną balladę, która graliście m.in. na koncercie w Spodku w 94 roku - "Widzisz Panie". Czy to był Twój punkt widzenia na otaczający świat? Czy coś się zmieniło od tego czasu?

GM: Nic się nie zmieniło. Jesteśmy w tym samym miejscu w którym byliśmy w najgorszych momentach historii, kiedy wojen na świecie jest nieprzerwanie bardzo dużo, kiedy się rozwarstwia społeczeństwo. Jedna część jest bardzo biedna, druga część to szaleńczo bogaci ludzie, którzy nie wiedzą co zrobić z pieniędzmi. Jest to świat głównie chaosu, niesprawiedliwości i ogromnej ilości krzywd. To mnie boli na co dzień.

KR: "Autobiografia" uznana została za hymn pokolenia lat 80. Czy uważasz, że "Niepokonani" są hymnem lat 90.?

GM: Wydaje mi się, że tak. Jeżeli coś można uważać za hymn to myślę, że "Niepokonani" są takim hymnem. Sam sobie śpiewam - "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść Niepokonanym". Mam nadzieję, że mnie kiedyś Stwórca przy tej piosence zabierze na wsze czasy.

KR: Co możesz powiedzieć na temat płyty z Orkiestrą Symfoniczną? To wyzwanie nagrać stare kompozycje w nowych aranżacjach. Nie boisz się, że starzy fani mogą nie zaakceptować nowych wersji? Z drugiej strony moim zdaniem niektóre kompozycje wypadły lepiej niż w oryginalnych wersjach, np. "Niepokonani"...

GM: Wiesz - zawsze będą malkontenci i sceptycy. Może się zdarzyć, że ktoś to różnie oceni, ale wtedy niech nie kupuje tej płyty lub nie słucha tej muzyki. Nie jest to absolutnie przymus. Ja sądzę tak jak Ty mówisz: niektóre piosenki dla niektórych ludzi brzmią zupełnie inaczej, dużo piękniej. Ja uważam, że żywot piosenki jest taki: można ją zagrać oryginalnie, można ją zagrać z orkiestrą i można ją zagrać unplugged. To jest tak jak z kobietą, ubiera się w różne szaty choć jest tą samą istotą. Ja jestem z tej płyty bardzo dumny. Wkrótce wyjdzie nasza nowa płyta - 14 nowych kompozycji.

KR: "Schody"...?

GM: Nie, nie będzie się nazywać "Schody". Będzie się nazywać "1055". Schody kojarzyły nam się z czymś niezbyt wesołym. Jak już wspomniałem - jest tam 14 premier napisanych przez Bogdana Olewicza, kompozycje wspólne - każdy ma tam równy udział. To jest prawdziwe wyzwanie dla Perfectu - zobaczymy jak to polubią media. Płyta jest bardzo poważna, na przekór czasom niestety.

KR: Praca w studiu czy koncertowanie. Co wolisz bardziej?

GM: My płyty wydajemy nie tak często - mniej więcej co trzy lata. To jest dla mnie w Polsce cykl bardzo właściwy, więcej tych płyt nie trzeba. Natomiast prawdziwy żywioł, prawdziwe życie to jest spotkanie z publicznością i patrzenia jej w oczy. Przede wszystkim patrzenie na jej reakcje. Dla mnie to jest największy zaszczyt i największe wyzwanie.

KR: Powiedziałeś niedawno, że "teraz możesz już umierać". Czy czujesz się już spełniony? Jakie są jeszcze Twoje muzyczne marzenia? Jednak "jeszcze nie umarłeś" ...

GM: Jeszcze nie umarłem! Mam 49 lat. Dla jednych to jest dużo, dla mnie samego to jest dużo...

KR: Naprawdę świetnie się trzymasz...

GM: ...dziękuje Ci bardzo. Tak patrząc to każdy koncert przynosi co innego. Wyzwaniem tak naprawdę nie są jakieś trzęsienia ziemi, wzloty potworne tylko to co się nazywa życiem normalnym. W naszym wypadku to jest ciągłość pracy, walko o publiczność, nowe pieśni. Cieszę się na każde zejście do piwnicy i wymyślanie nowych melodii. Mamy jeszcze sporo do powiedzenia.
Czy mam marzenia muzyczne? Chyba zagrać dla całego świata (śmiech), ale to się nie da - nie ma takiej dużej sceny i takiego wybiegu. Jak stąd do Pekinu musiałby ten wybieg mieć długość. Generalnie nie miałbym ochoty robić kariery światowej, bo Polacy są tak pięknym i mądrym narodem, że być popularnym w Polsce to być popularnym wśród mądrych i pięknych ludzi.

KR: Czego chciałbyś, aby Ci życzyć?

GM: Przede wszystkim spokoju. Jestem człowiekiem bardzo niecierpliwym. Ja bym sobie życzył, aby było więcej szczęśliwych ludzi wokół mnie, wtedy ja będę też szczęśliwy.

Dziękuje Ci bardzo Grzesiek za rozmowę
Również dziękuje Ci Kamilu - życzę samych radości

Na koniec poprosiłem Grzesia, aby coś zaśpiewał a cappella. Zaczął śpiewać bez zastanowienia:

"... Kochaj mnie nieprzytomnie, jak zapalniczka płomień jak sucha studnia wodę..."

Kamil "Rubiccon" Rubik

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane wywiady

FEYM - WYWIAD! (wywiad)FEYM - WYWIAD!

FEYM to banda młodych, zdeterminowanych facetów rodem z Lublina. Wybuchowa mieszanka nowoczesnego hard & heavy serwowana przez zespół co prawda jeszcze nie zawojowała list przebojów, ale na nas zrobiła wrażenie.... czytaj cały wywiad...

Limboski - Wesołe rozmowy z otchłanią (wywiad)Limboski - Wesołe rozmowy z otchłanią

Jego głos jednym przypomina Maleńczuka, innym Ciechowskiego. Sam o sobie mówi, że jest śpiewakiem, który od jakiegoś czasu wyciera własnymi stopami sceny w klubach tego kraju i jest szczęśliwy z tego, co robi.... czytaj cały wywiad...

TAPEWORM - Ostre brzmienie z serca Mazur (wywiad)TAPEWORM - Ostre brzmienie z serca Mazur

Wśród mazurskich miłośników mocniejszego grania mikołajska grupa Tapeworm zdążyła wywalczyć już sobie solidną pozycję. Muzycy zdradzają jednak, iż ze swą twórczością chcą trafić znacznie dalej. Zapraszam do lektury... czytaj cały wywiad...

Top 5 - wywiady

Najczęściej komentowane | czytane

Perfect - Niepokonany. Rozmowa z Grzegorzem Markowskim

Z Grześkiem na wywiad umawiałem się już od dawna. Zawsze jednak ciężko było się umówić, a w konsekwencji przeprowadzić wywiad. Grzegorz mimo zapracowania i wielu bezlitośnie krążących spraw, znalazł na szczęście... czytaj cały wywiad...

Europe - Joey Tempest - Jesteśmy w optymalnej formie (wywiad)Europe - Joey Tempest - Jesteśmy w optymalnej formie

Zdaje się, że dobra passa Europe trwa nadal. Po koncercie w Pradze na początku lutego zespół zrobił sobie krótką przerwę, by z nowymi siłami ruszyć w dalszą część europejskiej trasy. Tym razem celem był podbój... czytaj cały wywiad...

Acid Drinkers - Titus - Jakbyśmy powiedzieli całą prawdę to ta buda pod tytułem Rzeczpospolita nieźle by się zatrzęsła. (wywiad)Acid Drinkers - Titus - Jakbyśmy powiedzieli całą prawdę to ta buda pod tytułem Rzeczpospolita nieźle by się zatrzęsła.

Titus to na naszej rodzimej scenie postać co najmniej nietuzinkowa. Znany z ogromnego poczucia humoru i rock n' rollowego stylu życia wzbudza szacunek niezliczonej ilości fanów i kolegów po fachu. Miałem okazję... czytaj cały wywiad...

Sabaton - Joakim Brodén - W przyszłości odejdziemy trochę od tematyki wojen (wywiad)Sabaton - Joakim Brodén - W przyszłości odejdziemy trochę od tematyki wojen

Zespół Sabaton jest obecnie jednym z najlepiej sprzedających się szwedzkich "muzyczno-militarnych" eksportów. Ich szturm Europy trwa, w planach mają kolejne podboje. Okazuje się, że pomysł tworzenia piosenek-hymnów... czytaj cały wywiad...

Kuba Kawalec. Mamy w sobie pewną pokorę (wywiad)Kuba Kawalec. Mamy w sobie pewną pokorę

Na temat Happysad słyszałam masę opinii - najczęściej skrajnych. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy można coś o zespole powiedzieć i nie narazić się tym jakiejś grupie ludzi. Bo z jednej strony całe rzesze wielbiących... czytaj cały wywiad...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.